piątek, 17 listopada 2017

Matematyka stosowana, czyli niepoliczalna wartość dodana ;-) *

*Albo brak pomysłu na tytuł posta... ;-)

Na stronie fundacji, która prowadzi Julcine subkonto można znaleźć dziwne działanie matematyczne. Według postawionej tam tezy, jeden równe jest stu.  Obserwując, w jakim zakresie rozliczyliście się w tym roku z rodzimymi urzędami skarbowymi, jako beneficjenta swojego 1% wskazując Julkę - nie sposób się z tym równaniem nie zgodzić ;-) Hmm... Jeszcze wrócimy do tego ;-)
Procedura od lat jest niezmienna. Rozliczacie się w swoich fiskusach najpóźniej do majówki. Wskazujecie wybraną przez siebie organizację, lub spersonalizowany cel, na który przekazujecie swój 1% podatku dochodowego. Wasze macierzyste skarbówki, zwykle z ostatnim dniem lata przesyłają dane do urzędów skarbowych, pod które podlega wybrana przez Was OPP. Tutaj w końcu wszystko przyśpiesza, dane z dysków są księgowane, by na przełomie października i listopada trafić na konkretne, indywidualne subkonta w fundacji. Pół roku oczekiwania w telegraficznym skrócie...
Tak, wiem - długą drogę musi przejść przekazany przez Was 1% zanim  trafi do miejsca docelowego, ale przy tak drobiazgowych, krzyżowych kontrolach, mamy pewność, że każda złotówka zostanie prawidłowo zaksięgowana. Potem tylko trzeba wykazać przed fundacją, że cel na jaki zamierzamy spożytkować wnioskowaną kwotę, służy pomocy i ochronie zdrowia osoby, na którą wystawione jest subkonto.
Julka zwykle jeździ na kosztowne turnusy rehabilitacyjne, co jest celem samym w sobie i nie wymaga jakiś większych uzasadnień. Korzysta w tych turnusów - podkreślę to raz jeszcze - właśnie dzięki Waszej hojności, przekazywanym wspomnianym 1%, oraz darowiznom. 
Z darowiznami droga jest prostsza. Omija całą tą półroczną, urzędniczą machinę i Julka może od razu z nich korzystać. Nie ma ich dużo, ale mamy swoich stałych darczyńców, takich Dobrych Aniołów Stróżów, którzy niejednokrotnie chcą pozostać anonimowi i "niewytykani" z nazwiska na tym blogu, a którym to bardzo, bardzo dziękujemy :-*
Zazwyczaj pod koniec roku wypuszczamy kalendarzyki z namiarami na Julkę i z prośbą o przekazanie 1%. Uderzamy gdzie możemy - do rodziny, przyjaciół, znajomych, znajomych znajomych ;-)
Wielka buźka dla tych, którzy w tym roku pomogli nam rozdysponować te limitowane kalendarze ;-*
Podziękowania również dla tych wszystkich, którzy w każdy inny sposób przyczyniają się do tego, by o Julce świat nie zapomniał: wszelkie udostępnienia, "lajki", komentarze w świecie wirtualnym, summa summarum prowadzą do pozyskania potencjalnych, nowych przyjaciół Julcinej sprawy :-)
Niewiarygodnie dobrą robotę zrobił też w październiku ubiegłego roku, przyjazd do Gliwic biegającej ekipy Spartanie Dzieciom. Dzięki zaproszeniu Fundacji Bieg Rzeźnika mogli zrobić dla Julki niesamowite show, które odbija się szerokim echem także i w roku obecnym. Podziękowania dla wszystkich biegających przyjaciół :-)

W tym roku, swój 1% na Julciną rehabilitację zdecydowały się przekazać osoby i firmy rozliczające się w organach podatkowych w - tu polecę kluczem alfabetycznym - Białogardzie, Bielsku Białej, Brodnicy, Bydgoszczy, Bytomiu, Chorzowie, Chrzanowie, Częstochowie, Działdowie, Garwolinie, Gliwicach, Grodzisku Wielkopolskim, Katowicach, Kędzierzynie Koźlu, Kluczborku, Krakowie, Lesznie, Lublińcu, Łodzi, Malborku, Mikołowie, Myśliborzu, Oleśnie, Oleśnicy, Ostrołęce,  Pruszkowie, Raciborzu, Rybniku, Siemianowicach Śląskich, Strzelcach Opolskich, Szczecinie, Szczytnie, Tarnowskich Górach, Tczewie, Toruniu, Tychach, Warszawie, Wieliczce, Wodzisławiu Ślaskim, Wolsztynie, Wrocławiu,  Zabrzu, Zamościu, Zawierciu i Zielonej Górze

Z całego serca, w imieniu Julci i własnym - DZIĘKUJEMY! :-* 

Osobne podziękowania dla Darczyńców z Krakowa, Wieliczki, Łodzi, Lublińca, Katowic i Gliwic :-)
 
Czasem nam się wydaje, a co tam moje dwadzieścia groszy, czy złoty pięćdziesiąt wniesie? Wierzcie mi - dużo. To jest właśnie ta niepoliczalna wartość dodana. Ta niemierzona złotówkami, tylko usprawnieniem, a co za nim idzie - normalnym funkcjonowaniem w codziennym świecie. Tak to widzę.

ps. 

;-)

czwartek, 12 października 2017

"Cicho potok gada, gwarzy pośród skał..."

Bieszczady mają w sobie coś magicznego. Coś, co sprawia, że chce się tam wracać. Jakąś taką nieuchwytną nić, która, gdy raz zaczepi się o Twoją duszę, trzyma już zawsze. 

Dla nas okazją do powrotu w te czarowne strony (czwarty raz w tym roku?),  był niedawny ultraMaraton Bieszczadzki i imprezy mu towarzyszące, w których wzięliśmy rodzinnie udział. Dziewczynki wystartowały w biegu dla dzieci, mama debiutowała  na dystansie czternastu kilometrów (który bez większego marudzenia przeczłapała [uparcie twierdzi, że przebiegła 8-)] w określonym regulaminem limicie), a nad wszystkim czuwali dziadkowie, bez których ten wyjazd w ogóle nie doszedł by do skutku - dziękujemy ;-*


 Mina zwycięzcy ;-)
 Bifröst :-)
 Kto skoczył najwyżej? 8-)
 Spotkana na mecie ciocia Eliza z Fundacji Spartanie Dzieciom ;-*
(fot. Piotr Pawlak - dziękujemy!)
 "By się pozbyć złych humorów
robię zupę z muchomorów" ;-p
Daleko jeszcze???
 Nie, nie daleko...
(fot. Madzia Bogdan  - fajnie było Cię spotkać po przeszło dwóch latach)
Daleeeko jeszcze????
 Już ;-)


Dobrze było zobaczyć znajome twarze, pokibicować "swoim" w deszczu, spotkać przyjaciół, poczuć atmosferę wielkich zawodów i oddech jesieni nadciągającej od wschodu ;-) 
 Piątki mocy!
:-*
Nasz weekend w Bieszczadach, to poza zaplanowaną aktywną sobotą, również nie mniej leniwa niedziela. Niesamowita cerkiew w Górzance z trzystuletnim dębem, wizyta na zaporze wodnej w Solinie (z wszechobecnymi straganami), prawdziwy niedzielny obiad w rewelacyjnej Chacie Starych Znajomych nieopodal Sanoka (fuczki palce lizać, a barszcz, czy pierogi z czosnkiem niedźwiedzim  - poezja). A gdy zapadł zmrok? Wieczór gier rodzinnych i w drodze powrotnej kibicowanie biało czerwonym. Nawet tradycyjny korek przed Krakowem, sięgający po gasnący w zachodzącym słońcu horyzont, jakoś żwawiej zleciał przy radiowej transmisji ;-)
Akumulatory naładowane. Przy jesiennej słocie szybciej ich energia się wyczerpie, łatwiej też spada odporność na świat, na ludzi, więc dobrze mieć ukryte rezerwy ;-) Czego i wam życzę.

niedziela, 3 września 2017

Lato, echże ty...

Witajcie tuż przed pierwszym szkolnym dzwonkiem - cali i zdrowi, bogatsi o nowe doświadczenia i przygody, meldujemy się wraz z pierwszą wrześniową słotą i obiecujemy więcej nie znikać na tak długo.

Początek wakacji Dziewczynki przywitały na rewelacyjnych półkoloniach w szkole tańca Let's Dance w Gliwicach. Tydzień wypełniony miały wszelakimi atrakcjami ćwicząc ciała i umysły podczas zajęć, poznając bliższą i dalszą okolicę przy okazji wycieczek tematycznych, a przede wszystkim świetnie bawiąc się w gronie rówieśników. Do dziś nie wiemy jakim cudem udało się zapanować opiekunom i animatorom nad naszymi dwoma Żywiołami ;-)

Lipiec  - jak każdy lipiec od kilku lat - spędziliśmy nad morzem. Precyzując: Dziewczynki pojechały z dziadkami, mama dojechała po dwóch tygodniach (wcześniej ładując akumulatory przed ważnym egzaminem w dzikich zakątkach Bieszczadów i na Babiej Górze), a tata z pasją wyprowadzał kraj z kryzysu i pojawił się w ukochanym Kołobrzegu zaledwie na kilka godzin w ostatnią niedzielę miesiąca...


Pomachawszy Bałtykowi i naszym kołobrzeskim przyjaciołom, udaliśmy się niezwłocznie w kierunku kolejnego powtarzającego się od kilku lat celu naszych wakacyjnych wojaży - Borom Tucholskim. 
Sierpniowe niebo rozpieszczało nas, zmuszając do aktywności na poziomie leniwego ślimaka, topniały stosy przywiezionych ze sobą książek. Zosia pod czujnym okiem taty szlifowała nowo nabytą umiejętność jazdy na rowerze, oraz umysł przy grze królów, a Jula w tym czasie ciężko pracowała podczas zajęć na turnusie rehabilitacyjnym.






Czas sączył się leniwie, niepostrzeżenie przesypując ziarenka piasku w klepsydrze i zanim się spostrzegliśmy, już trzeba było wracać do rzeczywistości. 
Bardzo spokojne, nieprzeładowane atrakcjami, nastawione na leniuchowanie wakacje. Taki mieliśmy pomysł na ten czas. Dużo słońca, dużo świeżego powietrza i dużo wolniej, niż zazwyczaj. Trzy razy D: vit.D, durś na polu i... despacito ;-)

ps. Zdjęcia strona fb  Let's Dance i nasze ;-)

czwartek, 15 czerwca 2017

Bieg 7 Górek (czyli podsumowanie II Biegu Charytatywnego św. Goara - prywatnie)

Kiedy w zeszłym roku robiłem na tych stronach nieformalne podsumowanie pierwszej edycji Biegu Charytatywnego św. Goara, nawet nie przypuszczałem w jakim kierunku rozwinie się ten nasz projekt. Na jesieni udało się zakupić atestowany sprzęt do przedszkolnego ogrodu - właśnie dzięki waszej hojności podczas premierowej odsłony ;-)
We wrześniu zaczęliśmy przygotowania do tegorocznego biegu, a efekt naszej pracy mogliście poczuć na własnej skórze (i w nogach ;-) ) podczas majowego festynu.
W mojej prywatnej ocenie, organizacyjnie było... trochę łatwiej. Zeszły rok był debiutem, jedną wielką niewiadomą. W tym wiedzieliśmy od początku do końca w jakim kierunku zmierzamy, w jakie drzwi zapukać, co poprawić, by działało lepiej, niż w roku ubiegłym. 
W przyszłym wyciągniemy wnioski z tegorocznego ;-)

 (fot. Gosia ;-*)

Oficjalne posumowanie pojawiło się na stronach Gliwickiego Centrum Edukacyjno - Rehabilitacyjnego dwa tygodnie temu i znajdziecie je pod TYM linkiem. Zapraszam również wszystkich chętnych do odwiedzenia strony z przebogatą galerią zdjęć zarówno z biegów, jak i z festynu. Dla tych, których gościliśmy niech będą pamiątką i powrotem do majowego, sobotniego przedpołudnia. Zaś tych, którzy z różnych względów pojawić się nie mogli,  niech zachęcą do zarezerwowania sobie czasu na rok przyszły, bo owszem - w przyszłym roku widzimy się znowu! :-)

Sukces ma wielu ojców. Nasz też kukułczym jajem nigdy nie był ;-) Wpis ma charakter prywatny i takie podziękowania tutaj teraz popłyną :-)

Po kolei więc :-)

Dziewczynom z Goaru za twórczą burzę mózgów i zaakceptowanie pomysłu na trasę. Fajnie być częścią tego teamu i obserwować, jak wizje nabierają kształtu i barw ;-*
Osobno dla Basi i Agnieszki za ogarnięcie biegów dla dzieci. Chylę czoła :-)

Marysi i Izie za pomoc w niejednokrotnym przemierzeniu trasy z kółkiem pomiarowym i na inne sposoby :-)



Piotrowi za wypożyczenie właśnie tego kółka, paliki do wytyczenia trasy i budujące rozmowy :-)
Andrzejowi za namioty, wskazówki i pomoc :-)
Mirkowi za kultową Rzeźnicką taśmę i za "błogosławieństwo" :-)
Wszystkim obecnym na oficjalnych treningach śladem trasy naszego biegu (dwie osoby m.in. dzięki znajomości trasy stanęły na pudle! - zapraszam w przyszłym roku na otwarte treningi) :-)



Ewie, Marysi z Erwinem i Szadsonowi za pomoc w oznakowaniu trasy rano i Irkowi za uprzątnięcie jej po biegu :-) Bez Was  - z tą ręką - byłoby to niewykonalne :-)
Darkowi i Kasi za wszystkie pomysły, vouchery i gadżety dla dzieciaków :-)
Beatce i Waldkowi za bezinteresowną pomoc i wsparcie biegu :-)
Violi, Asi i Lilce za twórczo spędzone wieczory i rewelacyjne poduchy dla zwycięzców :-)
Ninie od Johanów za projekt i poświęcony czas :-)
Markowi Jaroszewskiemu z Brooksa za gadżety i zwyczajną ludzką życzliwość :-)
Chłopakom ze Start Koszwice za wypożyczenie podium i Sabinie za pomoc w poszukiwaniach w/w :-)
Jasiowi i Madzi za wszelką pomoc, obecność i pieczywo na zawody :-)
Alince za pomysł na zbieranie nakrętek PET  - masę tego udało się zgromadzić i poszło w dobre ręce, do Julcinej koleżanki z Goaru - Julki :-)
Nieocenionej ekipie Night Runners, Mustangom, Pędziwiatrom, wszystkim niezrzeszonym biegowym przyjaciołom, walkerom - za udział i dołożoną cegiełkę.
Również wszystkim tym, którzy z różnych powodów pojawić się nie mogli, ale wspierali nas słowem, czynem i promocją :-)

Na koniec Kasi - bez Twojego wsparcia, bez Twojej zgody na te wszystkie szalone pomysły (składowe przeróżnych projektów, które dopiero czekają, by ujrzeć światło dnia) - mój świat byłby tylko płaskim dyskiem [podtrzymywanym przez cztery słonie stojące na skorupie gigantycznego żółwia płynącego przez przestrzeń kosmiczną... ;-) ]. 
Na szczęście (!) jest okrągły i nawet, gdy "wypłynę" trochę za daleko i sponiewierają mnie sztormy, zawsze wracam z drugiej strony do bezpiecznego portu :-*

ps. ;-)



poniedziałek, 22 maja 2017

Dnia powszedniego Królowa...

Dziś chciałbym przybliżyć Wam odrobinę postać Dobrego Ducha i Opiekunki tego naszego, całego ambarasu - mamy dwóch Żywiołów (do okiełznania) i żony trzeciego (hmm...) ;-)
Kim jest? Jakimi ścieżkami podąża? Ile znaczy dla nas wszystkich? 
Trudne zagadnienia i niejednoznaczne odpowiedzi.

