wtorek, 30 listopada 2021

Kermode

Serdeczne podziękowania na ręce Pana Jakuba z Łodzi za wrześniową darowiznę, oraz Krystynie za comiesięczną cegiełkę :-) Wszelkie wpłaty zaksięgowane na Julcinym subkoncie w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" przeznaczamy tradycyjnie na turnus rehabilitacyjny w przyszłym roku 💗💙
 
Powoli Fundacja kończy księgowanie odpisów 1% przekazanego przez Was wiosną. I o ile darowizny są zawsze imienne i wiemy kto jest darczyńcą, o tyle wszelkie wpłaty 1% (ubiegłoroczną decyzją Ministerstwa Finansów) trafiają najpierw do Centrum Kompetencyjnego Rozliczeń w Bydgoszczy, stamtąd - bez wskazania Urzędu Skarbowego z którego wpłynął odpis - zbiorczymi przelewami do poszczególnych Organizacji Pożytku Publicznego i dopiero tutaj na subkonta podopiecznych. W praktyce jeden podpis urzędnika ograniczył wgląd każdej z fundacji w źródła przekazywanych środków, a nam odebrał możliwość indywidualnych podziękowań za przekazany 1%. Trudno się kopać z koniem.
 
Sumarycznie zatem - Kochani - dziękujemy Wam za ubiegły rok rozliczeniowy, za pamięć o Julce i kibicowanie Jej w dążeniu do przełamywania barier fizycznych i intelektualnych. Za Waszą wrażliwość, każde dobre słowo, uśmiech i motywowanie nas do jeszcze intensywniejszej pracy nad Julką, sobą i... oswajaniem świata ;-)


(fot. Jola Błasiak-Wielgus)
Ona jest wyjątkowa. Niepowtarzalna, jak biały niedźwiedź czarny. Potrafi zaskoczyć aksjomatycznym podejściem do życia. Nie dalej jak tydzień temu, gdy leżałem złożony lumbago, przytuliła mnie, po czym zapytała:
- I co? Lepiej już Tato?
- Tak Juleczko, lepiej.
- To zawsze pomaga.
- ...

To zawsze pomaga ;-)
 

niedziela, 17 października 2021

Zespół niespokojnych łap

Zimno za oknem. Lato spakowało się i z dnia na dzień pojechało na zasłużony urlop, zostawiając na komodzie niedopitą lemoniadę i zapach niewysłanych listów. Pociemniało, poszarzało, deszcz zmył butów Twych ślad, a zielone drzewa, które chroniły nas, w żółte kolory zamienił czas. Nawet zawartość puszki z czarną jak heban, ulubioną rosyjską herbatą, nie pozostawia złudzeń co do przemijalności wszystkiego. Żeby nie było, że jest tylko tak psychicznie trudniej. Mamy dynie. Oranżowe antenatki przyszłych pokoleń konfitur, zup, ciast i pewnie jeszcze kilku innych owoców mariażu wyżej wymienionych ze słońcem zamkniętym w pomarańczach. Wyobraźcie sobie, że wracacie przemoczeni ze słotnego spaceru, a w garnku czeka na Was rozgrzewająca zupa dyniowa z imbirem i pomarańczami. Ewentualnie parujący talerz tagliatelle z leśnymi grzybami, dynią, czosnkiem i odrobiną tymianku. Mmm... Czar jesieni zaklęty w słoikach i na talerzach. Będzie co wspominać, gdy zima rozłoży się obozem w ogrodzie, a po cieplejszych dniach zostaną tylko niefrasobliwie pozostawione przymarznięte dwa leżaki...

 
Jest jeszcze Amundsen. Pojawił się pewnego październikowego popołudnia i został na wszystkie popołudnia reszty naszego życia. Osiemset gramów niespożytej energii i wszędobylstwa. Lodołamacz serc niewieścich. Bywalec salonów i kolan. Luminarz rezydowania w objęciach Morfeusza. W sam raz na jesienną chandrę. Na każdą inną porę roku także.

Kotu potrzeba niewiele:
Pogłaskać go tylko w niedzielę,
w poniedziałek, wtorek i w środę
leciutko podrapać go w brodę,
w czwartek, w piątek i w sobotę
pobawić się trochę z kotem
i w niedzielę – znów niewiele.
A jeśli ci się uda
pokochać go troszeczkę
i tym co mu smakuje
napełnisz mu miseczkę
i mocno postanowisz
nie oddać go nikomu
i zgodzisz się by czasem
porządził trochę w domu,
to zauważysz potem
(to zresztą przyjdzie z wiekiem),
że będąc bliżej z kotem,
jesteś bardziej człowiekiem.

(Autor: Franciszek Jan Klimek)

Chodźmy razem do parku, Chodźmy do parku na deszcz... Nie ma nic piękniejszego Niż twoje oczy, wiesz? Zostawmy za sobą wszystkie Ulice świata szalone... Nie ma nic piękniejszego Niż twoje oczy zielone..

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,kabaret_moralnego_niepokoju,jesienny_smuteczek.htm
Chodźmy razem do parku, Chodźmy do parku na deszcz... Nie ma nic piękniejszego Niż twoje oczy, wiesz? Zostawmy za sobą wszystkie Ulice świata szalone... Nie ma nic piękniejszego Niż twoje oczy zielone..

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,kabaret_moralnego_niepokoju,jesienny_smuteczek.htm

środa, 29 września 2021

Lekcja historii

Prolog
Imperium Osmańskie od zawsze było ekspansywne. Wiek XVII nie był tutaj wyjątkiem. Osłabiona przez długotrwałe wojny z sąsiadami i targana wewnętrznymi konfliktami Rzeczpospolita okazała się łakomym kąskiem dla Porty Ottomańskej. Po utracie Kamienia Podolskiego i haniebnym traktacie w Buczaczu, dopiero viktoria chocimska otworzyła nowy rozdział w wojnach polsko - tureckich, de facto dając  hetmanowi wielkiemu koronnemu... koronę. Świadomy kruchości rozejmu, nowo wybrany król próbował wzmocnić Rzeczpospolitą sojuszami z innymi mocarstwami, te jednak nie wyraziły zainteresowania, kierując się własnymi interesami. Jedynie dyplomacja habsburska, i to w obliczu ewidentnej koncentracji tureckich wojsk, podpisała traktat o wzajemnej pomocy gwarantujący pomoc militarną, gdyby któraś ze stolic - Kraków*, lub Wiedeń była zagrożona. W połowie lipca 1683 roku wojska Imperium Osmańskiego stanęły nad Dunajem. Miesiąc później - wypełniając postanowienia umowy - Jan III Sobieski zebrał wojska pod Krakowem i przez należący do korony austriackiej Śląsk ruszył z odsieczą.

Prawie trzysta lat później, w latach 1969-1970 staraniem Oddziałowych Komisji Turystyki Pieszej PTTK w Bytomiu, Gliwicach i Raciborzu, śladami podążających pod Wiedeń polskich chorągwi został wyznakowany 158-kilometrowy Szlak Husarii Polskiej. W kuluarach - być może - z okazji niezbyt okrągłej 286 rocznicy przemarszu wojsk koronnych, oficjalnie jednak dla uczczenia XXV - lecia PRL. 

Rozdział pierwszy i kolejne 

Dziś szlak liczy sobie około trzech kilometrów mniej. Pół wieku szeroko rozumianej urbanizacji odbiło się na jego przebiegu. Korekty były konieczne. W perspektywie całości są to kosmetyczne zmiany, a sam szlak nadal odzwierciedla drogę, jaką lat temu trzysta z okładem przemierzał przyszły Lew Lechistanu i nie rzutują w żaden sposób na przyjemność płynącą z maszerowania śladami polskiego oręża.

Flirt ze Szlakiem Husarii Polskiej zaczęliśmy w czerwcu ubiegłego roku wsiadając niedzielnego poranka do pociągu, który zawiózł nas do Będzina. Nieopodal dworca kolejowego znajduje się czerwona kropka  oznaczająca początek przygody.

Podzieliliśmy całość na etapy, do których mieliśmy wracać w miarę dyspozycyjności, przygotowania fizycznego i rozwijającej się sytuacji pandemicznej. Na pierwszy ogień zaplanowaliśmy odcinek liczący pięćdziesiąt trzy kilometry. Trasa Będzin - Wieszowa przez Bytom, obrzeża Siemianowic Śląskich, Piekary Śląskie, Orzech, Nakło i Tarnowskie Góry (gdzie król Jan pożegnał się z królową Marysieńką, a kierownik wycieczki z ambitnym planem i obietnicami pociągnięcia rajdu aż do Gliwic), okazała się nie lada wyzwaniem.

Z założenia eskapada miała być biegowa. Taka była. Przynajmniej na początku, dopóki nadprogramowe kilogramy, tak beztrosko zbierane przez ostatnie pół roku nie dały o sobie znać. Z biegu przeszedłem do marszu, na ostatnich kilometrach będąc tylko cieniem dawnego, przedpandemicznego siebie. Monika z Irkiem, jak zawsze przygotowani perfekcyjnie do biegowego wyzwania, tego dnia zmuszeni byli schować sportową dumę i głód kilometrów do plecaków, by zająć się moim opornym na motywację przyjaciół truchłem. Drużyna jest tak silna, jak jej najsłabsze ogniwo. Spod stadionu w Górnikach, po czterdziestu ośmiu kilometrach walki odebrał nas Wojtek i zawiózł do domu. Umarłem...

... ale przeżyłem ;-) Po trzech tygodniach zew szlaku znów się odezwał i podwieziony przez Wojtka na miejsce mojej uprzedniej agonii, w towarzystwie niekoronowanej imienniczki Królowej Jmci,  wyruszyłem w drogę, kreśląc kolejny rozdział przygody śladami własnych stóp.

Z Marysią obraliśmy tempo spacerowe, skupiając się na zwiedzaniu, wypatrywaniu ukrytych w zaroślach oznaczeń i manewrowaniu między kroplami deszczu. Ulewa, która towarzyszyła nam do Gliwic skutecznie ugasiła konstruktywne rozmowy, nie dała jednak rady zmyć nam uśmiechów z twarzy. Przemoczeni, z dorobkiem dwudziestu trzech kilometrów, zjawiliśmy się pod murami klasztoru, w którym to w drodze pod Wiedeń nocował król Jan i w  którego gościnnych progach onegdaj Julka i Zosia przyjęły sakramenty chrztu, oraz pierwszą komunię świętą. Gorący popołudniowy krupnik postawił nas na nogi i wlał w nasze serca zapał do kontynuowania wędrówki.  Rozpoczął się jednak sezon urlopowy, następnie obowiązki rodzinne splotły się z zawodowymi i szlak musiał poczekać na nas aż do początku października.
 
Chociaż przekwitły w nas wonne metafory i na dłoni usypana garść popiołu, to jesień była piękna tego roku i pozbawiona duszącego szala chandry. W sobotni poranek pożegnaliśmy opatulone kołdrą mgły Gliwice i z plecakami pełnymi marzeń (i zupą w termosie) ruszyliśmy na południe. Dzięki wcześniejszemu rowerowemu rozpoznaniu szliśmy praktycznie na pamięć, ale i sam szlak na tym odcinku też jakoś bardzo źle oznaczony nie był. Przed Rudami spotkaliśmy trenującego Tomasza, który odprowadził nas do opactwa cysterskiego, po drodze racząc historią regionu i ciekawostkami geograficznymi.

Ostatnie czternaście kilometrów pokonaliśmy już we dwoje, kończąc naszą jesienną włóczęgę na rynku w Nędzy, skąd odebrał nas Erwin. Dystans prawie czterdziestu kilometrów przemaszerowanych w październikowym słońcu tylko pobudził nasz apetyt na dalszą wędrówkę.

Ta jednak musiała poczekać na swój czas, ponieważ nieproszona przyszła zima i zamroziła oddechem wszelkie plany związane z dalszą eksploracją szlaku. Mróz za oknem przykuł nas do foteli z książką i kubkiem czarnej herbaty, puszczając ze swych okowów dopiero na wiosnę :-)
 
Na Szlak Husarii Polskiej wróciliśmy pod koniec kwietnia tego roku,  sobotnim przedpołudniem meldując się w Nędzy. Tym razem trzon drużyny zdominowany został przez płeć piękną, a stery kierownicze uległy zmianie pokoleniowej ;-)
Cztery kilometry, z początku asfaltem bez pobocza, potem drogą leśną aż do rezerwatu Łężczok, były swoistym rozruchem po zimie i stanowiły preludium pod dalsze, o wiele dłuższe spacery pod kierownictwem Julki i Zosi.
 
Finał tej historii napisaliśmy wspólnie z Marysią początkiem lipca, przeszło rok od będzińskiego debiutu. Już o świcie, gdy Erwin wysadzał nas na parkingu przy Łężczoku prażyło niemiłosiernie, a czerwona kropka w Krzanowicach z perspektywy ponad czterdziestu kilometrów marszu, wydawała się nieuchwytnym marzeniem. Zrobiliśmy jednak pierwszy krok, po nim kolejny i jakoś poszło ;-)

Słony skwar to nie jedyne wspomnienie z tego dnia. Bajecznie budzący się dzień nad stawami w rezerwacie i wizyta w raciborskim muzeum u kochającej swoją pracę rozgadanej pani kustosz. Stojąca w szczerym polu przed Kornicami klimatyzowana kaplica z przyjazną wędrowcom toaletą z ciepłą wodą i garść czereśni podarowana przez sadowników w Pietraszynie. Radość z osiągnięcia celu zabarwiona nutą ulgi, że dziś postawiliśmy już wszystkie kroki. Czterdzieści cztery kilometry pozytywnych emocji. Jeden śmiertelnie przestraszony bażant ;-)
 
Zamiast epilogu
Dziękuję Wam Kochani za tak liczną frekwencję i za to, że zechcieliście odbyć ze mną tą lekcję historii w plenerze. A kogo nie było, ma nieobecność i jest u pani ;-)
 
 
* Kraków, pomimo przeniesienia dworu królewskiego do Warszawy na przełomie XVI i XVII wieku,  pozostał formalną stolicą Polski aż do ostatniego rozbioru.

niedziela, 29 sierpnia 2021

Here Comes The Sun

Zosia dostała polecenie samodzielnie spakować się na wakacyjny wyjazd. Po kilku minutach przychodzi zafrasowana.

- Tato, jak myślisz? Czy tyle mi wystarczy na te cztery tygodnie?

Patrzę. Dwa pękate plecaki. W nich same książki. Niczego więcej. Nawet pół szczoteczki do zębów.

- Hmm... Jeśli braknie, to Ci dokupię...❤️️

Julka zabrała ulubionego pluszaka, zdjęcie przyjaciół ze szkoły i nowe pudełko kredek, resztę pakowania zostawiając w rękach mamy.

Mama tradycyjnie spakowała... za dużo ;-)

Tata dołożył do tego rowery, gitarę, pudełko z szachami i ogłosił początek wakacji :-)

Teraz, gdy dobiegają końca i próbuję zamknąć je w jakieś ramy, zauważam ze zdziwieniem, że przecież dopiero "wczoraj" Dziewczynki odbierały świadectwa, a tu za moment zabrzmi pierwszy dzwonek. Czas przeleciał przez palce, ale w ogóle mi go nie żal, bo pozostawił po sobie mnóstwo fantastycznych wspomnień, a intensywność doznań przekładała się na prędkość wskazówek wakacyjnego zegara.

Tygodniowy obóz pod Tatrami, na który Julka wybrała się bez asysty Zosi, był prologiem tegorocznego wypoczynku i sprawdzianem samodzielności naszej czternastolatki. Zdała go z wyróżnieniem. 

Lipiec przyniósł także pobyt u przyjaciół w klimatycznym uzdrowisku, perle Bałtyku - Kołobrzegu. Tam oddawaliśmy się nicnierobieniu, czytaniu książek, przesypywaniu piasku między palcami i wszelkim innym arcyważnym czynnościom ;-)

Przełom kanikuły to pobyt na turnusie rehabilitacyjnym w gościnnych progach Ośrodka Rehabilitacji i Hipoterapii w Małym Gacnie. "Neuron" jak zwykle powitał Julkę wyszkoloną kadrą, indywidualnym podejściem do pacjenta, świetną kuchnią i rodzinną atmosferą. 
 
 
Ulegając czarowi północy, prosto z Borów Tucholskich udaliśmy się w dzikie ostępy Puszczy Romnickiej. Ta wywarła na nas ogromne wrażenie. Oczarowała gościnnością mieszkańców, zaintrygowała niełatwą historią, podbiła nasze serca (i podniebienia ;-) ) daniami lokalnej kuchni, oraz pozwoliła na odpoczynek, z dala od szeroko rozumianej cywilizacji.

Dziękujemy Dziadkom za wspólnie spędzony czas na Mazurach Garbatych, przybliżanie historii kolejnictwa i zajęcia praktyczne z lepienia pierogów na falbankę ;-)
Zmierzając do brzegu: ostatnie dwa miesiące to czas zarówno odpoczynku, jak i wytężonej pracy i rehabilitacji. Dwa uzdrowiska, turnus usprawniający, kilometry spacerów, sporo pomniejszych wycieczek (o kilku projektach kiedyś Wam napiszę), a także
mnóstwo bardzo dobrych książek i jeden doskonały longplay ;-)
 
Piękna nasza Polska cała, nawet ta oglądana zza pandemicznej maseczki, niemniej jednak powtarzając za  księdzem Tischnerem:  to w górach jest wszystko, co kocham ;-) *
 
Dużo słońca Kochani na te ostatnie dni lata, gdziekolwiek jesteście.














 
*Mama twierdzi, że morze też jest ważne. Odpowiem przekornie: może jest ;-)

poniedziałek, 19 lipca 2021

Miłość w czasach zarazy

Koło fortuny nie zawsze toczy się po naszej drodze. Czasem trzeba wyjść na sąsiedni trakt i dać się pod nie wciągnąć, bo inaczej zostaniemy daleko w tyle plując kurzem i wyrzucając sobie, że jego turkot słyszeliśmy już dawno, ale jakoś nieskorzy byliśmy do wyjścia mu naprzeciw...

Są tacy, którym turkot nie pasuje. Mówią, że kołodziej źle dobrał rodzaj drewna, z jakiego zbudowane jest koło. Znam kilku, którzy twierdzą, że ono jeszcze nawet nie wyszło spod ręki stelmacha. Paru przekonuje, że nie ma powodu, by wychodziło w ogóle... 

Nie wiem. Nie znam się na budowaniu kół. W tej materii zwykle ufam specjalistom.

Kocham, więc szczepię.
 
Kochajcie się nawzajem i uważajcie na siebie. Czasami geografia czyha na nas tuż za rogiem kanapy. Nigdy nie wiadomo ;-)
 
PS Tytuł zapożyczony oczywiście z rewelacyjnej powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Piękna historia o miłości, która po półwieczu meandrowania na mieliznach życia wreszcie odnajduje drogę. Z tą klasyką iberoamerykańskiej literatury zapoznałem się dopiero w kwietniu ubiegłego roku, już w dobie głębokiego lockdownu i szalejącej na ulicach niepewności o dzień kolejny. Ola w antykwariacie powiedziała mi wtedy, że to obecnie najbardziej rozchwytywana pozycja. Zaraz po "Dżumie" Alberta Camusa... ;-) 
 
 
Cytat kursywą: Bogusław Bujak.

niedziela, 20 czerwca 2021

Kawka na wynos

Zostanie tyle gór, ile udźwignąłem na plecach

Zostanie tyle drzew, ile narysowało pióro...

 

Zaczęło się niewinnie. Z końcem maja do skrzynki wpadł e-mail od Łukasza z informacją o planowanym szkoleniu połączonym z trzydniowym trekingiem w górach, które znałem tylko z nazwy. Pół chwili wahania, szybka deklaracja i e-mail zwrotny z informacją o załapaniu się na wąską listę spragnionych gór wiercipiętów.

