czwartek, 13 sierpnia 2020

Siła spokoju

Nie dialoguj z pokusą, bo przegrasz.

Zamknijcie oczy. Wyobraźcie sobie wydeptaną ścieżkę biegnącą przez umajone łąki. Zaciągnijcie się zapachem gorącego, wonnego lata. Zapomniane sioła, pozarastane na wpół zdziczałe sady pełne papierówek, które smakują dokładnie tak samo, jak te sprzed trzydziestu lat. Wszechobecna cisza dyskretnie mącona szelestem rozkołysanej trawy, koncertowym brzęczeniem owadów i szmerem własnych kroków. Witajcie na Małym Szlaku Beskidzkim.
Pozostający nieco w cieniu swojego starszego brata, niemniej nie mniej wymagający, aniżeli wspomniany wyżej krewny drugiego stopnia, spina około 137 kilometrową klamrą Beskid Mały, Makowski i Wyspowy. Warto przemierzyć go liniałem własnych butów, poczuć w ustach słony smak wędrówki, skąpać się w kurzu drogi i poddać się  cynobrowej marszrucie. Z resztą... na całej długości szlaku kolor ten ani razu nie gubi się z oczu, raz tylko zaskakując zmęczonego wędrowca wizją dobrej wróżby pod inne plany w innej czasoprzestrzeni ;-) 

Dzień pierwszy. Czwartek 30.07.

Jakże dobrze się śpi we własnym łóżku. Otulony wczorajszym zmęczeniem, przykryty po uszy kołdrą kamiennego snu nie słyszę budzika. Ze snu wyrywa mnie metaforyczne potrząsanie za ramię mojego anioła stróża i słowa: "To wstajesz, czy odpuszczamy?". Zdezorientowany zwlekam się, sprawdzam kolejne połączenia, szybkie ablucje i kilka chwil później siedzę w pociągu zmierzającym w kierunku ojczyzny Bolka i Lolka, Reksia i kapitana Klipera.

Stolica Podbeskidzia, niezrażona moją niepunktualnością wita mnie pięknym słońcem i stoickim spokojem, który szybko mi się udziela i nie opuszcza do końca mojej robinsonady. Uboższy o kilka złotych zostawionych taryfiarzowi, ale bogatszy w bezcenne trzydzieści minut docieram do miejsca startu. Wstępuję na chwilę rozmowy do kościoła, pamiątkowa fotografia przy czerwonej kropce i z dwugodzinnym poślizgiem względem zakładanego planu wyruszam na szlak.
Droga pnie się stromo w stronę Hrobaczej Łąki, ale że sił mam jeszcze sporo w ogóle nie czuję zmęczenia. Na trzecim kilometrze przez nieuwagę zrywam bransoletę z zegarka, który po upadku na ziemię obrażony (i z obrażeniami) wyłącza się bezpowrotnie. Skazany odtąd na nawigację względem ciał niebieskich i planowanie kolejnych etapów podróży w oparciu o potencjał własnego ciała - wzruszam ramionami i idę dalej. W perspektywie czasu taka autokontrola okazuje się być bardzo oczyszczająca i nadzwyczaj trafna czterowymiarowo.
W schronisku odbijam się od głucho zamkniętych drzwi opatrzonych beznamiętną informacją, że "w dniu dzisiejszym nieczynne". "Nic to!" - powtarzam w myślach za małym rycerzem - i żując wyciągniętą z dna plecaka suszoną wołowinę schodzę powoli w stronę Zapory Porąbka. Przechodzę nad spiętrzoną Sołą i zostawiając za sobą Jezioro Międzybrodzkie wspinam się na szalenie tłoczny i głośny Żar, a następnie na analogicznie gwarne i równie pozbawione uroku zabudowania kompleksu hotelowego na Przełęczy Kocierskiej. Jedyną zaletą tych komercyjnych miejsc jest możliwość uzupełnienia płynów i ewentualne załadowanie węgli. Z drugiej opcji nie korzystam, czym prędzej czmychając w stronę klimatycznej Chatki na Potrójnej. Do tego miejsca szlak jest mi znany z wcześniejszych rekonesansów. Przede mną rozciąga się nieznane i kusi, by się w nie zagłębić. Nie oglądając się za siebie ulegam pokusie, trwale zapisując czystą dotąd kartę. Szlak jest praktycznie pusty. Z rzadka tylko mijam się z kimś idącym od wschodu. Do schroniska docieram tuż po bajecznym zachodzie słońca. Ciepła kolacja, ciepły prysznic i spać.

