piątek, 31 października 2014

Październikowy kalejdoskop

Czas płynie nieubłaganie. Dopiero co był początek miesiąca, a tu nie wiadomo kiedy trzeba zerwać ostatnią kartkę z kalendarza. Październik zaczęliśmy z przytupem. W Julcinym przedszkolu - podczas festynu rodzinnego - wystawiliśmy się z kolejnym przedstawieniem dla dzieci. Jak zwykle było wesoło, kolorowo i nie obyło się bez minimalnych improwizacji podyktowanych lukami w pamięci :-) Ideą naszego sezonowego "kółka teatralnego" jest wzajemna integracja, dobra zabawa i przede wszystkim wywołanie uśmiechów na twarzach dzieciaków, pozostałych rodziców i kadry nauczycielskiej (dla której to też jest z naszej strony forma podziękowania za codzienny trud i pomoc, jaką nam niosą w wychowywaniu naszych dzieci). Założenia na razie - póki co - się sprawdzają ;-) Nie jest także bez znaczenia, że i my rodzice świetnie się bawimy podczas prób i samego występu :-)
Tegoroczne przedstawienie zatytułowane było "Troglodyci" i niosło jasny przekaz: uczmy się, bawmy aktywnie, dobrze odżywiajmy i... słuchajmy się Mamy :-) Scenariusz (podobnie zresztą jak i w zeszłym roku) był wypadkową burzy mózgów rodziców i kadry, której to przedstawicielki pilnowały, by projekt nie wymknął się spod kontroli i nie zaczął żyć własnym życiem... ;- )

Dla przypomnienia zdjęcie z poprzedniego występu. Uważny obserwator dostrzeże, iż ekipa praktycznie się nie zmieniła, co jest o tyle ważne, że w tym roku szkolnym, niektóre dzieci występujących "aktorów" są już absolwentami przedszkola i teoretycznie nic już Ich nie wiąże z placówką. Świadczy to rzecz jasna o samym Ośrodku, o jego poziomie i sentymencie jakim darzymy miejsce, w którym nasze dzieci spędziły część swego życia.
Październik to również biegowy debiut taty w I Półmaratonie Gliwickim. Debiut w gruncie rzeczy udany, bo ukończony bez większych kontuzji (na wynik spuśćmy zasłonę milczenia, będzie co poprawiać w przyszłym roku... ;-) ). Dlaczego o tym wspominam? Wraz z ojcem chrzestnym Julci pobiegliśmy w specjalnie zaprojektowanych koszulkach technicznych, sygnowanych adresem Julcinego bloga.
Każda forma zareklamowania się jest dla nas istotna. Jeżeli na ponad tysiąc osób startujących, na napis zwróciła uwagę co setna (a miałem kilka pytań), mogę uznać to za sukces.
Podczas biegu mieliśmy również możliwość zrobić coś więcej. Biec nie tylko dla Julci, nie tylko dla siebie, ale także w celach charytatywnych. Partner biegu, Fundacja PKO BP mająca pod swoimi skrzydłami piętnastomiesięczną Majeczkę z Żor, postanowiła przekazać na Jej leczenie kwotę dwudziestu tysięcy złotych. Warunek był jeden. Przynajmniej czterdzieści osób pobiegnie ze specjalnym identyfikatorem na plecach. Po biegu okazało się, że pobiegło 625 osób, w tym nasza dwójka :-)

Na deser zostawiam Was z IMAX - ową Juleczką. Zdjęcie wykonała Jej wychowawczyni podczas niedawnej wycieczki do kina (bardzo dziękuję za możliwość udostępnienia). Jak widać - seans był udany ;- )
Ps. Płyną już do mnie sygnały o 1% przekazanym przez Was na wiosnę. Kwoty księgowane są powoli na specjalnym Julcinym subkoncie w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą". Sądzę, że w kolejnym wpisie będę mógł się już z Wami podzielić dobrą nowiną i podziękować. Księgowanie, póki co, trwa... :-)

niedziela, 12 października 2014

Tato, gdzie jedziemy? - autorefleksja.

