czwartek, 18 października 2018

Wakacyjna widokówka

Okres letni mignął w zastraszającym tempie. Sam nie wiem kiedy czas przeciekł nam przez palce. Cichy perfekcjonista. Konsekwentnie robi swoje, odmierzając niewzruszenie minutę za minutą, dzień za dniem. Dopiero "wczoraj" zaczynały się wakacje, a dziś już październik straszy wizją chłodnych wieczorów.  Winien Wam jednak jestem raport z wakacyjnych wojaży. Porządek musi być - jak mawia sąsiad zza Odry ;-)
Julka - tak, nie zapomniałem, że to Jej poświęcony jest ten blog ;-) - swoje kanikuły zaczęła z przytupem, odpoczywając w gościnnych progach "Górnej Chaty" w bajkowych Gorcach. 



Kilka dni w gronie sprawdzonych przyjaciół minęło nam w rytmie slow. Dla osób pragnących odciąć się od cywilizacji (dosłownie!), czy chcących spróbować kuchni wegańskiej Kasi i Leszka, miejsce to jest idealne. Święty spokój nie do przeliczenia na żadną walutę.  Za wszystko inne... wiadomo ;-)
Żal nam było opuszczać gorczańskie ostępy, ale tuż za progiem czekał już w kolejce Bałtyk i ukochane kołobrzeskie plaże.




Gorący lipiec dziewczynki spędziły pod czujnym okiem mamy i dziadków, ale tacie udało się wykroić część urlopu, przyjechał w odwiedziny i zrobiło się ciut mniej piaszczyście ;-)






Nastał sierpień, morzu trzeba było powiedzieć do widzenia i udać się  - jak co roku - w Bory Tucholskie. Podczas, gdy tata spełniał swoje marzenie zmagając się z niełatwym szlakiem GSB, Julka walczyła z własnymi ograniczeniami na turnusie rehabilitacyjnym w "Neuronie", w  Małym Gacnie*.


Ostatnie dwa tygodnie sierpnia, to już porządkowanie w głowie wszelkich doświadczeń wakacyjnych, segregowanie ich i odkładanie na odpowiednie "półeczki". Tyle Julki, ile doświadczy, dotknie, zobaczy. Nikt Jej tego nie zabierze. Nabyta wiedza i umiejętności przydadzą się na bank w nowym roku szkolnym. A to już druga klasa! Kiedy ten czas tak zleciał? ;-)


 
*Całkowity koszt turnusu został pokryty z darowizn zgromadzonych na Julcinym subkoncie w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" - duże serducho dla Was za pamięć i 1% przekazany w ubiegłym roku :-)
Tegoroczne rozliczenia dopiero spłynęły do Fundacji i lada moment będą księgowane na poszczególnych subkontach. Uzbrójcie się proszę w cierpliwość, jak będę znał szczegóły, to się nimi z Wami podzielę :-)

wtorek, 21 sierpnia 2018

Dialog wewnętrzny

– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?
– Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.

Przyjaciel. Ktoś, kto czeka na Twoim pokręconym, nieoznakowanym szlaku przez życie dokładnie na tym kilometrze, na którym potrzebujesz Jego pomocy. Ktoś, kto w ciemną noc zapali kaganek w oknie, byś nie zbłądził na manowce. Ktoś, kto martwi się o Ciebie bardziej, niż Ty sam. Ktoś, u kogo w sercu zawsze masz miejsce, nawet gdy musisz odejść na kolejną wyprawę i Wasze drogi chwilowo się rozchodzą. Ktoś wyjątkowy.
  
Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś.

O czym jest ten wpis? O mocy przyjaźni. O sile, jaką ona daje i dzięki której można góry przenosić. A na pewno je przemierzyć miarą własnych stóp ;-)

Właśnie - góry. Za mną dziesięciodniowa wyprawa Głównym Szlakiem Beskidzkim. To ponad pięciuset kilometrowa trasa prowadząca (w moim przypadku) z Wołosatego w Bieszczadach, poprzez pasma Beskidu Niskiego, Beskidu Sądeckiego, Gorców, Beskidu Żywieckiego i Makowskiego, do Ustronia w Beskidzie Śląskim. Uff ;-)

Przygoda, której bez pomocy przyjaciół - jestem o tym przekonany - nie udało by się ukończyć. Ale po kolei...

Pomysł:
Lato 2016. "Hej, jest coś takiego jak Główny Szlak Beskidzki, machniemy?" -"Pięćset kilometrów górami? Jesteś nienormalny. Dobra zróbmy to! Kiedy?" - "Za rok!".

Przygotowanie:
Opracowywanie trasy, czytanie relacji osób, które się odważyły, wycieczki z przyjaciółmi na poszczególne odcinki GSB w celu zapoznania się z newralgicznymi punktami na szlaku, budowanie formy fizycznej i umysłowej. Kompletowanie sprzętu.

Faktografia: 
Wiosna 2017. Kontuzja stawu barkowego. Dwa miesiące wycięte z życiorysu. "Biegniemy w lipcu, czy odpuszczamy?" - "Nie jesteśmy gotowi" - "To kiedy?" - "Jak się zrobi chłodniej" - "To na wiosnę. Majówka!".
Kwiecień 2018. Pęknięcie dysku. Rehabilitacja. Wsłuchiwanie się w siebie z każdym krokiem. Podczas treningów. Na biegach i wędrówkach po górach. Cisza.   Przesunięcie terminu na przełom lipca i sierpnia.
Koniec lipca 2018. Telefon. "...".  Roszada. "OK, zróbmy to."

Realizacja:
Dzień pierwszy. Niedziela 29.07.
Plan na 68 km od razu do Cisnej. Poranek w Wołosatym. Szybka sesja przy czerwonej kropce i samotna wędrówka na szlak. Włosy jeżące się na rękach, jak przed silnym wyładowaniem elektrycznym. Zew przygody. Szósty kilometr - kolano. To kontuzjowane trzy lata wcześniej. "Absolutnie! Nie mam zamiaru cię słuchać. Proszę mi się tu nie odzywać nieproszone!" Nie odezwało się do Ustronia. Obrażalskie jakieś ;-) Halicz we mgle. Na zejściu z Przełęczy pod Tarnicą znajoma twarz. Krótka rozmowa dodaje skrzydeł. Ustrzyki Górne. Chwila na oddech i uzupełnienie zapasów. Połonina Caryńska. Burza w oddali. Deszcz. Dużo wody. Za dużo. Błoto. Podejście na Wetlińską. Telefon od Ewy. Czeka przy Chatce Puchatka. Chwilę poczeka, bo znów deszcz i lawina błota. Czas się kurczy. Kilometry jakby mniej. Odcinek do Smereka już we dwoje. Znów deszcz i burza. Za plecami. Zejście do wsi i decyzja o końcu pierwszego etapu. Na pocieszenie czapla siwa czyhająca na swą kolację w wodach Wetlinki. Powrót na nocleg do Cisnej, uzupełnienie węglowodanów w "Szynku Na Zamościu", weryfikacja planu na kolejny dzień i na dni kolejne. 
Dzień drugi. Poniedziałek 30.07.
Pobudka bladym świtem i powrót na metę wczorajszego etapu. Piątka na szczęście i start. Kierunek Cisna. Na wyjściu ze wsi niespodzianka. Sarna z trzema młodymi. Prawie na wyciągnięcie ręki. Spłoszone uciekają, ale na ich miejsce pojawiają się dokuczliwe muchy końskie, a za nimi deszcz. Przez Okrąglik i Jasło szybko docieram do Cisnej, gdzie czeka Ewa z obiadem. Przy obiedzie pomysł: "Skoro dziś wracasz na Śląsk, to zawieź mi rzeczy do Komańczy, a ja na lekko zrobię te pozostałe 32 kilometry". Pożegnanie przy Bacówce pod Honem i samotny marsz, a z tyłu głowy świadomość, że zobaczymy się dopiero w czwartek rano pod Zdynią (o ile tam zdołam dotrzeć). Po drodze cztery konie kłusujące po szlaku. Jeziorka Duszatyńskie w deszczu. Piękne. Wieczór. Gwiazda Komańczy. Plan na dziś zrealizowany. Bieszczady zamknięte. Można iść spać.
Dzień trzeci. Wtorek 31.07.
Skoro wtorek, to w koszulce Night Runners ;-) Trasa niestraszna, bo znana z ubiegłorocznej Łemkowyny 70. Błoto też w miarę przyjazne, jak na standardy Beskidu Niskiego ;-) Mokre łąki nad Komańczą zapewniają chlupotanie w butach już po sześciu kilometrach, a świeżo zapoznane muchy końskie czekają na mnie od rana i na śniadanie przyprowadzają znajomych. Przestaję je zauważać.  Za to smak dzikich jeżyn wynagradza wszystko, nawet wąskie i pozarastane ścieżki. Smaczna pomidorowa w Puławach, trochę nudnego asfaltu i zejście do Iwonicza Zdroju. Wszystko wg planu. Kąpiel, pranie i spać.
Dzień czwarty. Środa 01.08.