Dzień drugi. Piątek 31.07.

Wychodzę z uśpionego schroniska cicho zamykając za sobą drzwi. Schodzę do Krzeszowa, w którym w razie potrzeby można uzupełnić zapasy w kilku lokalnych sklepach; asfalt snuje się niczym spruta nić w swetrze. Mozolnie podchodzę na Żurawnicę, mijam porośnięte malwami domy z wielkim oknem na świat, mnóstwo kapliczek, ołtarzyków i przydrożnych krzyży, wreszcie przechodzę przez tory, rzekę i jestem w Zembrzycach. Na rynku przerwa na lody i przewietrzenie stóp. Po chwili znowu połykam asfalt, znowu pod górę. Przede mną Palcza, z której po chwili zostają mi tylko mgliste wspomnienia. Łąka, las, góra, dół, drzewo za drzewem. Dzisiejszy kilometraż otępia zmysły. Praży niemiłosiernie, woda kończy się szybko. Za szybko. Z opresji ratuje mnie gospodarz uzupełniając butelki wodą ze szlaucha ogrodowego. Mmm... smakuje niczym najlepszy Perrier. Jeszcze dziesięć kilometrów. Ożywiam się, chociaż nogi bolą już przeokrutnie. Przed wieczorem jestem na noclegu w Myślenicach. Zakupy w sklepie na jutro, kolacja, prysznic i spać.


Dzień trzeci. Sobota 01.08.

Dziś w planach krótszy odcinek, więc mogę spokojnie pospać godzinę dłużej i zjeść śniadanie. Krótszy nie znaczy łatwiejszy (tak, jak i Mały Szlak Beskidzki nie oznacza niskiego). Sporo przewyższeń dziś przede mną. Zaczynam marszem przez miasto, przechodzę pod zakopianką i znikam w lesie. Zanim dotrę na Kudłacze zdążę się solidnie zmęczyć, ale spotkanie na szlaku trenującego Marcina Świerca dodaje sił. Po krótkiej regeneracji w schronisku wspinam się na Lubomir i zostawiając obserwatorium astronomiczne za plecami schodzę paskudnie kamienistą drogą mijając tabuny turystów. Tym w klapkach nie zazdroszczę drogi w dół. Kasina Wielka zaskakuje mnie brakiem sklepu przy szlaku (albo ja go w zmęczeniu nie zauważam) i monumentalnym widokiem ostatniego dziś wyzwania - szczytu Lubogoszczy. Strome podejście mocno daje się we znaki, a zalesiony szczyt nie wynagradza trudu pięknymi widokami. Na spoczynek docieram późnym popołudniem załapując się jeszcze na obiadokolację, sympatyczną konwersację i telefon od Marysi z obietnicą spotkania następnego dnia. Moje stopy mnie nie lubią.



Dzień czwarty. Niedziela 02.08.