Szybko zleciały trzy tygodnie wypełnione gąszczem spraw wszelakich, które skutecznie odciągały myśli od faktu, że spontaniczność w moim wieku zwykle wiedzie na manowce. Ech... cudne, cudne manowce... ;-)  Tak nastał poniedziałek, dzień pierwszy, godzina zero (a właściwie 9.00 ;-) ).

Punkt zborny - kropka oznaczająca początek szlaku - umiejscowiony
vis-a-vis dworca kolejowego w Sanoku zgromadził tuzin nietuzinkowych włóczykijów. Szybko okazało się, że charyzma Przewodnika, wspólnie dzielone kilometry i pokrewieństwo trampowych dusz potrafią z dwunastu obcych sobie ludzi stworzyć zgraną drużynę. Dziarskim krokiem ruszyliśmy przez miasto i po przekroczeniu Sanu wkroczyliśmy w pasmo Gór Słonnych, a potem dalej i dalej, hen przez Pogórze Przemyskie, by po przejściu około osiemdziesięciu kilometrów, trzeciego dnia po południu osiągnąć cel naszej wędrówki przy oddziale PTTK w Przemyślu.

(fot. ze strony fb Łukasza)

Czas i przestrzeń spięte klamrą bliźniaczych kropek pozostawiły trwały ryt w pamięci i z pewnością odbiją się echem na kolejnych rajzach, zarówno bliższych, jak i tych bardziej odległych, które dopiero nieśmiało kiełkują z tyłu głowy. 

Dotychczas wszystkie swoje eskapady planowałem w oparciu o zdobycze cywilizacji: dach nad głową, talerz podsunięty pod nos w schronisku, prysznic na koniec dnia, czy prąd do podładowania elektroniki. Na tym kursie przekonałem się, że można inaczej, prościej. Po co ograniczać swoje horyzonty sufitem kwatery, jeśli możesz zasypiać pod gwiazdami? Hotel miliardgwiazdkowy  na wyłączność i zupełnie za darmo. Ta chwila, gdy przy gasnącym słońcu docierasz na grzbiet  i rozbijasz się na nocleg dokładnie pośrodku niczego - bezcenna. Rano budzisz się przy trelu ptaków, odpalasz kuchenkę, sprawdzasz w plecaku co tam dziś bufet serwuje, zwijasz mandżur i ruszasz dalej gdzie oczy poniosą.

Łukasz podzielił się z nami wiedzą i doświadczeniem. Przypomniał jak czytać mapę, orientować ją z terenem i korzystać z kompasu. Nauczył planowania wędrówki i organizacji dnia podczas naszej łazęgi. Zapoznał z możliwościami, jakie oferuje nocleg pod tarpem i przetestował świeżo nabytą wiedzę na żywym organizmie naszego kolektywu ;-) Otworzył nam oczy na niełatwą historię regionu, przez który przechodziliśmy. Przywołał oczywistą prawdę, o której często zapominamy, że w górach jesteśmy tylko gośćmi, a gospodarzami są nasi bracia mniejsi i winniśmy zostawić ich dom w takim stanie, w jakim go zastaliśmy. Wszystko to przyprawił lekkostrawnym sosem złożonym z humoru, przystępności i braterstwa szlaku. Chapeau bas! 
Swoją drogą... każde z nas, dość okrzepłe w szeroko pojętym temacie turystyki pieszej, chętnie wdawało się w rozmowy dzieląc się nabytymi umiejętnościami i warsztatem. Wszystko to bez stroszenia piór - cenne to po dwunastokroć :-)
Co zapamiętam z tej trzydniowej włóczęgi?
Niesamowite zgranie i wzajemną życzliwość każdego z uczestników. Pustki na szlaku, pozarastane ścieżki i miejscami skromne oznakowanie. Nocowanie pod chmurką, debiut w użytkowaniu kuchenki turystycznej i kartusza gazowego, oraz... kunę w okolicach Zawadki. Przyjaznych gospodarzy dzielących się wodą i innymi płynami ;-) Chłód Wiaru, który dał ulgę znużonym stopom. Smak gorącego cappuccino na grzbiecie Połoninek Rybotyckich, który przyniósł ukojenie zszarganej duszy ;-) Lody na Rynku w Przemyślu. Trzy gałki. Po jednej za każdy dzień marszu ;-)
 