Wyjście z uśpionego Iwonicza i pierwsze poważne wyzwanie tego dnia: Cergowa. Spowita chmurami niczym Góra Przeznaczenia z tolkienowskiego Środziemia. Od Chyrowej rozdziewiczanie szlaku, bo ta część Beskidu Niskiego (aż do dzisiaj) jest mi nieznana. Przed Kątami upadek na błocie i paskudne rozcięcie palca "do kości". Z braku środków opatrunkowych dezynfekcja Coca Colą i prowizoryczny bandaż z papieru toaletowego. Upał i chwilowa dekoncentracja skutkująca zgubieniem szlaku. Uciekające cenne minuty. Powrót na szlak. Kąty. Sklep. Aprowizacja. Dobrze oznakowany Magurski Park Narodowy i wygodna opłata przez telefon za wejście. Mordercze podejście na Kolanin i okropne trzęsawiska przed Bartnem. Moje stopy mnie nienawidzą. Obiecuję im suche skarpetki, buty i proszę o jeszcze kilka kilometrów cierpliwości. Bacówka w Bartnem i chwila rozmowy z demonizowanym (niepotrzebnie) gospodarzem. Podwójne oznakowanie tuż za nią i zejście na nocleg do Wołowca. Ciepłe przyjęcie, posiłek i spanie w klimatycznej Chacie Kasi. Brak zasięgu, internetu i innych niepotrzebnych wieczorem przeszkadzajek, w związku z czym perspektywa ośmiu godzin snu :-) Wcześniej telefony (po kablu, dzięki uprzejmości gospodyni) do najważniejszych dla mnie osób: "Jestem. Żyję. Nie ma tu zasięgu. Idę spać".
Dzień piąty. Czwartek 02.08.
Stopy nadal obrażone, a buty nie wyschły. Idę. W Zdyni przepak. Przyjechała Ewa z Jarkiem. Przywieźli prowiant, ubrania i bandaże. Na widok suchych butów i skarpetek ronię łzy ;-) Jarek wraca do domu, a Ewa rusza ze mną dalej. Razem łatwiej i trudniej jednocześnie. Regeneracja stóp w zimnym górskim potoku. Odkrycie bąbla na pół stopy i jego braci mniejszych ;-) Wspinaczka na Huzary i symboliczne zamknięcie Beskidu Niskiego w trzy dni. Zejście do Krynicy Zdrój. Wyjście z Krynicy i dodatkowe kilka kilometrów do Czarnego Potoku. Jutro będzie lepszy dzień. Jeszcze tylko przekłuć bąble (z braku igły nada się kolczyk), kąpiel i spać.
Dzień szósty. Piątek 03.08.
Pobudka. Kolejny żywy odcisk. Muszę go przekłuć. Przy myciu kolczyk wpada do zlewu. Nie poprawia to mojej sytuacji ;-) Wspinaczka na Jaworzynę Krynicką, Hala Łabowska przyjazna idei GSB, Rytro w pustynnym żarze, paskudne podejście na Radziejową i odpoczynek przy zrujnowanej wieży. Nocne podejście na Dzwonkówkę i zejście w świetle czołówek do Krościenka nad Dunajcem. Po drodze średnio oznakowany szlak, przejściowe kłopoty z noclegiem i ból stóp. Na przeciwległej szali doskonałe humory, pełne brzuchy i poczucie dobrze wykonanego planu dziennego :-)
Dzień siódmy. Sobota 04.08.
Szósta rano i już tak grzeje... Wlokę się niemiłosiernie. Nie mogę się rozchodzić. Organizm przyzwyczaił się już do tabletek przeciwbólowych i ich nie zauważa. Musze to przełamać w głowie. Na Lubań wchodzimy już normalnie. Na Przełęczy Knurowskiej przepak. Przyjechał Krzysiek z Madzią. Suche rzeczy, świeże kanapki, płyny. Chwila relaksu, śmiech. Nie przez łzy ;-) Ewa wraca z młodymi, a ja ruszam dalej sam w stronę Turbacza. Trasę znam z czerwcowej rewizji z Irkiem, ale tym razem strasznie się ciągnie. Kilometry w nogach dają o sobie znać. Niekończące się zejście do Rabki, powtarzane polecenia w głowie: prawa noga, teraz lewa noga, jeszcze raz prawa... Jestem. Rabka Zdrój. Czeka Irek z ogarniętym noclegiem, zamówionymi zakupami i lodem w kostkach. Jeszcze pizza, uzupełnienie płynów i jedziemy do Krysi na nocleg. Wieczorem na chwilę nogi do miski z lodem i spać.
Dzień ósmy. Niedziela 05.08.
Budzi nas deszcz. Oberwanie chmury. Postanawiamy przeczekać i ruszamy z prawie godzinnym opóźnieniem. Znów nie mogę się rozchodzić. Dziś trudny odcinek przez plac budowy S7. Z miasta wychodzimy już w miarę żwawo i Zakopiankę pokonujemy w dobrych humorach. Idzie dobrze, nogi niosą. Delikatny trucht. W Jordanowie w Centrum Handlowym chwila przerwy (niedziela pracująca). Docieramy do Bystrej Podhalańskiej. Tam się żegnamy. Irek wraca stopem, a ja ruszam w stronę Schroniska na Hali Krupowej, gdzie czekać będzie Beatka z Michałem. Po drodze deszcz. Ściana wody. Docieram spóźniony, ale są. Czekają :-) Wcinam przygotowany makaron z serem i ruszamy w stronę