wtorek, 19 stycznia 2021

Cyrk Motyli

Wystarczy, że uwierzy w Ciebie przynajmniej jeden człowiek.

 

 
 

 
Jak jest z Tobą? Lecisz już ku słońcu, czy nadal tkwisz w kokonie?

 

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Fantasmagoria

Czasem przy wieczornym zmęczeniu (albo to już wzrok zaczyna zawodzić ;-)) pomylisz na budziku siódemkę z czwórką i w poniedziałkowy poranek dostajesz trzy godziny ekstra na naprawianie świata. W porządku, ale najpierw kawa.
Kwadrans później nadal nie jest to wymarzony czas na rozpoczynanie nowego tygodnia, ale przynajmniej po krwioobiegu, w towarzystwie małej blond krążą już dźwięki z najnowszego projektu JIMKA z katowickim NOSPRem i można siąść do klawiatury.
 
Nowy rok. Nowi my (a jakby starzy). Kalendarz pełen planów na kolejne tygodnie, zapisanych drobnym maczkiem, żeby upchać ich jeszcze więcej, żeby odczarować miniony chaotyczny rok. Złudzenie kontroli nad własnym życiem zamknięte w okładkach terminarza. Autoiluzja dająca namiastkę stabilności w tym ogarniętym pandemią świecie. Chcemy wierzyć, że za chwilę wszystko się skończy, że świat wróci do formy, jaką znamy sprzed roku. Tego nam wszystkim życzę, chociaż jak to sformułował przeszło dwa stulecia temu Benjamin Franklin w liście do Jeana-Baptiste Leroy’a:  na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki. Tymi ostatnimi teraz się zajmę. 

Do 1 czerwca ubiegłego roku rozliczaliście się ze swoimi Urzędami Skarbowymi przekazując 1% na wybrane przez Was cele. Spieszę donieść, że część z Was zdecydowała się podarować swój Julce, za co bardzo dziękujemy 💗 Wszystkie środki zebrane na Julcinym subkoncie w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" planujemy przeznaczyć - jak co roku - na turnusy rehabilitacyjne.
Niestety w tym roku nie mamy dostępu do informacji z jakich Urzędów Skarbowych zostały nam przekazane odpisy 1% podatku, a co za tym idzie nie wiemy, komu mamy dziękować. Jest to problem ogólnopolski podyktowany decyzją Ministerstwa Finansów, ograniczający zarówno wgląd każdej z fundacji w przekazane środki, jak i odbierający możliwość personalnych podziękowań rodzicom i opiekunom. Jeszcze w listopadzie przyłączyliśmy się do apelu skierowanego do Ministra Finansów Tadeusza Kościńskiego o przywrócenie Organizacjom Pożytku Publicznego dostępu do informacji o Urzędach Skarbowych przy poszczególnych wpłatach z 1% podatku. Czas zweryfikuje, czy petycja trafiła na podatny grunt i jeżeli tylko uzyskamy dostęp do w/w danych z pewnością wrócimy do spersonalizowanych podziękowań :-)

Przed nami kolejny rok. Zapiszmy jego karty nurzając stalówkę w introwertycznym kałamarzu wypełnionym atramentem sympatycznym. I sympatycznym także ;-)
 
(jesteś moją kofeiną 💗)
 
PS

- Julia idź się ubierać.

- Jestem Julka, nie Julia tato!

- Julka idź się ubierać.

- Możesz mówić do mnie córeczko, mi to nie przeszkadza...

Kurtyna ;-)