Panu Piotrowi Kowalczykowi - za okazaną pomoc, pamięć o Julci i w ogóle  za wszystko - serdeczne podziękowania!!! Przekazana darowizna zasiliła specjalne Julcine subkonto w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" i oczywiście dopiszemy ją w poczet przyszłorocznych turnusów rehabilitacyjnych :- )

Jestem świeżo po lekturze niesamowitej książki Jeana Louisa Fourniera "Tato, gdzie jedziemy?". Jest to bardzo osobisty zapis życia z dwójką niepełnosprawnych dzieci. Zapis o tyle ciekawy, że pisany z perspektywy ojca - co rzadkie - i co równie nietypowe, podszyte specyficznym poczuciem humoru autora. Taka narracja może nie każdemu się podobać, ale mnie przypadła do gustu, być może dlatego, że w lekturze odnalazłem sporo własnych przemyśleń czy działań, ale również i zachowań Julci. Nie wchodząc za bardzo w szczegóły - gość nie miał w swym rodzicielskim życiu lekko. Nikt, kto jest rodzicem dziecka niepełnosprawnego - nie ma. Jeżeli przypadłość nie jest chorobą (która z założenia jest do wyleczenia, a przynajmniej istnieje cień szansy), tylko np. wadą genetyczną (której, nie da się po prostu "wyjąć" z ciała, za pomocą farmakologii), pozostaje tylko jej akceptacja. Jeżeli nie mogę czegoś zmienić w tej kwestii, nie mam na to wpływu, to akceptuję wadę (chociaż jej nie lubię w dziecku, które kocham całym sobą) i staram się pomóc najlepiej jak potrafię. Czy poprzez żmudną rehabilitację (w przeróżnej postaci), czy też poprzez otaczanie siebie i dziecka -  dobrymi, bezinteresownymi ludźmi. Jula poza tym, że jest dzieckiem niepełnosprawnym, jest też po prostu... dzieckiem. Z takimi samymi zainteresowaniami i potrzebami jak Jej zdrowi rówieśnicy. Tak samo jest z nami, rodzicami. Oprócz tego, że jesteśmy rodzicami dzieci niepełnosprawnych, jesteśmy także rodzicami w ogóle, mężami, synami, przyjaciółmi, sąsiadami, etc...
Jasne - 99% czasu absorbuje praca i zabawa z dzieckiem. Codzienna rehabilitacja, planowanie  - czasem pół roku, rok do przodu -  mimo tego, że każdy kolejny dzień weryfikuje te nasze plany. Zostaje 1%, który jest takim swoistym wentylem bezpieczeństwa - miejscem na własne zainteresowania. Ale one muszą być, bo inaczej wpadniemy w jakieś błędne koło.
Ton w jakim została napisana książka "Tato, gdzie jedziemy?", również jest takim właśnie wentylem. Jestem głęboko przekonany, że za tą fasadą lekkiego, czasem prześmiewczego tonu, kryje się postać wrażliwej osoby autora i hektolitry wylanych łez. Dość specyficzne poczucie humoru pozwala mu podnieść rękawicę rzuconą przez los i z podniesioną głową walczyć z codziennością. To Jego sposób, by nie załamać się. Co przyjdzie dzieciom niepełnosprawnym z rozpaczających rodziców? Oczywiście, jest czas na łzy. Musi być. U mnie również był. Wynikał z zaskoczenia, nieznajomości tematu, z wcześniejszego zadufania, z potarganej w jednej chwili wiary w możliwość przenoszenia gór. Szybko minął. Nie było miejsca na rozpacz, na żal. Trzeba było wziąć się za siebie - dla siebie, ale i dla dziecka.
Znów wierzę, że mogę namieszać w krajobrazie ;- ) Motorem napędowym jest Jula.

Ps. Nie zalałem kawą, nie zalałem zupą, nie zalałem łzami... Dziękuję za ważną książkę w moim życiu- oddam osobiście. Kiedyś. Nic nie jest tylko czarne, ani tylko białe.