środa, 23 września 2020

Przepraszamy za usterki

Niektórzy to mają szczęście. Budzą się rano nieświadomi własnych ograniczeń jakie zafundowało im życie. Nie wiedzą, że czegoś nie mogą, że nie potrafią. Nikt im nie powiedział, że niosą w sobie nadprogramowy bagaż, który całe życie będzie trzymał ich za nogi i nie pozwoli sięgnąć gwiazd. Nikt ich nie poinformował o tej niemożności, dlatego... po nie sięgają.  Brak przekonania, że czegoś nie da się zrobić czyni to możliwym do zrealizowania. Nie kalkulują czy coś im się opłaca, czy coś ugrają zachowując się tak, czy inaczej. Po prostu są sobą. Naszym zadaniem jest ich nie uświadamiać. Pomagać - owszem, ale nie wyręczać. Dawać raczej wędkę, nie rybę.
(Nawet jeśli sami tego nie widzą w tak szerokiej perspektywie i teraz dąsają się, że wędka nie jest w ich ulubionym kolorze...)

Taką szczególną wędką dla Julki, długofalowym projektem o spowolnionym uwalnianiu wartości dodanych są... turnusy rehabilitacyjne. Na pierwszy pojechała mając zaledwie półtora roku. Gdy przypomnę sobie swoje ówczesne oczekiwania wobec tak skompresowanej formy rehabilitacji, uśmiecham się pod nosem nad własną prostodusznością. Wydawało mi się wtedy, że Julka wróci z pierwszego turnusu cudownie odmieniona, z gotowym wachlarzem recept na przypadłości okołozespołowe, by nie powiedzieć na sam zespół Downa ;-) Wróciła... zmęczona. Zmordowana dwoma tygodniami ciężkiej pracy. Wieczorem zasnęła zostawiając nas w rozterce nad słusznością wydawania tak kolosalnych kwot (wtedy to był wydatek rzędu trzech tysięcy złotych) na coś, co może nie do końca się sprawdza, a po czym dziecko jest, jak z krzyża zdjęte.  Kolejne dni otworzyły nam oczy. Nagle okazało się, że Julka w przedszkolu lepiej pracuje, więcej rozumie, sprawniej ćwiczy i w ogóle jest jakaś taka "bardziej".  Naturalnie po pewnym czasie taki zapas energii się wyczerpał, ale wizja możliwości i same efekty zmotywowały nas na tyle, by zacząć odkładać pieniądze na kolejny turnus w następnym roku kalendarzowym.
  
(Jeden z pierwszych turnusów w Jadownikach Mokrych.
fot. Alicja)
Dziś Julka znajduje się w tak fortunnym położeniu, że może ładować baterie dwa razy w roku. Turnusy rehabilitacyjne na stałe wpisane są w nasz zimowy i wakacyjny wypoczynek. Oczywiście od Julcinego debiutu koszta wzrosły kilkukrotnie, ale każdy turnus jest inwestycją w Jej przyszłość i nikt tutaj nawet nie liczy stopy zwrotu. Wiemy natomiast z całą pewnością, że jest dodatnia ;-)
 
Poniżej kilka zdjęć z ostatniego, sierpniowego turnusu w Ośrodku Rehabilitacji i Hipoterapii Neuron w Małym Gacnie. Turnusy tu nie są tanie, ale warte swojej ceny, a nas przecież nie stać na to, by oszczędzać na zdrowiu naszego dziecka. No i lubimy tutejszy sielankowy klimat i szalenie pozytywnych ludzi. W przyszłym roku też będziemy!






 
Fajnie jest być niektórymi ;-)

czwartek, 13 sierpnia 2020

Siła spokoju

Nie dialoguj z pokusą, bo przegrasz.