 

niedziela, 6 grudnia 2020

Do góry nogami

Czego szukamy w górach? Co nas tam pcha? Dlaczego niejednokrotnie głęboką nocą, z własnej woli porzucamy domowe pielesze, by z pierwszym brzaskiem postawić stopę na szlaku? Czemu akceptujemy wścibskie krople dżdżu za kołnierzem, smagające twarz pędziwiatry, czy żar lejący się z nieba na nasze nomen omen gorące głowy? Po co narażamy się na możliwość kontuzji, ból mięśni, chłód, głód i niewygody? Jakiemu lichu ulegamy raz za razem, dobrowolnie pchając się w paszczę boleriozowego lwa, czy umawiając się na niefartowne rendez-vous z dalekim kuzynem Uszatka, czy innego Coralgola? Wreszcie - o zgrozo! -  jakim notorycznym brakiem wyobraźni wykazujemy się wystawiając na ryzyko braku zasięgu w telefonie? ;-)
Piotr Pustelnik zapytany kiedyś  dlaczego chodzi po górach, miał odpowiedzieć: ludzi można podzielić na dwa rodzaje. Na tych, którym tej pasji nie trzeba tłumaczyć i na tych, którym się jej nie wytłumaczy.

(Serio? Chcecie, żeby tata jednak Wam to wyjaśniał? No dobrze. 
Ja tu posiedzę z kubkiem herbaty i sobie odpocznę. Na Czantorię jeszcze kawał drogi)
 
W górach czas płynie inaczej. Nawet nie wolniej, tylko jakby... gęściej. Leniwie przesącza się przez skórę, przenika do krwioobiegu i niepostrzeżenie rozlewa się po całym ciele. Uspokaja. Odurza i uzależnia. Chcesz więcej. Więcej spokoju, więcej ciszy, więcej wszystkiego, czego nie daje miejska dżungla.
Miasto śmierdzi. Pochłania Cię kawałek po kawałku, wtłacza w swoje industrialne tryby. Zabiegany nie zauważasz kiedy dzień stapia się z kolejnym, takim samym. Tydzień staje się podobny do poprzedniego. Kolory blakną, a cztery ściany miasta robią się z roku na rok coraz ciaśniejsze. Przesiąkasz smogiem, spalinami i obojętnością.
Tutaj zamykasz oczy, bierzesz haust najczystszego "angielskiego powietrza", wyciągasz szeroko ręce i możesz dotknąć horyzontu. Całe góry dla Ciebie. Prawie za darmo. Prawie, bo za cenę serca, które w nich zostawiasz. To dobrze ulokowana danina. Uczucia też.

 
(Dla spostrzegawczych ;-) Trasa Wołowiec - Jarząbczy Wierch. W obiektywie Witka)
 
Góry są cierpliwe. Możesz z nimi porozmawiać. Zwierzyć się z problemów i tajemnic, podzielić radościami. Przeważnie stoją niewzruszone i milczą. Czasem odpowiedzą wielkodusznie cichym westchnieniem wiatru, a gdy mocno nabroiłeś gniewnym pomrukiem burzy. Niekiedy zafundują Ci zimny prysznic z nieba. Wracasz po takim katharsis do domu dziwnie odmieniony. Wiesz, że pojedziesz tam znowu, by się im wyspowiadać. Kwestia czasu. I tylko herbata czarna myśli rozjaśnia.

 
(Idź w stronę światła!
Smocza Jama w Wąwozie Kraków. Świetne miejsce na pierwsze eksploracje speleologiczne z dzieckiem)

(Samotność długodystansowca.
Wrześniowy Lubań. Ależ to była wycieczka! Julka cały czas na przedzie! Momentami nawet biegła [!] pod górę!)
 

Góry to nie tylko domena samotników. Kochasz je, zachwycasz się ich pięknem i chcesz się nimi podzielić z przyjaciółmi. Pragniesz, by spojrzeli na nie Twoimi oczyma. Oni pokazują Ci je swoimi. Dzielicie razem znój wędrówki, długie nocne godziny na szczycie chłostanym podmuchami przenikającego przez puch śpiworów wiatru, termos z herbatą w skostniałych dłoniach i pierwsze promienie słońca ślizgające się po grani. Kamień po kamieniu połykacie kolejne godziny na szlaku, ta sama laurowa sól zdobi wasze skronie, takim samym ołowiem sączy się ból podczas marszu. Emocjonalna symbioza.