Ostatni dzień. Ostatnie siedem kilometrów z okładem. Niby się nie spieszę, ale nie mogę się już doczekać, by wyjść na szlak. Przed siódmą wychodzę z pensjonatu i powoli zmierzam w stronę Lubonia Wielkiego, który widać z daleka. Szlak delikatnie się wspina, potem ta jego delikatność gdzieś zanika, ale nadal jest pod górę. Dwadzieścia minut przed szczytem dzwoni Iza, kilkadziesiąt oddechów później jesteśmy już we troje i żwawym krokiem przed dziewiątą czerwoną kropkę osiągamy już wspólnie. U stóp schroniska jemy śniadanie, pamiątkowa sesja foto i schodzimy dodatkowe pięć kilometrów do samochodu. Odjeżdżamy w stronę zachodzącego słońca...*

Nie próbuj, rób albo nie rób, nie ma próbowania.

Refleksja: trasa, która dziś zajęła dwie godziny, dzień wcześniej mogła mnie pogrążyć. Po całodniowej wędrówce, bez możliwości przenocowania na szczycie w schronisku (pandemia), z perspektywą schodzenia po nocy do Rabki? Nie, dziękuję. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść**. To nie wyścig. Nawet z samym sobą. To konsekwentna realizacja założonego planu z dopuszczalnym minimalnym marginesem błędu. Może boleć, ale ma być radość, a nie stroszenie piór i robienie czegoś dla statystyk. Życie ludzkie dzieje się tylko raz i dlatego nigdy nie będziemy mogli stwierdzić, która z naszych decyzji była słuszna, a która zła, ponieważ w danej sytuacji mogliśmy decydować tylko jeden raz. Nie dano nam żadnego drugiego, trzeciego, czwartego życia, abyśmy mogli porównać konsekwencje różnych decyzji. Ufam jednak, że podjąłem dobrą decyzję odkładając w czasie epilog tej historii.

Garść liczb:
Bielsko-Biała Straconka - Schronisko Leskowiec ok. 37 km
Schronisko Leskowiec - Myślenice ok. 51 km 
Myślenice - Mszana Dolna Zarabie ok. 39 km
Mszana Dolna Zarabie - Luboń Wielki ok. 7 km (+ok. 5 km do samochodu).
Nie wiem dokładnie ile przeszedłem od kropki do kropki, ale... nie jest to istotne. Ważna była sama droga. Moja obecność na niej i jej obecność we mnie.

Garść podziękowań:
Kasi - gdy dziewięć lat temu maszerowaliśmy na Hrobaczą Łąkę, objuczeni jak dromadery słodkim ciężarem Dziewczynek, nawet nie sądziłem, że tyle przyjdzie mi czekać, by tu wrócić. Gdzieś wtedy też zaczął się mój górski comeback. Dziękuję za zielone światło dla tegorocznej przygody.
Marysi i Izie - za telefony, kanapki, transport i towarzystwo na trasie ostatniego dnia. Świadomość, że na szlaku czeka na Ciebie bratnia dusza, która rozmową odwróci twoją uwagę od trudów wędrówki i podzieli je z tobą - bezcenna.
Tomkowi, oraz Jasiowi z Wiktorem - za rekonesans początkowych odcinków. Zarazem ten grudniowy z Tomkiem, oblodzony i śnieżny, z którego odbierał nas Michał, jak i ten z chłopakami z końca maja, deszczowy i mglisty - obydwa wniosły w tę wędrówkę pewność i spokój, tak potrzebne w nieznanym terenie. Dziękuję, że zechcieliście być częścią tego projektu.
Gosi i Laurentowi - za gotowość wyjścia z kokonu urlopowego komfortu i ofertę przyjazdu, oraz zainteresowanie ;-)

Za sms-y, telefony, trzymanie kciuków i... zaproszenie na szarlotkę ;-)  
Tak się kończy dzisiejszy nieporadnik beskidzki nomady bez ogłady. Korzystajcie z moich doświadczeń, ale poszukajcie własnej drogi. Ta zawsze smakuje lepiej ;-)

---



 * No dobrze. Do zachodu słońca zostało osiem godzin, ale pasował mi do opowieści ;-)
** Tak, wiem. Przepraszam.
 
PS Cytaty pożyczone oczywiście od mistrzów Zbigniewa,  Yody i Milana  ;-)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza