wtorek, 31 maja 2022

Backstage

Najciekawsze zawsze dzieje się za kulisami :-)

Za nami piąta odsłona Biegu Charytatywnego św. Goara, nietuzinkowej imprezy sportowej, która z roku na rok przyciąga coraz większe grono wielbicieli aktywności na świeżym powietrzu. Debiut w 2016 roku okazał się sukcesem i przez cztery kolejne edycje zdobywaliśmy doświadczenie podnosząc poprzeczkę zarówno sobie, jak i zawodnikom. Dwa lata temu pandemia zatrzymała ze zgrzytem rozpędzone tryby przygotowawcze zostawiając nas w zawieszeniu i niepewności. Na jesieni ubiegłego roku zamieszanie okołokoronawirusowe nieco przygasło i mogliśmy zacząć przygotowania do majowego festynu rodzinnego i kolejnych zawodów. Te - co tu dużo mówić  - znów okazały się strzałem w dziesiątkę i idealnym pomysłem na spędzenie w fantastycznej atmosferze sobotniego przedpołudnia. 

Każdego roku - po biegu - szerokim strumieniem płyną podziękowania dla osób, bez których impreza po prostu by się nie udała. Te oficjalne popłynęły konwencjonalnymi kanałami, ale każde z nas ma swoją grupę osób, z którą mu po drodze i bez której wsparcia byłoby na pewno trudniej nie tylko przy organizacji biegu, ale i w ogóle. To oni stoją z tyłu sceny, poza światłami reflektorów. Niewidoczni, ale niezbędni. Nie pytają czy pomóc, tylko przychodzą i pomagają. Nie potrzebują zaproszenia, bo wiedzą, że dla nich drzwi zawsze są otwarte. Świetnie oddaje to tekst pewnej piosenki, który umieściłem na trasie;-)

Subiektywnie zatem i zupełnie w przypadkowej kolejności ;-)

Madzi i Jasiowi za zapewnienie kulinarnych rozkoszy dla zawodników, obecność w życiu i kibicowanie przy wszystkich najbardziej szalonych projektach.

Marysi, Izie, Mieciowi i Tomkowi za wielokrotne przemierzenie parkowych ścieżek w poszukiwaniu optymalnej trasy i znakowanie powyższej. Te "górskie" doznania to także Wasza wina i zasługa ;-) Motywujecie, by wychodzić ze swojej strefy komfortu. Fizycznej i przede wszystkim psychicznej. Cenię to sobie bardzo.

Wojtkowi za tyczki, charyzmę i za poczucie, że czas zatrzymał się w miejscu i mimo upływającej wody da się wejść po raz kolejny do tej samej rzeki.

Andrzejowi za namioty i lekcję lokalnej historii, oraz za odkrycie niewiarygodnej zbieżności planów w coraz wyraźniej formującej się przyszłości przy ich oddawaniu ;-) Czasem wystarczy porozmawiać z właściwą osobą.

Darkowi za podium, vouchery, promocję i obecność w projekcie od pierwszej edycji. Dobrze Cię mieć przy sobie nie tylko przy okazji tego projektu.

Violi za bezinteresowne koleżeństwo, szczerość i taśmy, oraz Mirkowi za błyskawiczną aprobatę ich wykorzystania.

Jackowi za stoicki spokój, który zawsze chętnie chłonę i za równowagę w jakiej każdorazowo mnie zostawia.

Ekipie organizacyjnej, a w szczególności Moni, Natalii, Marzenie oraz Kasi z Bartkiem i Zosi - w takim teamie można... wszystko. Dobrze jest być jego częścią.

Kasi, Julce i Zosi -  za cierpliwość, bezwarunkową miłość i carte blanche w każdym pomyśle, w który się angażuję.

Chłopakom ze schroniska Chatka Skalanka i młodzieży ze szkół mundurowych - dobra robota na trasie. Wszystkim, którzy pojawili się tego dnia na polanie, czy to w roli współorganizatorów, czy uczestników zawodów i festynu, oraz tym, którzy z różnych względów pojawić się nie mogli, a byli obecni duchem - dziękuję.

 

 

Tegoroczną odsłonę biegu dedykuję pamięci Taty (*)

piątek, 6 maja 2022

Kultura nie tylko fizyczna

Serdeczne podziękowania dla Moniki i Basi za darowizny przekazane na Julcine subkonto w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" ❤️

Do stóp się ścielimy także każdemu, kto w tym roku zdecydował się wesprzeć Julkę 1% swojego podatku. Wachlarz Waszej hojności poznamy dopiero na jesieni, ale już dziś płyną do nas sygnały o wypełnionych deklaracjach. Stałym darczyńcom dziękujemy za pamięć i lojalność, a nowych witamy w naszych szeregach i również składamy wyrazy wdzięczności. Osobne podziękowania za kolportaż Julcinych ulotek, czy to w formie analogowej, czy cyfrowej i za wyłączność, jaką przyznały Julce zaprzyjaźnione biura rachunkowe. Dziękujemy za zaufanie jakim nas obdarzyliście ❤️

 

Nie jest tajemnicą, że kocham śpiewać. To, czy powinienem, to już inna sprawa ;-)  Mama od zawsze upiera się, że świat nie jest gotowy na mój wokal, ale Dziewczynki dzielnie go znoszą i z roku na rok coraz częściej przyłączają się do spontanicznych improwizowanych występów, ku zgrozie wysublimowanej audiofilsko rodzicielki ;-) Zosia śpiewa wszystko, co Jej się podoba, co podsunie Tata i co zrównoważy rockowym pazurem Mama ;-) Julka także wpisuje się w ten schemat, jednocześnie w tylko sobie znany sposób potrafiąc zmienić rytm, melodię, a czasem i słowa wykonywanych utworów. (Na jednym wydechu umie zaintonować "chodź pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko jadę jadę w świat sankami media expert to you"). Jakim kieruje się kluczem? Jedna św. Cecylia tylko wie ;-) Ważne, że jest szczęśliwa w tym co robi.

W tę miłość wpisuje się fascynacja musicalami, którą od lat zaszczepiam latoroślom, oraz każdemu, kto chce słuchać ;-) Kiedyś - pewnie w szczycie któregoś sezonu ogórkowego - zrobię Wam szerszy wpis o tym moim niemodnym w dzisiejszych czasach afekcie. Dziś o jednym z nich. Absolutna klasyka. Światowy top. "Koty" Andrew Lloyda Webbera.

Gdy tylko Teatr Rozrywki w Chorzowie uzyskał licencję na ich wystawienie wypatrywałem przedsprzedaży. Na początku marca udało się upolować komplet biletów (dla dzieci w bardzo korzystnej cenie) i tak końcem kwietnia zameldowaliśmy się tuż po premierze, na drugim z kolei wystawianym spektaklu. Zgasły światła, kurtyna opadła (tak, to nie metafora) i zaczęły się czary.

Magia pierwszego rzędu pozwoliła docenić koronkową pracę charakteryzatorów i wyłowić szczegóły obłędnych kostiumów, w jakich występowali aktorzy, tancerze i akrobaci. Sceną zawładnęło ponad trzydzieścioro artystów i każdy był niepowtarzalny, z sobie tylko przypisaną kocią osobowością. Ich gra aktorska, mimika, a przede wszystkim choreografia stała na najwyższym światowym poziomie. Patrzyliśmy jak urzeczeni na popisy taneczne i daliśmy się zaczarować piosenkom, które znaliśmy już z wystawionego osiemnaście lat wcześniej tego samego musicalu w stołecznej "Romie". Scenografia - dopracowana w najmniejszych szczegółach - umożliwiała aktorom na interakcję z widzami, co budziło zachwyt w oczach Dziewczynek (a i Mama dała się ponieść ;-)). Wszystko to okraszone muzyką na żywo pod batutą Michała Jańczyka. Niesamowite przeżycie i fantastyczna muzyczna przygoda. To tak, jakby na dwie godziny dać się porwać do alternatywnej rzeczywistości, gdzie w kocich oczach odbijają się historie ludzi. Polecamy każdemu, nie tylko miłośnikom takiej formy teatralnej ;-) Wróciliśmy oczarowani!

W domu czekał ten, który zna sens słowa "miau"  i potrafi mruczeć w każdym z języków, na które "Koty" zostały przetłumaczone.

Śpi też szesnaście godzin na dobę, ale to już inna para kaloszy ;-)

 

PS  West End: 11 maja 1981, Broadway: 7 października 1982, Teatr Muzyczny "Roma": 10 stycznia 2004, Teatr Rozrywki: 27 kwietnia 2022.

 

EDIT:

Podczas premierowych spektakli można było wesprzeć datkiem do puszki podopiecznych chorzowskiego schroniska dla zwierząt. Nie omieszkaliśmy dorzucić także swoich "trzech groszy". Ufam, że trafiły w dobre łapy ;-)



znasz sens słowa "miau"

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,koty,dachowy_song.html

sens słowa "miau"

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,koty,dachowy_song.ht

niedziela, 27 marca 2022

Wersja limitowana

Za nami kolejny Światowy Dzień Zespołu Downa. Data, która w naszym osobistym kalendarzu świąt nieoczywistych zajmuje szczególne miejsce od kilkunastu lat.

Próbowałem przypomnieć sobie, jak obchodziliśmy go w 2007 roku i wydaje mi się, że wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy z faktu, iż taki dzień w ogóle istnieje. Julka była z nami od dwóch miesięcy, wynik kariotypu mieliśmy już w ręku, ale raczej skupialiśmy się wtedy na otoczeniu Jej miłością, codzienną opieką wynikającą z niemowlęctwa, zapewnianiu podstawowych potrzeb. Uczyliśmy się siebie nawzajem. Obok drugim torem biegły sprawy wynikające z niepełnosprawności: wizyty lekarskie i sprawy urzędowe, jednak wszystko to było faktycznie drugoplanowe i nie przyćmiewało nam Julki w Julce. Po pierwsze człowiek. Istota ludzka, a nie jednostka chorobowa, czy wada genetyczna. Z resztą tak jest do dziś. Nigdy nie patrzymy na Nią przez pryzmat zespołu Downa. Znamy ograniczenia, jakie on wnosi, ale nie stygmatyzuje nas w żadnej mierze. Nie pamiętamy na co dzień, że ta wada w Niej jest. Nie wypieramy tej informacji z umysłu, po prostu zaszufladkowana jest, jako drugorzędna.

Owszem, parasol ochronny, jaki jest nad Nią rozpostarty to ten z górnej półki. Z mocniejszych materiałów. Z karbonowym stelażem i czaszą z cordury. Jednakże bajecznie kolorowy i z misternie rzeźbioną rączką idealnie dopasowaną do małpiej bruzdy na dłoni. Chroni Ją przed nawałnicą i przed palącym słońcem spojrzeń. Nasze zadanie wyłapać ten moment, w którym przestanie być Jej potrzebny, bo będzie chciała tańczyć w deszczu. Szalenie odpowiedzialna rola.

 
W tegoroczne obchody Światowego Dnia Zespołu Downa wbiegliśmy (dosłownie) dzięki Violi, która zaprosiła nas na fantastyczny piknik rodzinny, zorganizowany przez Fundację Tośka i Przyjaciele, oraz zintegrowane środowisko gliwickich biegaczy. Cóż to była za niedziela! Jakaż atmosfera! Ileż atrakcji! Wymarzona pogoda! Szczytny cel! Wszystko, dosłownie wszystko zagrało! Mnóstwo znajomych, przyjaznych twarzy, a  na deser bieg po dobrze znanych ścieżkach, od których wszystko się zaczęło.
Oczywiście także ruszyliśmy na trasę. Raczej marszem, niż biegiem, chociaż przed soczewką obiektywu Julka w zadziwiający sposób dostawała skrzydeł i potrafiła wykrzesać w sobie pokłady energii, które skrzętnie chowała zaraz po zniknięciu z pola widzenia fotografa ;-) Muszę wszakże oddać Jej honor, ponieważ linię mety również przekroczyła biegiem. Olbrzymia w tym zasługa Damiana, Kingi i mobilizującego Ją od zawsze Darka. Dzięki Wam serdeczne za poświęcone cenne sekundy i za wielkie serce! 
(fot. Janusz 💙)
Klamrą spinającą ostatni tydzień, był wczorajszy kameralny Bieg Kolorowej Skarpety, który piąty rok z rzędu ożywia lasy wokół Julcinej szkoły. Pogoda nie zawiodła, humory dopisały, autentyczna radość wymalowana na twarzach dzieci i zawodników nie do podrobienia. Czegóż chcieć więcej?
 
Bardzo dziękujemy wszystkim znajomym i Przyjaciołom za każde zdjęcie w niepasujących skarpetkach, które nam przysłaliście w tym tygodniu. Za każdą Julciną sygnaturę pod tymi zdjęciami w mediach społecznościowych. Dziękujemy Monice za akcję #skakankawpodróży i Basi za okołoprowokacyjną, bezinteresowną deklarację wsparcia 💙
To wszystko dla nas bardzo ważne. Daje nadzieję, że parasol będzie można złożyć trochę wcześniej.

wtorek, 1 marca 2022

Czarna wygrywa, czerwony przegrywa

Krówki goszczą na polskich stołach od ponad stu lat. Prosty przepis. Mleko, cukier, masło i odrobina miłości. Smak dzieciństwa. Te, które otwierają dzisiejszy tekst wpisują się w powyższą recepturę, a ich wyjątkowość dodatkowo podkreśla fakt, że sygnowane są personaliami nietuzinkowej osoby. Zrobiono je dla nas w stolicy Kociewia na specjalną okazję, jaką była ostatnia odsłona Gliwickiej Parkowej Prowokacji Biegowej.

Lutowa edycja zawodów zgromadziła na polanie startowej dwustu czterdziestu zawodników. Biegacze i miłośnicy nordic walking zmierzyli się z niełatwą zimową trasą, przebyte kilometry dedykując Julce, gdyż to właśnie Jej poświęcone było sobotnie przedpołudnie w lesie komunalnym. Bohaterka dnia rewanżowała się nieprzeciętną ekspresją, zarażała uśmiechem, z wdziękiem pozowała do zdjęć i w ślad za wszystkimi zawodnikami także stanęła na linii startu. 


Właściwie w tym miejscu mógłbym zakończyć opowieść, na najbliższe dwie godziny spuszczając zasłonę milczenia, ale winien Wam jestem pełen obraz (a i my pewnie za kilka lat chętnie wrócimy wspomnieniami do tego dnia).
Po zasygnalizowaniu startu, nieświadomi wagi najbliższych minut ruszyliśmy z Irkiem na trasę, Julkę zostawiając w dobrych rękach Mamy, Moniki i Zosi. Sęk w tym, że główna zainteresowana miała inne plany na najbliższy czas  ;-) Nogi wrosły Jej w ziemię i za nic nie chciała się ruszyć. Po chwili się zreflektowała i opornie, ale jednak sukcesywnie krok za krokiem zaczęła zdobywać pierwsze metry z zaplanowanych czterech kilometrów z okładem. Nieoceniona w tej pielgrzymce była determinacja, z jaką motywowały Ją zarówno wspomniane pilotki, jak i mijający ich kwartet zawodnicy. Każde słowa wsparcia po drodze, każdy kciuk w górę, czy chwila rozmowy, która odwracała uwagę Julki od trudów marszu, były motorem napędowym tamtego dnia.
Po przebiegnięciu swojego zaplanowanego dystansu, walcząc z oddechem pożegnałem Irka, zdałem numer startowy i po kilku minutach ruszyłem pod prąd w poszukiwaniu Julki z ekipą. Z każdą kolejną prostą, z każdym zakrętem spodziewałem się je zobaczyć, ale te wpadły, jak kamień w wodę. W końcu zacząłem wypytywać znajomych zawodników o ich losy, a Ci uspokoili mnie garściami świeżych informacji: całe i zdrowe suną powoli naprzód. Złapałem drużynę mniej więcej w połowie dystansu, zluzowałem dziewczyny, które pognały do mety, a sam w roli pilota stanąłem do nierównej walki z narzekającą na bolące nogi Julką. Walczyliśmy o każdy krok. Kłóciliśmy się o co drugi. Obiecywałem Jej złote góry, oraz to, że jeśli dojdzie do mety, to do samochodu zaniosę Ją "na barana". Wszystko pomagało na chwilę, nawet ukochane piosenki. Orka na ugorze. W myślach obstawiałem zmęczenie po dwóch tygodniach ciężkiej pracy na turnusie rehabilitacyjnym, z którego przywiozłem Julkę dzień wcześniej. Prawda okazała się bardziej prozaiczna. Z truchtu tego dnia wykluczył Ją bolesny odcisk na stopie, ale na trasie jeszcze tego nie wiedziałem. Po drodze mijali nas przyjaciele, znajomi i nieznajomi motywując do kolejnych metrów. Ostatecznie jakoś dokulaliśmy się do mety, ostatnie metry nawet pokonując biegiem i z uśmiechem na twarzach. Złamaliśmy dwie godziny. Zmęczeni, ale szczęśliwi.

Jeszcze pamiątkowe zdjęcie na ściance i losowanie nagród. Tego dnia to czarna krowa przynosiła szczęście i każdy chciał, by to jemu przebiegła drogę ;-) Przekorny los sprawiedliwie obdarzył nas białymi, stawiając metaforyczną "kropkę nad i" prowokacyjnego przedpołudnia.
Szalenie satysfakcjonujący dzień, do którego kluczem było jedno słowo: integracja. Od lat staram się oswajać Julkę z szeroko rozumianym światem i tenże z Jej wyjątkowością. Taka swoista fuzja, z której każda strona wychodzi bogatsza o nowe doświadczenia.

W pierwszej kolejności serdeczne podziękowania dla Andrzeja i całej ekipy AKMB Pędziwiatr Gliwice za zorganizowanie eventu w szerokim spectrum szczegółów i zwyczajną ludzką życzliwość, bezcenną w dzisiejszym zwariowanym świecie.
 
Wzorem lat ubiegłych każdy z zawodników miał możliwość - w zamian za symboliczną darowiznę na Julcine subkonto - wystartować z wybranym przez siebie numerem startowym, ważnym przez cały cykl. Kilkanaście osób wzięło udział w zabawie, za co bardzo dziękujemy, bo przekazane przez Was darowizny pozwoliły sfinansować tlenoterapię w komorze hiperbarycznej na ostatnim turnusie rehabilitacyjnym w Borach Tucholskich.
Podziękowania dla debiutującej Moniki, Jasia, Jacka, Irka, Marcina z Moniką, Rysia, Darka, Pawła, Ewy z ekipą, oraz dla wszystkich innych, którzy przyjechali na zawody specjalnie dla Julki.
Dziękujemy wszystkim, którzy przygarnęli Julciny kalendarzyk - niech Wam służy.
Monice dodatkowo za towarzystwo i opiekę nad dwoma Żywiołami na trasie. Nie jest to łatwy kawałek chleba ;-)

Zdjęcia:
Marzena Bugała-Astaszow Polska Press, Anna Vega Zumeta Relacja Foto, Kasia, Monika, Krysia, Andrzej i Darek - dziękujemy!
 
A czerwony? Jak w tytule.

niedziela, 6 lutego 2022

Kwestia smaku

Niektóre rzeczy wydają się nie mieć sensu dopóki go nie nabiorą. Zaczęło się od rac. Najpierw Mama straciła dobry smak i spadła z huśtawki nastrojów prosto w objęcia gorączki sobotniej nocy. Wkrótce do drzwi zapukała reszta nieproszonych gości, dopiero po dobie legitymizując swoją obecność wynikiem testu. Niebawem Julka i Tata również trzymali w rękach koronny dowód na to, że przymiotnik "pozytywny" może budzić negatywne skojarzenia i także udali się na przymusową kwarantannę. Zofia szczęśliwie zachowała czyste konto, ale solidarnie spędziła dwa tygodnie w separatce swojego pokoju, dzieląc czas pomiędzy wyzwania nauczania zdalnego, a czytanie ukochanych książek.

Świat zewnętrzny pędził nadal naprzód, a my zamknięci w izolatce własnego domu pisaliśmy odrębną nieśpieszną historię...