(Kwintesencja  wspólnego wędrowania. Tu na gorczańskich szlakach)

(W drodze na Babią Górę. Szpilki zostały w domu ;-))
 
 
(...z wielkim oknem na świat.
Okna Pawlikowskiego. Dolina Kościeliska)
 

Nie chodzi nawet o zdobycie szczytu za wszelką cenę, czy realizację założonego z góry planu, ułożonego jeszcze w zaciszu własnego domu. Nie liczy się sam cel, ale droga ku niemu. Ważna jest obecność na szlaku i ślad, jaki on zostawia w nas. Góry są tylko środkiem do odnalezienia siebie. Dotrzeć w głąb własnego jestestwa, na samo dno duszy to najtrudniejsze wyzwanie. Nie ma do niego żadnych map, przewodników, czy relacji. Ten szlak wytyczasz sam. 

 
(Tato, gdzie idziemy?)
 
Właśnie to próbujemy zaszczepić Dziewczynkom.
 
 






sobota, 7 listopada 2020

Boża iskra

Czy zapytaliście się kiedyś siebie, w jaki sposób Pan Bóg wybiera matki upośledzonych dzieci?

Postaraj się wyobrazić sobie Boga, który daje wskazówki swym aniołom zapisującym wszystko w swej olbrzymiej księdze.

"Małecka Maria – syn. Święty patron – Mateusz".

"Kurkowiak Barbara – córka. Patronka – Święta Cecylia".

"Michalewska Janina – bliźniaki – Święty patron….. niech będzie Gerard".

Wreszcie mówi z uśmiechem do anioła jakieś imię:

"Tej damy dziecko upośledzone".

A na to ciekawski anioł:

"Dlaczego właśnie tej, Panie? Jest taka szczęśliwa".

"Właśnie tylko dlatego - mówi uśmiechnięty Bóg. - Czy mógłbym powierzyć upośledzone dziecko kobiecie, która nie wie, czym jest radość? Byłoby to okrutne".

"Ale czy będzie miała cierpliwość?", pyta anioł.

"Nie chcę, aby miała nazbyt dużo cierpliwości, bo utonęłaby w morzu łez, roztkliwiając się nad sobą i nad swoim bólem. A tak, jak jej tylko przejdzie szok i bunt, będzie potrafiła sobie ze wszystkim poradzić".

"Panie, wydaje mi się, że ta kobieta nie wierzy nawet w Ciebie".

Bóg uśmiechnął się:
"To nieważne. Mogę temu przeciwdziałać. Ta kobieta jest doskonała. Posiada w sobie właściwą ilość egoizmu".

Anioł nie mógł uwierzyć swoim uszom.
"Egoizmu? Czyżby egoizm był cnotą?".

Bóg przytaknął.
"Jeśli nie będzie potrafiła od czasu do czasu rozłączyć się ze swoim synem, nie da sobie nigdy rady. Tak, taka właśnie ma być kobieta, którą obdaruje dzieckiem dalekim od doskonałości. Kobieta, która teraz nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że kiedyś będą jej tego zazdrościć.
Nigdy nie będzie pewna żadnego słowa. Nigdy nie będzie ufała żadnemu swemu krokowi. Ale, kiedy jej dziecko powie po raz pierwszy "mamo", uświadomi sobie cud, którego doświadczyła. Widząc drzewo, zachód słońca lub niewidome dziecko, będzie potrafiła bardziej niż ktokolwiek inny dostrzec moją moc.
Pozwolę jej, aby widziała rzeczy tak jasno, jak ja sam widzę (ciemnotę, okrucieństwo, uprzedzenia), i pomogę jej, aby potrafiła wzbić się ponad nie. Nigdy nie będzie samotna. Będę przy niej w każdej minucie i w każdym dniu jej życia, bo to ona w tak troskliwy sposób wykonuje swoją pracę, jakby była wciąż przy mnie."

"A święty patron?", zapytał anioł, trzymając zawieszone w powietrzu gotowe do pisania pióro.

Bóg uśmiechnął się.

"Wystarczy jej lustro".*


 

Twoje oczy są zwierciadłem, w które patrzymy odkąd przyszłaś na świat. Zza nich przygląda się nam Pan Bóg. Jaki ma plan? Nie wiemy, ale dobrze jest być częścią tego planu.