Krowiarek. Robi się późno. Jeszcze kilka klopsików ugotowanych przez Beatkę i ruszam na lekko na najwyższy szczyt na całej trasie  - Babią Górę. Docieram w szybkim tempie sześć minut po zachodzie słońca. Cała Babia  dla mnie. Nikogo ;-) Szybkie zdjęcie i zaczynam schodzić w gasnącym horyzoncie. W międzyczasie mój dzisiejszy support, z plecakami cięższymi o moje rzeczy dociera do schroniska niebieskim szlakiem. Przed Przełęczą Brona zapalam już czołówki i w całkowitych ciemnościach schodzę do Markowych Szczawin. Chwila rozmowy, kolacja, zmiana opatrunku na stopach i spać.
Dzień dziewiąty. Poniedziałek 06.08.
Rano pod schroniskiem czeka Marcin. Chyba jest odrobinę zaskoczony stanem moich stóp i tym, że nie mogę się rozchodzić. Dobre pół godziny zajmuje mi nabranie jako takiego rytmu. Rozmowa tak się dobrze klei, że zagadani dwa razy gubimy szlak ;-) Powrót na niego kosztuje nas cenne minuty, za którymi wieczorem zatęsknimy. Na Przełęczy Glinne czeka na nas Miś z mamą, obładowani prowiantem. Odpoczywamy chwilę i już we czwórkę ruszamy na Halę Miziową. Humory dopisują, nic nie boli, nawet się chwilę ścigamy wspominając styczniowy rekonesans. Po krótkim odpoczynku przy schronisku kontynuujemy z Marcinem dalszą wędrówkę, a reszta ekipy wraca do samochodu i ogarnia nocleg w miejscu docelowym dzisiejszego etapu. Odcinek od Rysianki do Żabnicy ciągnie się niemiłosiernie. Abrahamów długo nie da o sobie zapomnieć. Asfalt. Węgierska Górka. Telefon do Beatki: "Przyjedź po nas". Kolacja, prysznic, nogi do lodu i spać.
Dzień dziesiąty. Wtorek 07.08.
Ciężka pobudka. Organizm po tylu dniach codziennego ultra krzyczy "nieee". Ale to ostatni z zaplanowanych dni i  ciche "tak!" z głębi serca powoli zagłusza ogólne zniechęcenie i zmęczenie materiału. Głowa robi swoje. Śniadanie, opatrzenie stóp, ruszamy. Beatka odprowadza mnie pod Baranią Górę i wraca do Misia, a ja idę dalej, wiedząc, że z każdym krokiem jestem bliżej celu. Dziś jest wyjątkowo gorąco. Na szczycie czeka na mnie schowana w sobotę przez Violę butelka Coca Coli. Zimna, choć na dworze skwar! Zupa na dole w schronisku i kierunek Stożek. Po drodze na Stecówce czeka moje wczorajsze Wsparcie. Orzeźwiający arbuz i umowa, że się jeszcze gdzieś złapiemy na trasie. Na Przełęczy Szarcula jest już Ewa z czystą koszulką i schabowymi smażonymi przez Jarka o 7.00 rano :-) Nie odpoczywamy za długo, bo musimy przebić się do Kubalonki, a za chwilę kolarze z Tour de Pologne mają jechać odcinkiem, który pokrywa się z naszym szlakiem. Docieramy zanim służby zamkną drogę i zmierzamy dalej w stronę Stożka. Krótka wizyta w schronisku, za chwilę Soszów i wspinaczka na Czantorię. Zdjęcie pod wieżą i schodzimy. Przed górną stacją kolejki niespodzianka: Beatka z Michałem i Jarek. Weszli od dołu, by dotrzymać nam towarzystwa. Chwila odpoczynku, rzut oka na ostatnie wyzwanie wyprawy - Równicę - i wszyscy schodzimy do Ustronia. Dream Team jedzie ogarnąć samochód zostawiony na Szarculi, a my z Ewą zaczynamy ostatni etap w blasku czołówek. Samo podejście, szlak poprzecinany serpentyną asfaltu, idzie nam w miarę sprawnie. Zejście śliskie i nieprzyjemne. Ból w mięśniu prostym lewego uda (rolowany od siódmego dnia dotrwał do końca bez większego uszczerbku). Jakiś delikatny skurcz - pierwszy na całej wyprawie. Asfalt pod nogami. Latarnie miasta. Zaczynamy biec. W lewo, za chwile w prawo, ostatnia prosta. Walka z czasem. Czy deklarowane szesnaście godzin pracy zegarka jest rzeczywiste? Jest :-) Czerwona kropka. Koniec. Znajome twarze na mecie, przyjaciele. Beatka z Michałem, Agnieszka z Irkiem, Jarek. Dobiega Ewa. Mamy to! Zdjęcie, piwo, do domu :-)