Zamknijcie oczy. Wyobraźcie sobie wydeptaną ścieżkę biegnącą przez umajone łąki. Zaciągnijcie się zapachem gorącego, wonnego lata. Zapomniane sioła, pozarastane na wpół zdziczałe sady pełne papierówek, które smakują dokładnie tak samo, jak te sprzed trzydziestu lat. Wszechobecna cisza dyskretnie mącona szelestem rozkołysanej trawy, koncertowym brzęczeniem owadów i szmerem własnych kroków. Witajcie na Małym Szlaku Beskidzkim.
Pozostający nieco w cieniu swojego starszego brata, niemniej nie mniej wymagający, aniżeli wspomniany wyżej krewny drugiego stopnia, spina około 137 kilometrową klamrą Beskid Mały, Makowski i Wyspowy. Warto przemierzyć go liniałem własnych butów, poczuć w ustach słony smak wędrówki, skąpać się w kurzu drogi i poddać się  cynobrowej marszrucie. Z resztą... na całej długości szlaku kolor ten ani razu nie gubi się z oczu, raz tylko zaskakując zmęczonego wędrowca wizją dobrej wróżby pod inne plany w innej czasoprzestrzeni ;-) 

Dzień pierwszy. Czwartek 30.07.

Jakże dobrze się śpi we własnym łóżku. Otulony wczorajszym zmęczeniem, przykryty po uszy kołdrą kamiennego snu nie słyszę budzika. Ze snu wyrywa mnie metaforyczne potrząsanie za ramię mojego anioła stróża i słowa: "To wstajesz, czy odpuszczamy?". Zdezorientowany zwlekam się, sprawdzam kolejne połączenia, szybkie ablucje i kilka chwil później siedzę w pociągu zmierzającym w kierunku ojczyzny Bolka i Lolka, Reksia i kapitana Klipera.

Stolica Podbeskidzia, niezrażona moją niepunktualnością wita mnie pięknym słońcem i stoickim spokojem, który szybko mi się udziela i nie opuszcza do końca mojej robinsonady. Uboższy o kilka złotych zostawionych taryfiarzowi, ale bogatszy w bezcenne trzydzieści minut docieram do miejsca startu. Wstępuję na chwilę rozmowy do kościoła, pamiątkowa fotografia przy czerwonej kropce i z dwugodzinnym poślizgiem względem zakładanego planu wyruszam na szlak.
Droga pnie się stromo w stronę Hrobaczej Łąki, ale że sił mam jeszcze sporo w ogóle nie czuję zmęczenia. Na trzecim kilometrze przez nieuwagę zrywam bransoletę z zegarka, który po upadku na ziemię obrażony (i z obrażeniami) wyłącza się bezpowrotnie. Skazany odtąd na nawigację względem ciał niebieskich i planowanie kolejnych etapów podróży w oparciu o potencjał własnego ciała - wzruszam ramionami i idę dalej. W perspektywie czasu taka autokontrola okazuje się być bardzo oczyszczająca i nadzwyczaj trafna czterowymiarowo.
W schronisku odbijam się od głucho zamkniętych drzwi opatrzonych beznamiętną informacją, że "w dniu dzisiejszym nieczynne". "Nic to!" - powtarzam w myślach za małym rycerzem - i żując wyciągniętą z dna plecaka suszoną wołowinę schodzę powoli w stronę Zapory Porąbka. Przechodzę nad spiętrzoną Sołą i zostawiając za sobą Jezioro Międzybrodzkie wspinam się na szalenie tłoczny i głośny Żar, a następnie na analogicznie gwarne i równie pozbawione uroku zabudowania kompleksu hotelowego na Przełęczy Kocierskiej. Jedyną zaletą tych komercyjnych miejsc jest możliwość uzupełnienia płynów i ewentualne załadowanie węgli. Z drugiej opcji nie korzystam, czym prędzej czmychając w stronę klimatycznej Chatki na Potrójnej. Do tego miejsca szlak jest mi znany z wcześniejszych rekonesansów. Przede mną rozciąga się nieznane i kusi, by się w nie zagłębić. Nie oglądając się za siebie ulegam pokusie, trwale zapisując czystą dotąd kartę. Szlak jest praktycznie pusty. Z rzadka tylko mijam się z kimś idącym od wschodu. Do schroniska docieram tuż po bajecznym zachodzie słońca. Ciepła kolacja, ciepły prysznic i spać.

Dzień drugi. Piątek 31.07.

Wychodzę z uśpionego schroniska cicho zamykając za sobą drzwi. Schodzę do Krzeszowa, w którym w razie potrzeby można uzupełnić zapasy w kilku lokalnych sklepach; asfalt snuje się niczym spruta nić w swetrze. Mozolnie podchodzę na Żurawnicę, mijam porośnięte malwami domy z wielkim oknem na świat, mnóstwo kapliczek, ołtarzyków i przydrożnych krzyży, wreszcie przechodzę przez tory, rzekę i jestem w Zembrzycach. Na rynku przerwa na lody i przewietrzenie stóp. Po chwili znowu połykam asfalt, znowu pod górę. Przede mną Palcza, z której po chwili zostają mi tylko mgliste wspomnienia. Łąka, las, góra, dół, drzewo za drzewem. Dzisiejszy kilometraż otępia zmysły. Praży niemiłosiernie, woda kończy się szybko. Za szybko. Z opresji ratuje mnie gospodarz uzupełniając butelki wodą ze szlaucha ogrodowego. Mmm... smakuje niczym najlepszy Perrier. Jeszcze dziesięć kilometrów. Ożywiam się, chociaż nogi bolą już przeokrutnie. Przed wieczorem jestem na noclegu w Myślenicach. Zakupy w sklepie na jutro, kolacja, prysznic i spać.


Dzień trzeci. Sobota 01.08.

Dziś w planach krótszy odcinek, więc mogę spokojnie pospać godzinę dłużej i zjeść śniadanie. Krótszy nie znaczy łatwiejszy (tak, jak i Mały Szlak Beskidzki nie oznacza niskiego). Sporo przewyższeń dziś przede mną. Zaczynam marszem przez miasto, przechodzę pod zakopianką i znikam w lesie. Zanim dotrę na Kudłacze zdążę się solidnie zmęczyć, ale spotkanie na szlaku trenującego Marcina Świerca dodaje sił. Po krótkiej regeneracji w schronisku wspinam się na Lubomir i zostawiając obserwatorium astronomiczne za plecami schodzę paskudnie kamienistą drogą mijając tabuny turystów. Tym w klapkach nie zazdroszczę drogi w dół. Kasina Wielka zaskakuje mnie brakiem sklepu przy szlaku (albo ja go w zmęczeniu nie zauważam) i monumentalnym widokiem ostatniego dziś wyzwania - szczytu Lubogoszczy. Strome podejście mocno daje się we znaki, a zalesiony szczyt nie wynagradza trudu pięknymi widokami. Na spoczynek docieram późnym popołudniem załapując się jeszcze na obiadokolację, sympatyczną konwersację i telefon od Marysi z obietnicą spotkania następnego dnia. Moje stopy mnie nie lubią.



Dzień czwarty. Niedziela 02.08.

Ostatni dzień. Ostatnie siedem kilometrów z okładem. Niby się nie spieszę, ale nie mogę się już doczekać, by wyjść na szlak. Przed siódmą wychodzę z pensjonatu i powoli zmierzam w stronę Lubonia Wielkiego, który widać z daleka. Szlak delikatnie się wspina, potem ta jego delikatność gdzieś zanika, ale nadal jest pod górę. Dwadzieścia minut przed szczytem dzwoni Iza, kilkadziesiąt oddechów później jesteśmy już we troje i żwawym krokiem przed dziewiątą czerwoną kropkę osiągamy już wspólnie. U stóp schroniska jemy śniadanie, pamiątkowa sesja foto i schodzimy dodatkowe pięć kilometrów do samochodu. Odjeżdżamy w stronę zachodzącego słońca...*

Nie próbuj, rób albo nie rób, nie ma próbowania.

Refleksja: trasa, która dziś zajęła dwie godziny, dzień wcześniej mogła mnie pogrążyć. Po całodniowej wędrówce, bez możliwości przenocowania na szczycie w schronisku (pandemia), z perspektywą schodzenia po nocy do Rabki? Nie, dziękuję. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść**. To nie wyścig. Nawet z samym sobą. To konsekwentna realizacja założonego planu z dopuszczalnym minimalnym marginesem błędu. Może boleć, ale ma być radość, a nie stroszenie piór i robienie czegoś dla statystyk. Życie ludzkie dzieje się tylko raz i dlatego nigdy nie będziemy mogli stwierdzić, która z naszych decyzji była słuszna, a która zła, ponieważ w danej sytuacji mogliśmy decydować tylko jeden raz. Nie dano nam żadnego drugiego, trzeciego, czwartego życia, abyśmy mogli porównać konsekwencje różnych decyzji. Ufam jednak, że podjąłem dobrą decyzję odkładając w czasie epilog tej historii.

Garść liczb:
Bielsko-Biała Straconka - Schronisko Leskowiec ok. 37 km
Schronisko Leskowiec - Myślenice ok. 51 km 
Myślenice - Mszana Dolna Zarabie ok. 39 km
Mszana Dolna Zarabie - Luboń Wielki ok. 7 km (+ok. 5 km do samochodu).
Nie wiem dokładnie ile przeszedłem od kropki do kropki, ale... nie jest to istotne. Ważna była sama droga. Moja obecność na niej i jej obecność we mnie.

Garść podziękowań:
Kasi - gdy dziewięć lat temu maszerowaliśmy na Hrobaczą Łąkę, objuczeni jak dromadery słodkim ciężarem Dziewczynek, nawet nie sądziłem, że tyle przyjdzie mi czekać, by tu wrócić. Gdzieś wtedy też zaczął się mój górski comeback. Dziękuję za zielone światło dla tegorocznej przygody.
Marysi i Izie - za telefony, kanapki, transport i towarzystwo na trasie ostatniego dnia. Świadomość, że na szlaku czeka na Ciebie bratnia dusza, która rozmową odwróci twoją uwagę od trudów wędrówki i podzieli je z tobą - bezcenna.
Tomkowi, oraz Jasiowi z Wiktorem - za rekonesans początkowych odcinków. Zarazem ten grudniowy z Tomkiem, oblodzony i śnieżny, z którego odbierał nas Michał, jak i ten z chłopakami z końca maja, deszczowy i mglisty - obydwa wniosły w tę wędrówkę pewność i spokój, tak potrzebne w nieznanym terenie. Dziękuję, że zechcieliście być częścią tego projektu.
Gosi i Laurentowi - za gotowość wyjścia z kokonu urlopowego komfortu i ofertę przyjazdu, oraz zainteresowanie ;-)

Za sms-y, telefony, trzymanie kciuków i... zaproszenie na szarlotkę ;-)  
Tak się kończy dzisiejszy nieporadnik beskidzki nomady bez ogłady. Korzystajcie z moich doświadczeń, ale poszukajcie własnej drogi. Ta zawsze smakuje lepiej ;-)

---



 * No dobrze. Do zachodu słońca zostało osiem godzin, ale pasował mi do opowieści ;-)
** Tak, wiem. Przepraszam.
 
PS Cytaty pożyczone oczywiście od mistrzów Zbigniewa,  Yody i Milana  ;-)

poniedziałek, 27 lipca 2020

Eryngium maritimum

Ciepły piasek miękko otulający stopy. Szum morza przynoszący ukojenie rozbieganym od dłuższego czasu myślom. Spokój niesiony delikatną bryzą nieśpiesznie przewracającą kolejne kartki zakurzonej do wczoraj powieści o czasach, gdy słowo "przyjaźń" miało jeszcze treść i sens. Smak gofrów, który w innym miejscu, w innym czasie i w innym gremium będzie tylko smutną wypadkową połączonych proporcji mąki, mleka i cukru, pozbawioną subtelnej nuty sumaryczności. Nasze "mogę", a nie "muszę". Tu i teraz. Dzisiaj zbudowane puentą dnia poprzedniego, wyglądające z pokorą brzasku kolejnego jutrzejszego wczoraj. Z planami na pojutrze z tyłu głowy.


Spokojnego urlopu Kochani. Sobie i Wam ;-)

środa, 29 kwietnia 2020

Kciuk w górę!

Serdeczne podziękowania na ręce Pani Reginy za marcową darowiznę wpłaconą na Julcine subkonto w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą", oraz dla Krystyny za comiesięczny przelew. Wszelkie zebrane środki drzemią aktualnie w oczekiwaniu na bardziej sprzyjający czas. Kiedy przyjdzie ich pora zostaną zainwestowane w turnus rehabilitacyjny, niezbędny dla prawidłowego rozwoju psychofizycznego Julki. Będzie to Wasza cegiełka :-)

Pytacie zaniepokojeni, jak Julka radzi sobie w tej niepewnej godzinie morowego powietrza? Jaki wpływ na Jej zakodowany w genach osłabiony układ immunologiczny ma sytuacja za oknem? Wreszcie - jak znosi izolację? 
Hmm... Urodziła się niestandardowa, to i też niebanalne ma podejście do życia i w swoim stylu burzliwe czasy torpeduje... stoickim spokojem. Takiej angielskiej flegmy moglibyśmy się wszyscy od Niej uczyć. Czy jest zmęczona autokwarantanną i wszystkimi wynikającymi z niej ograniczeniami? No pewnie. Wszyscy jesteśmy. Niemniej jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie...