*Bruno Ferrero "Wyjątkowa matka", Kółka na wodzie, Warszawa 1999r.



środa, 23 września 2020

Przepraszamy za usterki

Niektórzy to mają szczęście. Budzą się rano nieświadomi własnych ograniczeń jakie zafundowało im życie. Nie wiedzą, że czegoś nie mogą, że nie potrafią. Nikt im nie powiedział, że niosą w sobie nadprogramowy bagaż, który całe życie będzie trzymał ich za nogi i nie pozwoli sięgnąć gwiazd. Nikt ich nie poinformował o tej niemożności, dlatego... po nie sięgają.  Brak przekonania, że czegoś nie da się zrobić czyni to możliwym do zrealizowania. Nie kalkulują czy coś im się opłaca, czy coś ugrają zachowując się tak, czy inaczej. Po prostu są sobą. Naszym zadaniem jest ich nie uświadamiać. Pomagać - owszem, ale nie wyręczać. Dawać raczej wędkę, nie rybę.
(Nawet jeśli sami tego nie widzą w tak szerokiej perspektywie i teraz dąsają się, że wędka nie jest w ich ulubionym kolorze...)

Taką szczególną wędką dla Julki, długofalowym projektem o spowolnionym uwalnianiu wartości dodanych są... turnusy rehabilitacyjne. Na pierwszy pojechała mając zaledwie półtora roku. Gdy przypomnę sobie swoje ówczesne oczekiwania wobec tak skompresowanej formy rehabilitacji, uśmiecham się pod nosem nad własną prostodusznością. Wydawało mi się wtedy, że Julka wróci z pierwszego turnusu cudownie odmieniona, z gotowym wachlarzem recept na przypadłości okołozespołowe, by nie powiedzieć na sam zespół Downa ;-) Wróciła... zmęczona. Zmordowana dwoma tygodniami ciężkiej pracy. Wieczorem zasnęła zostawiając nas w rozterce nad słusznością wydawania tak kolosalnych kwot (wtedy to był wydatek rzędu trzech tysięcy złotych) na coś, co może nie do końca się sprawdza, a po czym dziecko jest, jak z krzyża zdjęte.  Kolejne dni otworzyły nam oczy. Nagle okazało się, że Julka w przedszkolu lepiej pracuje, więcej rozumie, sprawniej ćwiczy i w ogóle jest jakaś taka "bardziej".  Naturalnie po pewnym czasie taki zapas energii się wyczerpał, ale wizja możliwości i same efekty zmotywowały nas na tyle, by zacząć odkładać pieniądze na kolejny turnus w następnym roku kalendarzowym.
  
(Jeden z pierwszych turnusów w Jadownikach Mokrych.
fot. Alicja)
Dziś Julka znajduje się w tak fortunnym położeniu, że może ładować baterie dwa razy w roku. Turnusy rehabilitacyjne na stałe wpisane są w nasz zimowy i wakacyjny wypoczynek. Oczywiście od Julcinego debiutu koszta wzrosły kilkukrotnie, ale każdy turnus jest inwestycją w Jej przyszłość i nikt tutaj nawet nie liczy stopy zwrotu. Wiemy natomiast z całą pewnością, że jest dodatnia ;-)
 
Poniżej kilka zdjęć z ostatniego, sierpniowego turnusu w Ośrodku Rehabilitacji i Hipoterapii Neuron w Małym Gacnie. Turnusy tu nie są tanie, ale warte swojej ceny, a nas przecież nie stać na to, by oszczędzać na zdrowiu naszego dziecka. No i lubimy tutejszy sielankowy klimat i szalenie pozytywnych ludzi. W przyszłym roku też będziemy!






 
Fajnie jest być niektórymi ;-)

czwartek, 13 sierpnia 2020

Siła spokoju

Nie dialoguj z pokusą, bo przegrasz.