Jest wielowymiarowa. Co najmniej kilku biegunowa ;-)
Artystyczna dusza w poszukiwaniu własnej drogi. Cały czas w podróży. 
Świetnie przygotowana pedagogicznie i merytorycznie, by zmagać się z codziennością Julcinych ograniczeń i Zosinym nie zauważaniem jakichkolwiek...
Nie pozbawiona wad, ale kto ich nie ma? Wady czynią z nas żywą, plastyczną materię. Ciekawą, bo codziennie inną, gdzie słowo "codziennie" nie jest tu podstawową jednostką czasu... 
Nie ma w naszym osobistym słowniku pojęć "na zawsze i na wieczność", raczej liczy się "tu i teraz". Przeszłość? Było, a nie jest. Nie ma co roztrząsać, chociaż lekcję trzeba zapamiętać.  Przyszłość? Nie wybiegamy tak daleko. Każdy dzień, każda godzina może przynieść coś nowego, czego dziś nawet nie nazwiemy, bo jeszcze nie znamy. Teraźniejszość jest kluczem. Ona buduje jutro, korzystając z doświadczenia wczoraj. Z doświadczenia "przed chwilą".

Od kilkunastu lat. Czasem pod górkę i pod wiatr, ale wspólnie, chociaż nie jest to proste. Niejednokrotnie sam usypuję te góry i rozdmuchuję burze. Czasem zbaczam ze szlaku. A Ona czeka cierpliwie. 

Jaką jest matką? Inspirującą. Czasem wymagającą. Kochającą bezwarunkowo.

Przed nami Dzień Matki, który masz na co dzień, odkąd Dziewczynki pojawiły się na świecie.
Czego Ci życzyć? 
Może za Kurtem Vonnegutem  - pogody ducha, abyś pogodziła się z tym, czego zmienić nie możesz, odwagi, abyś zmieniała to, co zmienić możesz i mądrości, abyś zawsze potrafiła odróżnić jedno od drugiego.

ps. ;-)

wtorek, 21 marca 2017

#WDSD17

Serdeczne podziękowania dla pana Mirosława Ziemniaka za styczniową i lutową darowiznę, zaksięgowaną już na Julcinym subkoncie. Wpłacone kwoty dokładamy do wakacyjnego turnusu rehabilitacyjnego w Borach Tucholskich :-)

21 marca. Od kilkunastu lat, tego dnia obchodzony jest Światowy Dzień Zespołu Downa. Przeglądałem dziś wpisy z lat ubiegłych i znalazłem ten, a w nim odnośniki do naszych  wcześniejszych marcowych odsłon.
Czym dziś - z perspektywy dekady - jest dla nas ten szczególny dzień? Czy jest w ogóle wyjątkowy? Ano trochę jest. Tak, jak i nasza Julka. 
To właśnie dziś, jak w żadnym innym dniu, w mediach zaroi się od informacji o wszelkich wydarzeniach związanych z obchodami, a "zespół Downa" odmieniany będzie przez wszystkie możliwe przypadki. Tylko dziś, w geście solidarności założymy niepasujące do siebie skarpety, by zwrócić uwagę na problemy i potrzeby osób z zespołem Downa. Dzisiaj będzie głośno, jutro muzyka ucichnie, światła reflektorów zgasną, ale... taniec będzie trwał nadal. Ważne dla nas jest to, że nie pozostajemy w tych pląsach sami ;-) Przez te dziesięć lat zebraliśmy wokół siebie - Julka zebrała - grupę wspaniałych ludzi, znajomych, przyjaciół, którzy wspierają nas w codziennej walce o lepsze jutro. Samo wsparcie jest różnorakie. Zarówno te nienamacalne, niepoliczalne: modlitwa, akceptacja, przyjazny uśmiech, rozmowa - zawsze cenna i  konstruktywna. Bywa także, te bardziej wymierne: finansowe. Równie ważne, chociaż odstawione na boczny, ale równoległy tor w gradacji potrzeb. 
Jaki to rodzaj tańca? Czasem klasyczny, wyuczony walc, innym razem radosny oberek, a najczęściej... nieskrępowane pogo. Takie  - nie pytajcie jak Jula to robi, sam nie wiem - na niezabezpieczonej linie. I to nie, że  codziennie inny. Bywa, że tempo zmienia się kilka razy w ciągu... godziny ;-) Sztuką jest prowadzić Ją w tym szalonym tańcu tak, by pod koniec dnia oceny jurorskie sumowały się dwucyfrowo, przy jednoczesnym zachowaniu radości płynącej z przebywania na parkiecie życia, i nie podeptaniu w tych codziennych pląsach indywidualności Partnerki i  własnej. A łatwe to nie jest...
No, ale odbiegłem trochę ;-)
Światowy Dzień Zespołu Downa - dla nas w tym roku, to okazja do zrealizowania zaproszenia na rodzinną sesję fotograficzną do malowniczego Lublińca. Za obiektywem stanęła niezrównana Czesława Włuka - osoba obdarzona niespotykaną wrażliwością artystyczną, wykraczającą daleko poza granice rodzinnego Lublińca. Gościnne plenery Hotelu Zamek Lubliniec stały się areną zmagań dwóch niepokornych dusz: Artystki za obiektywem i Artystki przed nim ;-) Kto wyszedł zwycięsko z tej potyczki? Hmm... Dziewczyny świetnie się dogadały za plecami największego marudy na zamkowym dziedzińcu - mnie ;-) Efekt Ich wspólnej pracy, w małej zajawce, poniżej :-)