Na stronie internetowej Down Syndrome International odnalazłem artykuł*, w którym zebrana jest aktualna wiedza dotycząca medycznego aspektu Waszych pytań. Poczytajcie:

"Nie wiadomo wystarczająco dużo o COVID-19, aby móc świadomie i odpowiedzialnie rozpatrywać jakiekolwiek konkretne powiązania i wpływ, jaki może on mieć na osoby z zespołem Downa. DSi jest na bieżąco z informacjami od odpowiednich organizacji medycznych i naukowych.
Aktualna rada dla osób z zespołem Downa jest taka sama, jak dla wszystkich innych - przestrzeganie lokalnych wytycznych w zakresie środków ostrożności, w zależności od indywidualnej kategorii ryzyka danej osoby. Ta rada może się różnić w zależności od kraju i regionu. Motywem przewodnim jest konieczność mycia rąk, dystansu społecznego i przebywania w domu w jak największym stopniu, aby uniknąć narażenia.

The Down Syndrome Medical Interest Group (DSMIG) Wielka Brytania i Irlandia wydały następujące oświadczenie:

Nie ma obecnie dowodów na to, że osoby z zespołem Downa są szczególnie narażone na ten koronawirus, chociaż oczywiście osoby z zespołem Downa mogą być bardziej narażone na ogólne zakażenia, a zwłaszcza na infekcje dróg oddechowych. Istnieją jednak dowody sugerujące, że może on stanowić większe zagrożenie dla osób z innymi przewlekłymi chorobami, w tym wcześniej istniejącymi chorobami układu oddechowego, chorobami serca, cukrzycą i obniżoną odpornością. Wiele dzieci i dorosłych z zespołem Downa będzie należeć do tych grup podwyższonego ryzyka.

Trisomy 21 Research Society (T21RS), światowa sieć naukowców i klinicystów badających zespół Downa, przygotowała następujące krótkie oświadczenie w celu podsumowania ich stanowiska w sprawie działań, które należy podjąć w celu ochrony osób z zespołem Downa przed COVID-19, mające na celu uzupełnienie bardziej szczegółowych wytycznych lokalnych:

Zespół Downa jest bardzo zmienną chorobą i każdy jest inny. Jednak ogólnie rzecz biorąc, ludzie z zespołem Downa mają mniej komórek zapewniających aktywny nadzór w układzie odpornościowym. Wiemy również, że ludzie z zespołem Downa mogą reagować immunologicznie wolniej niż w ogólnej populacji i jest możliwe, że jest to bardziej wyraźne z wiekiem ( jak w populacji ogólnej).
Dlatego przedkładamy trzy zalecenia dla osób z zespołem Downa, ich opiekunów i klinicystów:
Unikaj narażenia w jak największym stopniu poprzez zachowanie dystansu społecznego. Każdy z zespołem Downa z istotnymi dodatkowymi problemami zdrowotnymi powinien być izolowany, jeśli to możliwe. Zapewnij równy dostęp do opieki zdrowotnej i traktuj osoby z zespołem Downa tak samo jak wszystkie inne. W razie wątpliwości co do zmiany stanu zdrowia osoby z zespołem Downa należy natychmiast zasięgnąć porady klinicznej."

*(dostęp 29.04.2020)

Mamy nowe okulary. Poprawią serca wzrok ;-)

Jesteśmy zdrowi i dbamy o siebie. Czego i Wam życzymy.


PS Dla tych, którzy doczytali do końca - Kenny. W marcu wyruszył w swoją ostatnią trasę koncertową po niebieskim firmamencie, ale zostawił nam swoją nieśmiertelną muzykę. Na szczęście :-)

wtorek, 24 marca 2020

Efekt domina

"Obyś żył w ciekawych czasach".  Apokryf ten, powszechnie uchodzący za stare chińskie przekleństwo pierwszy raz usłyszałem jakieś ćwierć wieku temu, bezpośrednio po seansie video "Władcy życzeń" Roberta Kurtzmana. Dyskutowaliśmy wtedy nad kwestią dwuznaczności wypowiadanych zdań, przemyślanego doboru słów i ich interpretacji z jaką możemy spotkać się u rozmówcy. Ta nierzadko rozmija się z intencjami i przypomina dziecięcą zabawę w głuchy telefon. Dojdziemy do tego.