Liczby:
Zsumowane wskazania z zegarka pokazały 537 km, ale wg niepotwierdzonej teorii Garmin ponoć zawyża ;-*  
W rozbiciu na poszczególne dni przedstawia się to następująco:
Wołosate - Smerek wieś 47,72 km
Smerek wieś -Komańcza 51,96 km
Komańcza - Iwonicz Zdrój 50,23 km
Iwonicz Zdrój - Wołowiec 61,63 km
Wołowiec - Czarny Potok 51,85 km
Czarny Potok - Krościenko nad Dunajcem 63,13 km
Krościenko nad Dunajcem - Rabka Zdrój 49,19 km
Rabka Zdrój - Markowe Szczawiny 55,01 km
Markowe Szczawiny - Węgierska Górka 49,80 km
Węgierska Górka - Ustroń Zdrój 57,10 km

10 dni. 6 kg na minusie B-)

Sprzęt: 
Garmin Forerunner 230
Leki Trail Stick + rękawiczki Shark 3/4 (bez nich jeszcze byłbym w trasie ;-) )
Brooks Cascadia 12 i 13
Grivel Mountain Runner 20 l

Zamiast podziękowań:
Niektórzy biegają samotnie. Samotność długodystansowca jest wskazana. Pomaga poukładać myśli w głowie. Poszeregować plany. Szanuję taki wybór i sam go czasem dokonuję. Jednak uważam, że na dłuższą metę człowiek jest zwierzęciem stadnym i potrzebuje towarzystwa, by nie zwariować. O moje zdrowie psychiczne w czasie tej dziesięciodniowej przygody zadbało grono sprawdzonych przyjaciół. Są to wyjątkowe dla mnie osoby, które poświeciły swój czas, pieniądze i cząstkę siebie samych na realizację mojego marzenia. Nie o wkład materialny tu chodzi, tylko właśnie o obecność, troskę, możliwość porozmawiania. To jest dług nie do spłacenia, ale wiem też, że tego ode mnie nie oczekują. Po kolei zatem:

Ewa z Jarkiem - wspólnie przemierzone kilometry, ogarnięcie szeroko pojętej logistyki, poświęcony urlop i paliwo. Pranie, kanapki i cukierki dla psów ;-)




Beatka z Michałem - wszelkie wspólne wyprawy sondażowe poprzedzające wakacyjną ekspedycję, czas spędzony na szlaku, kulinarne rarytasy, planowanie trasy, codzienne rozmowy telefoniczne, obecność. Antybiotyk, zakupy, lód w kostkach ;-)


Agnieszka z Irkiem - obecność dokładnie tam, gdzie trzeba. Przetruchtane i przegadane razem kilometry. Ogarnięcie noclegu, zakupów, czekanie na mecie. Wieloletnia przyjaźń. Lód w kostach :-)


Marcin - towarzystwo na bardzo trudnym odcinku, "leki z Bożej apteki", podarowany czas i osobowość. Modlitwa, historia i klika życiowych prawd :-)


Kasia - akceptacja pomysłu. Do dziś nie wiem, czy to była beztroska ignorancja, czy bezgraniczne zaufanie. Znając Jej niekonwencjonalne podejście do geografii obstawiam... jedno i drugie ;-)

Ponadto podziękowania dla Jarka za poświęcone popołudnie, ogarnięcie logistyki na końcowych kilometrach, wspólnie przedeptane kilometry i filmik z mety ;-) Dobrze wiedzieć, że można na Ciebie liczyć. Z wzajemnością :-)



Krzyśkowi i Madzi za przepak  na Knurowskiej, Wojtkowi za sms, Mieciowi za telefony, Marysi i Oli za doping. Asi za wiarę we mnie i w sukces przedsięwzięcia. Gosi z Jankiem za dobre słowa. Marysi za Marcina, trzymanie kciuków i za zakupy powitalne ;-) Jasiowi za motywujące "Hallo! Tu baza. Podaj swoją pozycję!" ;-), Violi za wiarę od początku, colę na Baraniej i pilotowanie raportów dla Night Runners, Szadsonowi za projekt koszulki, Compañeros za cowieczorną zachętę do wstawania na drugi dzień, Robertowi za inspirację. Brothers in run za kibicowanie na portalu społecznościowym i wszelkie wyrazy wsparcia, oraz gratulacje.
Wszystkim wierzącym i malkontentom. Zarówno wiara, jak i jej brak determinowały do połykania kolejnych kilometrów ;-)

Na koniec Mirkowi za "krzyżyk na drogę" i błogosławieństwo Biegu Rzeźnika, oraz Januszowi i rodzimej firmie za wsparcie mentalne.



Co dalej?
W głowie roi się od kolejnych pomysłów. Równie szalonych, o ile nie bardziej. Nie jest to jeszcze ich czas, ale powoli kiełkują B-)



Czasem trzeba zrobić krok w tył, by iść do przodu.



Don't be scared to walk alone.
Don't be scared to like it.
 

John Mayer
ps. Obiecuję, że kolejny wpis będzie krótszy... ;-)

czwartek, 28 czerwca 2018

"Dobrze, że jesteś..."

- Nie odchodź nigdy za daleko.
- Nigdy nie odszedłem dalej, niż na wyciągnięcie myśli...

Czwarta nad ranem. Może sen przyjdzie? Może mnie odwiedzisz? Cały dom zastygł pogrążony w głębokim śnie. Słychać tylko zegar, który głośnym tykaniem rozcina ciszę wkradając się pomiędzy oddechy śpiących domowników. W powietrzu unosi się aromat parzonej kawy, niechybny to znak, że ktoś jednak już nie śpi i właśnie rozpoczyna pierwszy dzień reszty swojego życia. Na razie otworzył jedno oko, ale dajmy mu chwilę. Niech tylko kofeina zacznie swoją wędrówkę po krwioobiegu, niech wniknie w każdy, najbardziej odległy zakątek jego organizmu. Wtedy otworzy drugie oko i zacznie kolejny dobry dzień. Skąd pewność, że będzie dobry? To bezdyskusyjne. Fakt, on jeszcze o tym nie wie, ale stygnąca powoli w kubku kawa - tak. Po to została stworzona. Najważniejsze jest nastawienie. Wszystko siedzi w naszych głowach. I w kubkach na kawę też ;-)

Verba. Słowa mają moc poruszania kamieni (zwłaszcza w dłoniach podatnego na nie tłumu ;-) ).

Są takie dni, że same spływają z palców na klawiaturę. Czasem impulsem staje się jedno zasłyszane gdzieś zdanie i wokół niego buduję historię, którą chcę się z Wami podzielić. Najłatwiej jest pod osłoną nocy. Nocą myśli mają nieprzyjemny zwyczaj zrywania się ze smyczy*. Pozwalam im wtedy na więcej. Niektóre z nich ubieram w słowa i pod przykrywką ucywilizowanych puszczam wolno, by żyły własnym życiem. Inne, po krótkiej nocnej włóczędze zmuszony jestem schować przed światłem dnia w zakamarkach najgłębszych szuflad umysłu. Wracają niechętnie, ale świadome tego, że jeszcze nie nadeszła ich godzina.

Niekiedy w jednym zdaniu zamykam całą opowieść, a reszta słów jest tylko zasłoną dymną na bezwietrznym niebie czytania między wierszami. 

Bywa i tak, że ulubieniec po stu minutach bezładnego biegania odpada w przedbiegach i na usta cisną się słowa, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Tych nie nazwał bym zhumanizowanymi, o nie. Grzęzną jednak w gardle, nie mogąc przebić się przez błonę niemego niedowierzania otwartych bezgłośnie ust.

Hmm... życie konsekwentnie toczy się dalej i jak to by powiedzieli Tralfamadorczycy: zdarza się. Trzeba przełknąć gorzką pigułkę porażki i z wysoko podniesionym czołem wypatrywać pierwszych promieni słońca. Przecież dziś mam zaplanowany kolejny dobry dzień. Idę zaparzyć drugą kawę. Tylko nie kolumbijską. Od tej ostatnio boli mnie głowa.


*Stephen King "Worek kości"

poniedziałek, 11 czerwca 2018

"To dobry moment"

Serdeczne podziękowania dla pani Izabeli H. (ach, to RODO...;-)) za majową darowiznę wpłaconą na Julcine subkonto w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą". Przekazaną kwotę dokładamy oczywiście do sierpniowego turnusu rehabilitacyjnego w Borach Tucholskich :-) 

Co u nas? Sporo się dzieje i właściwie wszystko na raz ;-) Wielkimi krokami zbliża się koniec roku szkolnego i wszelkie znaki na firmamencie, oraz pod stopami wskazują na to, że będą promocje do następnej klasy ;-)

Za plecami aktywny maj. Organizacyjnie  - powiem to nieskromnie - świetny III Bieg św. Goara. Bawiliśmy się na festynie i pobiegliśmy charytatywnie dla podopiecznych Gliwickiego Centrum Edukacyjno - Rehabilitacyjnego. Sam event poprzedzony miesiącami przygotowań, stworzony w gronie pozytywnie nakręconych i zakręconych ludzi, którzy robią to, bo po prostu chcą. Po godzinach pracy, społecznie. Bez politycznych ściółek pod czas przyszły niedokonany, bez ukrytych intencji. Ktoś mnie zapytał po biegu: "Hej, po co to robisz? Przecież nie musisz, Julki nie ma w ośrodku już dwa lata!" Fakt, nie muszę. Ale mogę. A jak mogę, to pomogę ;-) Nam - Julce - też ktoś kiedyś pomógł bezinteresownie. To taka forma długu nie do spłacenia, ale też nikt od nas nie wymaga jakiejkolwiek spłaty. To naturalna, wewnętrzna potrzeba. I niesamowita frajda ;-)
Oczywiście bez Przyjaciół, którzy wsparli na wielu polach, ta impreza byłaby bezbarwna i jednowymiarowa. Dzięki, że jesteście! ;-)
(fot. Gosia)

Zawitaliśmy też w Bieszczady zmierzyć się z trudnymi Rzeźnickimi szlakami i w wolnych chwilach pomoczyć nogi w Solince :-) Mnóstwo znajomych na biegowych ścieżkach (niektórzy dawno nie widziani ;-)), fantastyczna atmosfera Festiwalu i kilka cudownych dni z dala od szeroko pojętej cywilizacji. 