Zamknijcie oczy. Wyobraźcie sobie wydeptaną ścieżkę biegnącą przez umajone łąki. Zaciągnijcie się zapachem gorącego, wonnego lata. Zapomniane sioła, pozarastane na wpół zdziczałe sady pełne papierówek, które smakują dokładnie tak samo, jak te sprzed trzydziestu lat. Wszechobecna cisza dyskretnie mącona szelestem rozkołysanej trawy, koncertowym brzęczeniem owadów i szmerem własnych kroków. Witajcie na Małym Szlaku Beskidzkim.
Pozostający nieco w cieniu swojego starszego brata, niemniej nie mniej wymagający, aniżeli wspomniany wyżej krewny drugiego stopnia, spina około 137 kilometrową klamrą Beskid Mały, Makowski i Wyspowy. Warto przemierzyć go liniałem własnych butów, poczuć w ustach słony smak wędrówki, skąpać się w kurzu drogi i poddać się  cynobrowej marszrucie. Z resztą... na całej długości szlaku kolor ten ani razu nie gubi się z oczu, raz tylko zaskakując zmęczonego wędrowca wizją dobrej wróżby pod inne plany w innej czasoprzestrzeni ;-) 

Dzień pierwszy. Czwartek 30.07.

Jakże dobrze się śpi we własnym łóżku. Otulony wczorajszym zmęczeniem, przykryty po uszy kołdrą kamiennego snu nie słyszę budzika. Ze snu wyrywa mnie metaforyczne potrząsanie za ramię mojego anioła stróża i słowa: "To wstajesz, czy odpuszczamy?". Zdezorientowany zwlekam się, sprawdzam kolejne połączenia, szybkie ablucje i kilka chwil później siedzę w pociągu zmierzającym w kierunku ojczyzny Bolka i Lolka, Reksia i kapitana Klipera.

Stolica Podbeskidzia, niezrażona moją niepunktualnością wita mnie pięknym słońcem i stoickim spokojem, który szybko mi się udziela i nie opuszcza do końca mojej robinsonady. Uboższy o kilka złotych zostawionych taryfiarzowi, ale bogatszy w bezcenne trzydzieści minut docieram do miejsca startu. Wstępuję na chwilę rozmowy do kościoła, pamiątkowa fotografia przy czerwonej kropce i z dwugodzinnym poślizgiem względem zakładanego planu wyruszam na szlak.
Droga pnie się stromo w stronę Hrobaczej Łąki, ale że sił mam jeszcze sporo w ogóle nie czuję zmęczenia. Na trzecim kilometrze przez nieuwagę zrywam bransoletę z zegarka, który po upadku na ziemię obrażony (i z obrażeniami) wyłącza się bezpowrotnie. Skazany odtąd na nawigację względem ciał niebieskich i planowanie kolejnych etapów podróży w oparciu o potencjał własnego ciała - wzruszam ramionami i idę dalej. W perspektywie czasu taka autokontrola okazuje się być bardzo oczyszczająca i nadzwyczaj trafna czterowymiarowo.
W schronisku odbijam się od głucho zamkniętych drzwi opatrzonych beznamiętną informacją, że "w dniu dzisiejszym nieczynne". "Nic to!" - powtarzam w myślach za małym rycerzem - i żując wyciągniętą z dna plecaka suszoną wołowinę schodzę powoli w stronę Zapory Porąbka. Przechodzę nad spiętrzoną Sołą i zostawiając za sobą Jezioro Międzybrodzkie wspinam się na szalenie tłoczny i głośny Żar, a następnie na analogicznie gwarne i równie pozbawione uroku zabudowania kompleksu hotelowego na Przełęczy Kocierskiej. Jedyną zaletą tych komercyjnych miejsc jest możliwość uzupełnienia płynów i ewentualne załadowanie węgli. Z drugiej opcji nie korzystam, czym prędzej czmychając w stronę klimatycznej Chatki na Potrójnej. Do tego miejsca szlak jest mi znany z wcześniejszych rekonesansów. Przede mną rozciąga się nieznane i kusi, by się w nie zagłębić. Nie oglądając się za siebie ulegam pokusie, trwale zapisując czystą dotąd kartę. Szlak jest praktycznie pusty. Z rzadka tylko mijam się z kimś idącym od wschodu. Do schroniska docieram tuż po bajecznym zachodzie słońca. Ciepła kolacja, ciepły prysznic i spać.

Dzień drugi. Piątek 31.07.

Wychodzę z uśpionego schroniska cicho zamykając za sobą drzwi. Schodzę do Krzeszowa, w którym w razie potrzeby można uzupełnić zapasy w kilku lokalnych sklepach; asfalt snuje się niczym spruta nić w swetrze. Mozolnie podchodzę na Żurawnicę, mijam porośnięte malwami domy z wielkim oknem na świat, mnóstwo kapliczek, ołtarzyków i przydrożnych krzyży, wreszcie przechodzę przez tory, rzekę i jestem w Zembrzycach. Na rynku przerwa na lody i przewietrzenie stóp. Po chwili znowu połykam asfalt, znowu pod górę. Przede mną Palcza, z której po chwili zostają mi tylko mgliste wspomnienia. Łąka, las, góra, dół, drzewo za drzewem. Dzisiejszy kilometraż otępia zmysły. Praży niemiłosiernie, woda kończy się szybko. Za szybko. Z opresji ratuje mnie gospodarz uzupełniając butelki wodą ze szlaucha ogrodowego. Mmm... smakuje niczym najlepszy Perrier. Jeszcze dziesięć kilometrów. Ożywiam się, chociaż nogi bolą już przeokrutnie. Przed wieczorem jestem na noclegu w Myślenicach. Zakupy w sklepie na jutro, kolacja, prysznic i spać.


Dzień trzeci. Sobota 01.08.

Dziś w planach krótszy odcinek, więc mogę spokojnie pospać godzinę dłużej i zjeść śniadanie. Krótszy nie znaczy łatwiejszy (tak, jak i Mały Szlak Beskidzki nie oznacza niskiego). Sporo przewyższeń dziś przede mną. Zaczynam marszem przez miasto, przechodzę pod zakopianką i znikam w lesie. Zanim dotrę na Kudłacze zdążę się solidnie zmęczyć, ale spotkanie na szlaku trenującego Marcina Świerca dodaje sił. Po krótkiej regeneracji w schronisku wspinam się na Lubomir i zostawiając obserwatorium astronomiczne za plecami schodzę paskudnie kamienistą drogą mijając tabuny turystów. Tym w klapkach nie zazdroszczę drogi w dół. Kasina Wielka zaskakuje mnie brakiem sklepu przy szlaku (albo ja go w zmęczeniu nie zauważam) i monumentalnym widokiem ostatniego dziś wyzwania - szczytu Lubogoszczy. Strome podejście mocno daje się we znaki, a zalesiony szczyt nie wynagradza trudu pięknymi widokami. Na spoczynek docieram późnym popołudniem załapując się jeszcze na obiadokolację, sympatyczną konwersację i telefon od Marysi z obietnicą spotkania następnego dnia. Moje stopy mnie nie lubią.



Dzień czwarty. Niedziela 02.08.

Ostatni dzień. Ostatnie siedem kilometrów z okładem. Niby się nie spieszę, ale nie mogę się już doczekać, by wyjść na szlak. Przed siódmą wychodzę z pensjonatu i powoli zmierzam w stronę Lubonia Wielkiego, który widać z daleka. Szlak delikatnie się wspina, potem ta jego delikatność gdzieś zanika, ale nadal jest pod górę. Dwadzieścia minut przed szczytem dzwoni Iza, kilkadziesiąt oddechów później jesteśmy już we troje i żwawym krokiem przed dziewiątą czerwoną kropkę osiągamy już wspólnie. U stóp schroniska jemy śniadanie, pamiątkowa sesja foto i schodzimy dodatkowe pięć kilometrów do samochodu. Odjeżdżamy w stronę zachodzącego słońca...*

Nie próbuj, rób albo nie rób, nie ma próbowania.