Jeszcze jedna rzecz.  W Stankowej natknęliśmy się na deskal Arkadiusza Andrejkowa, wielkoformatowy obraz namalowany na deskach starego zabudowania gospodarczego. W autorskim projekcie "Cichy Memoriał" tworzy on malowidła na przebrzmiałych szopach i stodołach bazując na równie wiekowych fotografiach z danej miejscowości, w której powstaje ten swoisty mural. Szereg jego prac można znaleźć na Podkarpaciu, ale także ostatnio i na Podlasiu. Warto przyjrzeć się bliżej pracom artysty, bo to ewenement na skalę światową i sentymentalna podróż w przeszłość.


Do zobaczenia na szlaku!
 
PS Dziękuję Agnieszce i Agacie za wspólną podróż w obie strony :-)
 
Epilog:
Po powrocie do domu Julka rzuciła się w moje ramiona z okrzykiem: "Taaato! Wróciłeś! Spełniło się moje marzenie!". Moje także córeczko. Czternaście lat temu. Odkąd się pojawiłaś. Kocham Cię.

środa, 12 maja 2021

Serce na dłoni

Od czasu do czasu na Julcine subkonto w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" wpływają darowizny. Księgowane niezależnie od 1%, na który (w skutek przeksięgowań między Urzędami Skarbowymi) zwykle czeka się pół roku, pozwalają skorzystać niemal od razu z przekazanych przez Was środków. 

Do takiej "błyskawicznej" metody wsparcia Julcinej wyjątkowości ostatnio sięgnęło kilka osób i to do Nich kierujemy niniejsze podziękowania. 

Krystyna - co miesiąc pamiętasz o Julce 💙 Ziarnko do ziarnka i zbierze się... na turnus rehabilitacyjny 😉

Pan Roman - dziękujemy za przekazane w kwietniu subsydium i witamy w szeregach osób, które wspierają Julkę na wyboistej drodze do sprawności 😉

Wyrazy wdzięczności także dla anonimowego darczyńcy, który  za pomocą dedykowanej zakładki na fundacyjnym profilu (skonfigurowanej z systemem Przelewy24) zdecydował się otworzyć na Julkę serce i... portfel 😉

Dziękujemy również wszystkim, którzy w tym roku przekazali na Julkę swój 1% podatku ❤️ Zawsze to powtarzam - to jest bardzo dobrze ulokowana inwestycja. Dywidendy wypłacane są na bieżąco w postaci satysfakcji z coraz sprawniejszego funkcjonowania Julci i Jej niewymienialnego na żadną walutę świata uśmiechu 😍😉

Ponadto ukłony w stronę Przyjaciół, którzy w przeróżny sposób agitowali za przekazaniem 1% właśnie Julce. Zaprzyjaźnionym księgowym 😉😘, ludziom wielkiego serca bezinteresownie wykładającym ulotki w strategicznych miejscach, Marcinowi za druk powyższych i Pani Kindze za niesamowity projekt 😊

 ❤️❤️❤️

Na koniec jeszcze będziemy się chwalić, bo jest naprawdę czym. Pogoda w marcu okazała się na tyle łaskawa, że udało nam się w końcu dotrzeć na prowokacyjną polanę i z rąk szefa Gliwickiej Parkowej Prowokacji Biegowej odebrać statuetki za ubiegły rok 😎 Autentyczna radość z jaką Julka odbierała swoją - nie do podrobienia. Pamiątkowe zdjęcie w towarzystwie Andrzeja oddaje ducha tej radości 😉 

Po odebraniu trofeum nie spoczęliśmy na laurach, tylko dziarsko wyruszyliśmy na obowiązkowe kółeczko w sprawdzonym towarzystwie. Trochę biegiem, trochę marszem -  ważne, że na własnych nogach i z uśmiechem na ustach 😉
W wolnym czasie penetrujemy też i inne okoliczne szlaki, ale to już opowieść na odrębny wpis 😉