Dożyliśmy zaiste "ciekawych" czasów. W dzisiejszym świecie skurczonym przez infrastrukturę lotniczą do rozmiarów piłeczki golfowej, śmiercionośne wirusy przemieszczają się prawie tak samo szybko, jak informacja o nich w globalnej sieci. Coś, co jeszcze wczoraj wydawało się odległe i dotyczące tylko Państwa Środka, nagle stało się namacalne i zaważyło na naszym metaforycznym jutrze. Wszyscy oblaliśmy test z czytania ze zrozumieniem. Niektórzy dostaną możliwość egzaminu poprawkowego w drugim terminie. Niestety - jak wynika z medialnych doniesień - nie wszyscy (*).

Jestem przekonany o tym, że wyjdziemy mocniejsi psychicznie z tej ogólnoświatowej wojny. Nie będzie łatwo. Niektórzy z nas stracą pracę. Inni najbliższe sercu osoby. Wszyscy wygodne złudzenie kontrolowania przyszłości. Uszeregowanej w osobistych terminarzach wiele miesięcy do przodu. Pali nam się grunt pod nogami, bo nagle odkryliśmy, że przyszłość przelewa się w przeszłość przez zwężenie w teraźniejszości. To nic, że dzieje się tak od zawsze. Dla nas, ślepo zabieganych w pogoni za wszystkim, to nowe, bolesne doświadczenie. Świat gra z nami w pokera i właśnie mówi "sprawdzam". Od nas zależy czy spasujemy, czy podbijemy. Każdy siada do stołu przekonany o tym, że wygra, bo tu główną wygraną jest życie. Nikt nie ma znaczonych kart, dlatego niektórzy grają va banque.
Każde doświadczenie na dłuższą metę wzmacnia. Dobre, czy złe. Kwestia tego, jaką mamy głowę i co z tym zrobimy. To zależy od nas samych.
Uważaj czego sobie życzysz. I zostań w domu.*


*jeśli możesz.

sobota, 29 lutego 2020

Ohana

Dzień jutrzejszy. Jaki będzie? Jakim go sprokurujemy? Co wrzucimy dzisiaj do formy, która ukształtuje kolejną dobę? Kolejne dni i miesiące. Zależy tylko od nas. To nasza autonomiczna decyzja. Sami dokonujemy selekcji nasion, ale nie jesteśmy wolni od plonu, jaki niesie ten wybór. Smaku jego owoców - ambrozji, ale i beaujolais nouveau - doznawać będziemy my i nasi bliscy. Zróbmy co w naszej mocy, by tych cierpkich doświadczali jak najmniej.
(Emilia - dziękuję za zdjęcie i za inspirujący powyższy (poniższy?) tekst przekaz)
Dwudziesty dziewiąty lutego - dzień jak każdy inny, a jednak wyjątkowy nie tylko ze względu na swoją kwartetową przestępność. Dzień, który udało się spędzić (nie lubię tego słowa, sugeruje pośpiech i delegacyjny charakter czasu) - więc może inaczej - w który świadomie weszliśmy flegmatycznie i ospale. W którym rachityczność podyktowana była potrzebą wspólnego doświadczania upływającego czasu. Niespiesznego, ale jednak nieubłaganie odmierzającego ziarenka piasku w ontogenezowych klepsydrach.
Dzisiejszy dzień był okazją do powrotu do korzeni. Do uświadomienia sobie jak ważna w naszym życiu jest rodzina. Nie tylko ta biologiczna. Gdzieś na osi czasu podjęliśmy takie, a nie inne decyzje, które skierowały nas w wybranych - intencjonalnie, lub wręcz przeciwnie bezwiednie - kierunkach. Wszyscy jesteśmy jak gałęzie na drzewie i rośniemy ku słońcu, przebijając się ku niemu na różne sposoby, ale korzenie mamy wspólne.



Rodzino dziękuję Ci, że jesteś obecna w naszym życiu. Inspirujesz. Szanse jedna na milion sprawdzają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.* Sprowokowani i prowokujący: kreujcie wyjątkowym KAŻDY swój jutrzejszy dzień. Czasem, gdy się zamknie oczy widać więcej.

PS
Marysi, Agnieszce i Irkowi dziękuję za wystartowanie w Julcinych koszulkach.

Andrzejowi i całej Pędziwiatrowej rodzinie - prowokujecie nie tylko do walki z lenistwem, ale i mobilizujecie do ofensywy z własnymi słabościami. Na wielu polach.

Tomek - dziękuję za Khruangbin.

PS2
Fotografie Emilia, Kasia, Janusz i Rafał.

* Oczywiście, że Terry ;-)

środa, 8 stycznia 2020

1:07 a.m. Wpół do serca.

Jeśli nie wiesz od czego masz zacząć, zacznij od... "dzień dobry" ;-)

Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" na początku grudnia zakończyła księgowanie Waszego 1%, który do końca kwietnia zlecaliście rodzimym Urzędom Skarbowym przekazać na Julcine subkonto w strukturach w/w. Wiemy, że Julka ma oddane grono Przyjaciół, ludzi, którzy od lat wspierają Ją na wielu polach - także finansowych - ale zawsze zaskoczeni jesteśmy, ilu z Was stawia właśnie na Nią. To jest niesamowite! Dziękujemy!!!
💗
W tym roku szczególne podziękowania przesyłamy do darczyńców, których Personal Income Tax został złożony w skarbówkach w:
Wolsztynie 💗
Kędzierzynie Koźlu 💗
Gliwicach💗
Garwolinie 💗
Szczytnie 💗
Ostrołęce 💗
Kluczborku 💗
Oleśnie 💗
Bytomiu 💗
Mikołowie 💗
Rudzie Śląskiej 💗
Katowicach 💗
Rybniku💗
Zamościu 💗
Lesznie 💗
Krapkowicach 💗
Tarnowskich Górach💗
Pruszkowie 💗
Warszawie 💗
Zawierciu 💗
Zielonej Górze 💗
Wrocławiu 💗
Oleśnicy 💗
Brodnicy 💗
Łodzi 💗
Toruniu 💗
Krakowie 💗
Tczewie 💗
Będzinie 💗
Chorzowie 💗
Siemianowicach Śląskich 💗
Sosnowcu 💗
Szczecinie 💗
Zgierzu 💗
Wieliczce 💗
Zabrzu 💗
Działdowie 💗
Przysusze 💗
Malborku 💗
Bydgoszczy 💗

Dziękujemy wszystkim osobom prywatnym, oraz firmom, które  zdecydowały się przekazać na Julkę swój 1% 
Przyjaciołom, znajomym, znajomym znajomych ;-), za wszystkie telefony "hej, co tam trzeba wpisać? Podeślij mi!" 
Podziękowania  również dla wszystkich dobrowolnych ambasadorów Julcinej sprawy, dzięki którym adres poniższej strony odbija się szerokim echem w świecie ♥ ;-)
Dziękujemy także organizatorom Gliwickiej Parkowej Prowokacji Biegowej, która w 2018 poświęciła Julce  styczniową odsłonę zawodów, a co za tym idzie informacja o Julcinych potrzebach mogła dotrzeć do szerszego kręgu odbiorców 
Zaprzyjaźnionym księgowym w całej Polsce, które pamiętają o nas nie tylko w okresie rozliczeniowym 
Wszystkim tym, którzy nieobligatoryjnie zajmują się kolportażem Julcinych kalendarzyków  - dziękujemy i w tym roku też na Was liczymy :-) 


Powyższymi słowami dziękowałem Wam w ubiegłym roku i właściwie bazując na trzech klawiszach Ctrl, C i V mógłbym - po drobnej korekcie -  umieścić je w tym miejscu i wcale nie straciłyby  na aktualności. Nie zrobię tego ;-) My wiemy i Wy wiecie, że tak szeroko zakrojona akcja wymaga wielu rąk na pokładzie i działań wielokierunkowych. Każdy, nawet najmniejszy Julciny sukces, jest swoistym opus magnum każdego z nas. Bez wyjątku.
A Julka? Julka jest nieszablonowa. Wymyka się wszelkim ramom (poza ramami naszych ramion ;-) ). Zaskakuje nieustannie. Nie daje sobie dmuchać w kaszę. Prawdziwy fighter. Po kądzieli.
Dzień dobry w nowym roku.