Ewa - dziękuję Ci za tegorocznego Rzeźnika ;-* To było fajne kilkanaście godzin wspólnego połykania kilometrów, rozmów, śmiechów, podziwiania widoków. Za nami trzy lata świetnej pracy zespołowej (kiedy to minęło?), budowania formy i wzmacniania głowy na wyzwania, które przed nami. A tych nie zabraknie ;-)

(fot. Marta)





 

ps. Mój wiatr nigdy nie wieje w dobrą stronę. Zawsze ustawiam się twarzą do niego. Wysusza niepokój w oczach. Nie usypia.  Sprawia, że widzę wszystko wyraźnie. Robi porządek z pochowanymi na strychu snami.  Zazwyczaj ;-)




czwartek, 5 kwietnia 2018

Biegamy - pomagamy! :-)

Gliwickie Centrum Edukacyjno - Rehabilitacyjne zostało w tym roku wyróżnione w plebiscycie Człowieka Ziemi Gliwickiej 2017!

Cytując kapitułę*: "To zespół lekarzy, fizjoterapeutów, psychologów, logopedów, pedagogów, terapeutów zajęciowych  i pielęgniarek, ludzi oddanych pracy i pełnych pasji. Przez ćwierć wieku wspólnie stworzyli unikatowy w skali kraju ośrodek, stawiając na uznane, nie tylko w Polsce, ale i na świecie, metody oraz tworząc własne, autorskie, programy. Dzieci z różnymi dysfunkcjami są w centrum ich świata, a największą nagrodą dla zespołu jest ich uśmiech. GCER uhonorowano za wieloletnie zaangażowanie w budowanie unikatowego systemu opieki nad dziećmi niepełnosprawnymi i ich rodzinami, stworzenie nowatorskich metod lecznictwa i rehabilitacji, społeczną intuicję i wrażliwość oraz kompleksowe podejście do istotnych problemów związanych z niepełnosprawnością."

Znamiennym jest fakt, że już w 2002 roku tytuł Gliwicjusza odebrała dr Ludwika Gadomska, która ćwierć wieku temu wchodziła w skład grona pomysłodawców i współzałożycieli gliwickiego Ośrodka. Tak historia zatacza koło, ale przecież się nie kończy, tylko wchodzi na nowe tory, niezapisane jeszcze karty...

Jedną z nich będzie w tym roku trzecia edycja Biegu św. Goara - charytatywnej imprezy organizowanej przez gliwicki GCER. Przygotowania do niej zaczęły się na jesieni, a na wielki finał musimy wszyscy poczekać do 19 maja :-) Szczegółowy program imprezy, oraz zapisy na stronie placówki :-)



Za nami również Bieg Kolorowej Skarpety - charytatywna impreza zorganizowana przez Fundację Arka Noego z Katowic, pod której skrzydłami mieści się Julcina szkoła.
Z okazji Światowego Dnia Zespołu Downa na całym świecie odbywały się przeróżne eventy, także biegi charytatywne, w tym nasz katowicki na symbolicznym odcinku 3,21 km ;-)

Pierwsza edycja przyciągnęła przede wszystkim przyjaciół, sympatyków i członków rodzin. Ludzi o wielkich sercach, których nie wystraszył siarczysty mróz, ani nie rozśmieszył lapidarny dystans ;-) Marysia, Viola z córkami, Agnieszka z ekipą Zabieganych Nauczycielek, Darek z żoną, Artur z Dziewczynami - dziękuję Wam za obecność ♥ 

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że pomimo tegorocznej, bądź, co bądź kameralnej odsłony, kolejne przyciągną więcej fanów biegania w kolorowych skarpetkach ;-) Jestem także przekonany, że  odbędą się one w równie rodzinnej atmosferze, z tak samo uśmiechniętym biurem zawodów i analogicznie pysznym bufetem ;-) 
Najważniejsze i tak w tym wszystkim są... dzieci. Kto był, ten wie ile radości sprawiło im dekorowanie wszystkich zwycięzców. Bo tego mroźnego poranka każdy był zwycięzcą. Nawet ostatni zawodnik, zamykający bieg, powitany został jak mistrz świata. Mistrz małego, zamkniętego w oczach dziecka świata...

:-*

ps. zdjęcia z biegu Renata Ziaja i Lucyna Nenow/Polska Press

środa, 21 marca 2018

#WDSD18

Dziś przyszła wiosna. Kalendarz nie kłamie. Pełen wiary w astronomiczne wyliczenia i z nadzieją w sercu wyszedłem rano z domu,  odśnieżyłem samochód i wyruszyłem na poszukiwania wspomnianej... Pierwszą jaskółkę dostrzegłem jakąś godzinę jazdy od domu. Spojrzałem w dół i zorientowałem się, że gdy rano kompletowałem elementy garderoby,  kofeina w moich żyłach jeszcze nie zdążyła zadomowić się na dobre.  Ech, to wiosenne roztargnienie...
Druga i trzecia kawa w ciągu dnia nie zmieniły stanu rzeczy, a na dodatek zaczął siadać mi wzrok, bo zewsząd dochodziły mnie obrazy ludzi podobnie rozkojarzonych wiosenną aurą i tak samo niefrasobliwych w parowaniu skarpet...

;-))

Kochani - jesteście cudowni! Dziś,  przez cały dzień płynęły do nas kolorowe sygnały solidarności. Czy to poprzez media społecznościowe (te wszystkie dedykowane Julce wpisy ), czy w bezpośrednim kontakcie  - pokazaliście siłę i tę moc przekazaliście nam :-) Bardzo nas to zbudowało. Przez cały dzień czuliśmy Waszą fizyczną obecność :-) Dziękujemy, że byliście dziś z nami. Dziękujemy, że jesteście każdego dnia, nie tylko w Światowy Dzień Zespołu Downa :-)

Nie obchodzimy tego dnia jakoś szczególnie. Czasem jest pretekstem do spotkania się z dawno niewidzianymi znajomymi, czy przyjaciółmi. Przeważnie jednak mija niezauważony w kołowrotku codziennej pracy, nauki i rehabilitacji, tylko nieznacznie kołacząc z tyłu głowy nagłym szumem medialnym.

Pisałem już to kiedyś, ale powtórzę. My dzień zespołu Downa... mamy codziennie. Odkąd Jula zaczęła koncertować z zespołem przeszło jedenaście lat temu, każdy dzień jest pełen wyzwań. Niekończąca się trasa koncertowa. Stoimy pod sceną i mamy wejściówkę za kulisy. Bliżej się już nie da ;-)

Świadomość, że w duszach Wam gra taka sama muzyka jest bardzo budująca ;-*

ps. W ramach Światowego Dnia Zespołu Downa szkoła od Julki zorganizowała dedykowany bieg. Właściwie dwa biegi. O nich będzie kolejny wpis ;-)

 

niedziela, 18 lutego 2018

Step by step ;-)

Serdeczne podziękowania dla pani Magdaleny, pana Janusza i pana Marka za przekazane darowizny, które zasiliły Julcine subkonto w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą". Wpłacone pieniądze dołożymy do kwoty przeznaczonej na refundację wakacyjnego turnusu rehabilitacyjnego w Ośrodku "Neuron" w Borach Tucholskich :-)
Ferie zimowe (podobnie, jak okres wakacyjny) są dobrym czasem na realizację takiego czternastodniowego planu turnusowego, ponieważ ani Julka, ani Mama nie zaniedbują swoich obowiązków szkolnych. Nie inaczej było i tym razem ;-) Dziewczyny dzielnie ruszyły na północ, uzbrojone w dwutygodniowy zapas sił i cierpliwości, a Tata - z braku urlopu - został na Śląsku, pilnując, by mieszkanie zbytnio się nie wychłodziło i tylko okazjonalnie wyruszał w ukochane góry ;-)

Jako, że w czasie niepogody Mamy się nudzą, a ta za oknem w Borach Tucholskich nie rozpieszczała, przed Wami filmowy owoc kilku zimowych wieczorów ;-)

Panie i Panowie: Premiera! :-)


Bardzo dziękujemy wszystkim terapeutom, którzy prowadzili Julkę przez ostatnie dwa tygodnie w Małym Gacnie :-) Wracamy już w wakacje!

Podziękowania również wszystkim naszym Darczyńcom. To dzięki Wam i Waszym darowiznom, oraz przekazywanym co roku 1% podatku Jula może korzystać z takich turnusów. Ten zimowy - warte podkreślenia  - w całości został sfinansowany z środków zebranych na Julcinym subkoncie :-)

Z projektem tegorocznej 1% ulotki niektórzy z Was mogli się już spotkać, gdyż od jakiegoś czasu krąży nie tylko po Śląsku :-) 

Każdego, kto ma chęć i możliwość w imieniu Julki rozdysponować wśród przyjaciół taką prośbę , zapraszam do kontaktu osobistego, lub przez zakładkę na tym blogu. Trochę nam jeszcze ich zostało ;-)

ps. Zdjęcia wykorzystane w tegorocznych ulotkach pochodzą z marcowej sesji na Zamku Lubliniec i są autorstwa nieocenionej Czesi Włuki. To otwierające dzisiejszy post również :-*