Czesiu - dziękujemy ;-*

 

wtorek, 7 marca 2017

Dogonić marzenia - pocztówka zza wielkiej wody ;-)

Świat skurczył się do rozmiaru pingpongowej piłeczki. Informacje obiegają glob szybciej, niż można by przypuszczać. Zwłaszcza dobre informacje :-)
Stolica stanu Texas, Austin, 19 lutego 2017 roku. Dwudziesta szósta odsłona miejscowego półmaratonu. Historyczna, zarówno dla mieszkańców tego południowego stanu i kilku tysięcy biegaczy, którzy tego dnia stanęli na starcie, jak również dla całej reszty biegowego świata. Historyczna dla mnie osobiście i - nie wątpię - dla innych rodziców zespołowych dzieci na świecie także. 
Na linii startu połówki stanęła Kayleigh Williamson, dwudziestosześciolatka z zespołem Downa i... z czasem 6 godzin, 22 minuty i 57 sekund, przy gromkich brawach dobiegła do mety! Przy okazji zapisała się w annałach, bo jest pierwszą osobą z zespołem Downa na świecie, która ukończyła bieg na takim dystansie! Niesamowite! 




Kayleigh jest uczestniczką Olimpiad Specjalnych, biega, pływa, gra w kręgle. Start w półmaratonie i ukończenie go, był Jej marzeniem i w zrealizowanie go zaangażowane było mnóstwo osób. Allie McCann z teksańskiego oddziału Down Syndrome Association, osobisty trener Gabriel Lucio, lekarz sportowy z RunLab dr Kimberly Davis, mama Sandy, przyjaciele, kibice, organizatorzy. Wielki ukłon dla dyrektora biegu, który otworzył metę  - po kilku godzinach przerwy - specjalnie dla Kayleigh i osobiście zawiesił piękny medal w kształcie szerokiej klamry od pasa (w końcu to Texas ;-) ) na szyi zmęczonej, ale spełnionej finischerki. Niesamowita praca zespołu ludzi, ale przede wszystkim hart ducha samej  Kayleigh. Nie jest istotne, że ukończyła bieg grubo po limicie, nieważne, że szła, biegła, truchtała, stawała na trasie. Kluczowym jest to, że potrafiła zawalczyć o marzenia, pokonać własne słabości, oraz fakt, iż zgromadziła wokół siebie sztab ludzi, którzy pomogli Jej je spełnić. Wielkie gratulacje dla wszystkich!

Refleksja: z uporem towarzyszącym zespołowi Downa stykam się od dziesięciu lat, tj. odkąd Jula pojawiła się na świecie i potrafię sobię wyobrazić, jak ciężka była to praca, by zmotywować Kayleigh do pokonywania kolejnych kroków. Nie wiem jak Kayleigh, ale Julka jest niesamowitym uparciuchem i jak się zaprze, to nie ma zmiłuj. Kompromis to nie jest Jej drugie imię...

Kolejna myśl:  Kayleigh zaczynała swoją przygodę ze zorganizowanym sportem szesnaście lat temu, czyli miała tyle lat, ile ma teraz Jula. Nie wiem na jaki azymut zorientuje się Julcine zamiłowanie do sportu, ale na pewno droga, którą na razie idziemy (czasem biegniemy, a czasem stoimy ;-) ), ukierunkowana jest na to, by była samodzielna i sprawna. Przykład idzie z góry, a wiadomo, czym skorupka za młodu... ;-)

Spytałem Julę kilka dni temu (po tym jak dowiedziałem się o Kayleigh), jakie ma marzenia. Proste pytanie bez sugerowania odpowiedzi. "Do kulek! Takich kolorowych!" - usłyszem. Kulki, słowo klucz, w naszym wewnętrznym świecie oznaczające wszelkie zamknięte place zabaw, małpie gaje, zjeżdżalnie, drabinki, baseny z piłeczkami, ect. Jula je uwielbia. Nie ma na razie chyba takich marzeń o wielkim zasięgu czasowym. Liczy się tu i teraz. Teraz bajka, teraz ulubiona piosenka, teraz, już "chodź ze mną tato". 
A tato?
Hmm... Ja zbieram... wspomnienia. Szufladkuję je w głowie i czasem wracam do nich, odkurzam, analizuję. Do niektórych nie wracam prawie wcale. Do nielicznych - nigdy. To o Kayleigh Williamson, młodej kobiecie z Austin w Texasie, która pokonała ograniczenia umysłu i ciała, ląduje w  górnej szufladzie. W formie pocztówki. 

ps.  Link do artykułu o Kayleigh.

ps.2. Dla niewtajemniczonych: łmaraton to bieg na dystansie 21 km i 97,5 metra, obecny rekord świata wynosi około godziny, a zdrowy amator potrzebuje do ukończenia między półtora, a dwie i pół godziny.

niedziela, 12 lutego 2017

Pięknie żyć, znaczy kochać świat...

Do napisania tego tekstu zbieram się od jesieni, tj. od premiery przedstawienia na motywach "Królowej Śniegu", które to Jula miała okazję współtworzyć i w jakim zagrała na deskach Teatru Gry i Ludzie w Katowicach. Zwykle nie mam problemu z przelaniem na papier uczuć, czy z plastycznym oddaniem towarzyszących mi podczas przeróżnych wydarzeń emocji, ale... to, co zobaczyłem w listopadowe popołudnie po prostu nie mieści się w żadnych ramach. Najciekawszy w tym wszystkim jest fakt, że niewymierność tego spektaklu dotarła do mnie dopiero w ubiegły piątek, podczas ponownej inscenizacji.


O samym projekcie, jego genezie i poszczególnych szczeblach prowadzących do finału przeczytacie TUTAJ, ja spróbuję - rzecz jasna subiektywnie - odnieść się do wymiaru artystycznego, ale przede wszystkim społecznego całego przedsięwzięcia. 
Nie jestem krytykiem teatralnym. Coś mi się albo podoba, albo nie. Po listopadowej premierze miałem... mieszane uczucia. Ten spektakl był... inny, świeży. Nieschematyczny, jak nasz zespołowy, codzienny świat. Awangarda w czystej postaci, w moim odczuciu porównywalna do "Balladyny" z 1974 roku w reżyserii Adama Hanuszkiewicza
Nikt wcześniej nie porwał się na próbę wystawienia spektaklu teatralnego, opartego tylko i wyłącznie na dziecięcych aktorach niepełnosprawnych intelektualnie! Istnieje, co prawda, Teatr 21 z Warszawy, skupiający dorosłych aktorów z zespołem Downa i z zaburzeniami autystycznymi, którzy z powodzeniem wystawiają spektakle na deskach polskich, jak i europejskich teatrów, ale na przygotowania - wiem to w ciemno - mają więcej czasu niż sześć tygodni narzucone przez szkolny projekt. W dodatku nasza "Królowa Śniegu" oparta jest na aktorach dziecięcych, bez wcześniejszego przygotowania scenicznego, którzy na co dzień zmagają się też z rolami, jakie przygotowało im życie.