Refleksja: trasa, która dziś zajęła dwie godziny, dzień wcześniej mogła mnie pogrążyć. Po całodniowej wędrówce, bez możliwości przenocowania na szczycie w schronisku (pandemia), z perspektywą schodzenia po nocy do Rabki? Nie, dziękuję. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść**. To nie wyścig. Nawet z samym sobą. To konsekwentna realizacja założonego planu z dopuszczalnym minimalnym marginesem błędu. Może boleć, ale ma być radość, a nie stroszenie piór i robienie czegoś dla statystyk. Życie ludzkie dzieje się tylko raz i dlatego nigdy nie będziemy mogli stwierdzić, która z naszych decyzji była słuszna, a która zła, ponieważ w danej sytuacji mogliśmy decydować tylko jeden raz. Nie dano nam żadnego drugiego, trzeciego, czwartego życia, abyśmy mogli porównać konsekwencje różnych decyzji. Ufam jednak, że podjąłem dobrą decyzję odkładając w czasie epilog tej historii.

Garść liczb:
Bielsko-Biała Straconka - Schronisko Leskowiec ok. 37 km
Schronisko Leskowiec - Myślenice ok. 51 km 
Myślenice - Mszana Dolna Zarabie ok. 39 km
Mszana Dolna Zarabie - Luboń Wielki ok. 7 km (+ok. 5 km do samochodu).
Nie wiem dokładnie ile przeszedłem od kropki do kropki, ale... nie jest to istotne. Ważna była sama droga. Moja obecność na niej i jej obecność we mnie.

Garść podziękowań:
Kasi - gdy dziewięć lat temu maszerowaliśmy na Hrobaczą Łąkę, objuczeni jak dromadery słodkim ciężarem Dziewczynek, nawet nie sądziłem, że tyle przyjdzie mi czekać, by tu wrócić. Gdzieś wtedy też zaczął się mój górski comeback. Dziękuję za zielone światło dla tegorocznej przygody.
Marysi i Izie - za telefony, kanapki, transport i towarzystwo na trasie ostatniego dnia. Świadomość, że na szlaku czeka na Ciebie bratnia dusza, która rozmową odwróci twoją uwagę od trudów wędrówki i podzieli je z tobą - bezcenna.
Tomkowi, oraz Jasiowi z Wiktorem - za rekonesans początkowych odcinków. Zarazem ten grudniowy z Tomkiem, oblodzony i śnieżny, z którego odbierał nas Michał, jak i ten z chłopakami z końca maja, deszczowy i mglisty - obydwa wniosły w tę wędrówkę pewność i spokój, tak potrzebne w nieznanym terenie. Dziękuję, że zechcieliście być częścią tego projektu.
Gosi i Laurentowi - za gotowość wyjścia z kokonu urlopowego komfortu i ofertę przyjazdu, oraz zainteresowanie ;-)

Za sms-y, telefony, trzymanie kciuków i... zaproszenie na szarlotkę ;-)  
Tak się kończy dzisiejszy nieporadnik beskidzki nomady bez ogłady. Korzystajcie z moich doświadczeń, ale poszukajcie własnej drogi. Ta zawsze smakuje lepiej ;-)

---



 * No dobrze. Do zachodu słońca zostało osiem godzin, ale pasował mi do opowieści ;-)
** Tak, wiem. Przepraszam.
 
PS Cytaty pożyczone oczywiście od mistrzów Zbigniewa,  Yody i Milana  ;-)

poniedziałek, 27 lipca 2020

Eryngium maritimum

Ciepły piasek miękko otulający stopy. Szum morza przynoszący ukojenie rozbieganym od dłuższego czasu myślom. Spokój niesiony delikatną bryzą nieśpiesznie przewracającą kolejne kartki zakurzonej do wczoraj powieści o czasach, gdy słowo "przyjaźń" miało jeszcze treść i sens. Smak gofrów, który w innym miejscu, w innym czasie i w innym gremium będzie tylko smutną wypadkową połączonych proporcji mąki, mleka i cukru, pozbawioną subtelnej nuty sumaryczności. Nasze "mogę", a nie "muszę". Tu i teraz. Dzisiaj zbudowane puentą dnia poprzedniego, wyglądające z pokorą brzasku kolejnego jutrzejszego wczoraj. Z planami na pojutrze z tyłu głowy.


Spokojnego urlopu Kochani. Sobie i Wam ;-)