(grafika ze strony portalu Librus)
Dziesięć dni do dyspozycji to bardzo długo. Dziesięć dni do dyspozycji, gdy ogranicza Cię przestrzeń czterech ścian, to wieczność. Chyba, że je dobrze zagospodarujesz ;-) 
Przez pierwszych kilka faktycznie nielicho nas pozamiatało. Daruję Wam szczegółów. Na szczęście szybko się pozbieraliśmy i pozostały czas izolacji mogliśmy przeznaczyć na rekonwalescencję podszytą brakiem pośpiechu dokądkolwiek. Ściegiem na okrętkę.
Budzik dostał wolne, a jego obowiązki przejęły bogatki kłócące się na płocie pod oknem sypialni. W kuchni zagościła idea slow food, a w stołowym najważniejszy mebel w końcu mógł podjąć wszystkich domowników jednocześnie. To tak, jakby każdy dzień był niedzielą.
Odkurzyliśmy planszówki, znalazł się też czas na królewską grę i na romans z gryfem gitary, a przede wszystkim na uszczuplenie ciągle rosnących stosów książek, które w codziennym kołowrotku, dziwnym trafem pną się w górę, zamiast topnieć. Prześledziliśmy losy Australazjatyckiej Wyprawy Antarktycznej z początku ubiegłego wieku, zasady działania gramofonów na płyty szelakowe z tego samego okresu, oraz zanurzyliśmy się w steampunkowych realiach wiktoriańskiego Londynu i trudach tułaczki po afrykańskich bezdrożach pewnego czternastoletniego Polaka i jego ośmioletniej, niezwykle wrażliwej angielskiej przyjaciółki. Między innymi ;-)
Z rzadka tylko upominał się o nas świat zewnętrzny, ale służbowe zobowiązania wobec niego szybko udawało się zaspokajać  klawiaturą komputera i telefonem. 
Właśnie. Świat zewnętrzny. Ten niekoniecznie zawodowy. Szalenie budujące były sygnały gotowości niesienia pomocy, jakie wysyłał. To niesamowite dowiedzieć się, że w obliczu tarapatów masz za plecami kogoś, kto chce pomóc. Czasem świadomość deklarowanego wsparcia jest ważniejsza, niż ono same. Jeśli tego zabraknie, to misternie budowana komitywa sypie się, jak domek z kart. Ostatecznie - cytując słowa Martina Luthera Kinga - "na końcu będziemy pamiętać nie słowa naszych wrogów, ale milczenie naszych przyjaciół".
Jak wspomniałem, nasi byli nad wyraz aktywni, zarówno werbalnie, jak i operacyjnie :-) Ktoś zadbał o dostawy świeżego pieczywa pod drzwi, ktoś inny ogarnął niezbędne zakupy, ktoś zadzwonił zapytać o zdrowie, ktoś odebrał paczkę, ktoś podzielił się nieszablonową muzyką i przemyśleniami, ktoś inny notatkami z języka Szekspira. I get by with a little help from my friends.
Dla wszystkich przyjaciół, zamiast liści wawrzynu, owoc kulinarnych poszukiwań ostatnich dwóch tygodni.
Pozostańcie w zdrowiu
i smacznego ;-*

środa, 12 stycznia 2022

Mendel

Półtorej dekady podróży w nieznane, we wszelkich możliwych warunkach meteorologicznych, jakie tylko może przynieść życie. Od powiek mokrych słonym deszczem, pod rynnę tychże, ale ze śmiechu. Od bezchmurnego nieba pełnego cudów, po te zaciągnięte gęstym kobiercem, który wyszedł spod ręki czupurnego tkacza. Ożywczy wiatr z północy rozganiający senny upał. Czasem flauta przynosząca pokusę spojrzenia w lustro wody, które zna wszystkie odpowiedzi.

Bez ciążącego bagażu świadomości celu, bez wyznaczonego azymutu.

Od piętnastu lat w drodze. Plecak doświadczeń nie wypełnił się jeszcze nawet w połowie, chociaż tu i ówdzie potrzebna była już interwencja wprawnej ręki operującej szydłem i dratwą. Dziury i otarcia. Kilka zmarszczek więcej i kilka blizn na tkaninie. I całe mnóstwo fantastycznie kolorowych naszywek 😉 Oby z każdym kolejnym rokiem przybywało ich jak najwięcej 😘

Piętnaście wiosen chować pod warkoczem, to już nie są przelewki. Kiedy ten czas zleciał? Nie mam pojęcia. Pamiętam Cię takiego Okruszka, jak na zdjęciu, a dziś pannica jak się patrzy. Za chwilę trzeba będzie pilnować pół miasta i wysokie płoty grodzić 😏

Wczoraj do urodzinowego worka wpadło mnóstwo życzeń. Zdrowia, szczęścia, miłości, uśmiechu, beztroski, przyjaciół przy boku i akceptacji. Dorzucę Ci jeszcze do niego prawo do popełniania błędów i uczenia się na nich. 

Bądź nadal taka idealnie nieidealna ❤️

PS Na Julcine subkonto w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" z końcem grudnia wpłynęły dwie darowizny. Jedna anonimowa wysłana za pomocą zakładki PayPro, oraz druga od Pani Edyty Małgorzaty. Za obie bardzo dziękujemy, podciągamy je pod prezenty urodzinowe i naturalnie przeznaczamy na tegoroczny turnus rehabilitacyjny 😘