Artystycznie? O gustach się nie dyskutuje. Jako widz, skupiłem się praktycznie na roli własnej córki, która po latach prezentowania na przedszkolnej scenie niemych ról (równie zachwycających), wyszła poza ten schemat i wreszcie dostała rolę mówioną, z którą poradziła sobie świetnie. Byłem oczarowany, co zrozumiałe ;-) Dla mnie, tego dnia na scenie - była Gwiazdą! Każdego innego dnia, też nią jest, ale sza... ;-) 
Aspekt społeczny  - integracja. Od lat, czy to poprzez działalność w Zakątku 21, czy przez pryzmat codziennej postawy, staramy się wychodzić z niepełnosprawnością do ludzi, do świata. Łatwo nie jest, ale powoli oswajamy się nawzajem. Julę ze światem, a świat z Julciną wyjątkowością. To kolejny milowy krok.
Aspekt społeczny -  odpowiedzialność. Szeroko pojęta. Tu, za powierzenie wszystkich ról nieprzewidywalnym,  młodym, niepełnosprawnym intelektualnie artystom. Nie wiem, jak na świecie, ale w polskim teatrze różowo nie jest. Owszem, Teatr Dzieci Zagłębia z Będzina z powodzeniem wystawia "Kosmitę" - spektakl oparty na książce Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel (o tym samym tytule), traktującej o trudnych relacjach w rodzinie, w której pojawia się niepełnosprawne dziecko. Ale tam, autystycznego Kacpra gra... marionetka.
"Dziwny przypadek psa nocną porą" Simona Stephensa (obecnie na afiszu Teatru Dramatycznego w Warszawie), o cierpiącym na zespół Aspergera piętnastoletnim Christopherze, z rewelacyjnym w tej roli - nie da się zaprzeczyć - Krzysztofem Szczepaniakiem, czy Dustin Hoffman w "Rain Manie". Obydwaj niesamowici w swoich kreacjach, świetnie oddający rzeczywistość i zaburzoną codzienność osoby niepełnosprawnej, ale... jednak  to aktorzy pełnosprawni.  Coś by się jeszcze pewnie znalazło.
Głośna sprzed kilku lat afera, zatrudnienia do jakiejś reklamy (o równych szansach w poszukiwaniu pracy), zdrowego aktora, którego posadzono na wózek inwalidzki. Nawet nie skomentuję.

Za nami drugie przedstawienie. Tym razem dla babć i dziadków. Te same, a jednak inne. Równie urzekające. I tak, gdy przy premierze czekałem na efekt woow i... zanim się spostrzegłem, już była "kurtyna"*, podczas drugiej odsłony, przy szerszym objęciu całości, dosłownie wprasowało mnie w widownię.
To niesamowicie trudne kierować taką trupą, a gdy dominujący w zespole jest - nomen omen - zespół Downa, który życia nie ułatwia, ale w żadnym wypadku nie determinuje artysty jako człowieka, praca włożona w ogarnięcie całego przedsięwzięcia mnożona jest w trójnasób. Tym bardziej chapeau bas przed całą dorosłą załogą, że potrafiła ogarnąć piętnastkę żywiołowych indywidualności i doprowadzić do tak spektakularnego finału. Szczególnie, że nie było gwarancji, życie nie wniesie do scenariusza jakiś poprawek. Nawet w trakcie trwania spektaklu ;-)

*może za bardzo skupiłem się na Julce na scenie i na Zosi na widowni, oraz na tym, by we dwie nie rozniosły przedstawienia - tak, spodziewałem się, że Jula wykręci jakiś numer, na szczęście grała zgodnie ze scenariuszem... Premiera tego przedstawienia, dla mnie jako rodzica, również była stresująca  ;-)


ps. Zdjęcia Bubusława Górny.