niedziela, 18 lutego 2018

Step by step ;-)

Serdeczne podziękowania dla pani Magdaleny, pana Janusza i pana Marka za przekazane darowizny, które zasiliły Julcine subkonto w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą". Wpłacone pieniądze dołożymy do kwoty przeznaczonej na refundację wakacyjnego turnusu rehabilitacyjnego w Ośrodku "Neuron" w Borach Tucholskich :-)
Ferie zimowe (podobnie, jak okres wakacyjny) są dobrym czasem na realizację takiego czternastodniowego planu turnusowego, ponieważ ani Julka, ani Mama nie zaniedbują swoich obowiązków szkolnych. Nie inaczej było i tym razem ;-) Dziewczyny dzielnie ruszyły na północ, uzbrojone w dwutygodniowy zapas sił i cierpliwości, a Tata - z braku urlopu - został na Śląsku, pilnując, by mieszkanie zbytnio się nie wychłodziło i tylko okazjonalnie wyruszał w ukochane góry ;-)

Jako, że w czasie niepogody Mamy się nudzą, a ta za oknem w Borach Tucholskich nie rozpieszczała, przed Wami filmowy owoc kilku zimowych wieczorów ;-)

Panie i Panowie: Premiera! :-)


Bardzo dziękujemy wszystkim terapeutom, którzy prowadzili Julkę przez ostatnie dwa tygodnie w Małym Gacnie :-) Wracamy już w wakacje!

Podziękowania również wszystkim naszym Darczyńcom. To dzięki Wam i Waszym darowiznom, oraz przekazywanym co roku 1% podatku Jula może korzystać z takich turnusów. Ten zimowy - warte podkreślenia  - w całości został sfinansowany z środków zebranych na Julcinym subkoncie :-)

Z projektem tegorocznej 1% ulotki niektórzy z Was mogli się już spotkać, gdyż od jakiegoś czasu krąży nie tylko po Śląsku :-) 

Każdego, kto ma chęć i możliwość w imieniu Julki rozdysponować wśród przyjaciół taką prośbę , zapraszam do kontaktu osobistego, lub przez zakładkę na tym blogu. Trochę nam jeszcze ich zostało ;-)

ps. Zdjęcia wykorzystane w tegorocznych ulotkach pochodzą z marcowej sesji na Zamku Lubliniec i są autorstwa nieocenionej Czesi Włuki. To otwierające dzisiejszy post również :-*

sobota, 3 lutego 2018

Gambit gliwicki ;-)

Z Gliwicką Parkową Prowokacją Biegową związani jesteśmy od jej pierwszej edycji, tj. od stycznia 2014 roku.
Dla niewtajemniczonych - jest to cykliczna impreza sportowa, na której raz w miesiącu spotykają się biegacze i miłośnicy nordic walking, by powalczyć ze swoimi słabościami i współzawodnikami na trasie,  ale przede wszystkim "dać się sprowokować do walki z lenistwem". Impreza godna polecenia zarówno początkującym adeptom sportowych zmagań, jak i starym wyjadaczom, którzy na niejednej trasie kosztowali smak połykanych kilometrów.
Dla wtajemniczonych - absolutny must have w kalendarzu, okazja do spotkania znajomych i przyjaciół, oraz comiesięczna gwarancja pięknej pogody ;-)

Tegoroczne styczniowe zawody były wyjątkowe pod wieloma względami. 
Primo: padł rekord frekwencji - polanę odwiedziło prawie sześćset osób.
Secundo: wśród tego tłumu debiutowała ciocia Agnieszka, która jeszcze kilka miesięcy temu zarzekała się, że nigdy przenigdy, że bieganie to nie dla Niej, etc., etc. ... :-)
Tertio: rzeczona przywiozła ze sobą kilkuosobowy team, również zaczynający przygodę z gliwickim cyklem, oraz zabrała na trasę nieprzekonaną do biegania w terenie mamę Kasię, co zaowocowało u zabranej kolejnymi planami biegowymi ;-)
Quarto: cichym bohaterem tego dnia była... Julka, której to styczniowa odsłona zawodów była dedykowana :-)

Julka w towarzystwie siostry i taty pokonała samodzielnie jedno, ponad czterokilometrowe okrążenie. Naturalnie po obowiązkowym "zrobisz mi zdjęcie tato?" -  krótko po starcie - skończyło się bieganie i już do końca trasę pokonywaliśmy marszem. Zmotywować tego małego uparciucha do zrobienia następnego kroku, a potem jeszcze do kolejnego i kolejnego... to wyzwanie iście Heraklesowe. Nie obyło się bez próśb i gróźb ("Tato nie śpiewaj już. Już będę szła" ;-) ), ale jakoś udało się dotrzeć do końca. Niemal tradycją już staje się, że na ostatnich kilkudziesięciu metrach Julkę przejmuje Jej ojciec chrzestny, po czym "kropkę nad i" stawiamy już razem. Dzięki Irek, że zawsze  poświęcasz swoje cenne minuty z wyniku i dzielisz ze mną przyjemność obserwowania autentycznej radości, z jaką ten mały urwis przekracza linię mety :-)
Na finiszu czekało na Julkę owacyjne przyjęcie, mama i Piotrek Pacuła z niespodzianką ;-) Jeszcze raz bardzo dziękujemy ;-)

Podziękowania również Andrzejowi Szelce i całej ekipie AKMB Pędziwiatr Gliwice za zaakceptowanie pomysłu na event i bezinteresowną pomoc przy jego organizacji :-)

Ponadto ukłony w stronę Marysi, Agnieszki, Kasi, Zosi i Irka za start w "Julcinych" koszulkach - fajnie było być mijanym na trasie przez tak oznakowany team ;-)

Wdzięczność także za wszystkie słowa wsparcia i pozdrowienia  na trasie: od znajomych i nieznajomych kibiców Julcinej sprawy :-)

Dziękuję wszystkim, którzy przygarnęli Julciną ulotkę, widziałem, że niektórzy z was brali więcej - super, niech trafią w dobre ręce (jakby ktoś potrzebował, to jeszcze mamy) ;-)

Jasiowi za drożdżówki i Marcinowi za długopisy - pracować z Wami, to czysta przyjemność :-)

Na koniec - niemniej ważne - podziękowania dla wszystkich przyjaciół, którzy z różnych istotnych przyczyn nie mogli być tego dnia obecni w parku. Pomimo fizycznej absencji, czułem Wasze duchowe wsparcie ;-*

Ten wspólnie spędzony czas był dla mnie ogromnie ważny, ponieważ wpisywał się w założenie, jakie postawiłem przed sobą kilka lat temu. Oswajanie Julki z szeroko rozumianym  światem i tegoż świata z niepełnosprawnością, innością, odmiennością w ogóle. Integracja - słowo klucz do tego styczniowego przedpołudnia. Jestem przekonany, że obie strony skorzystały i będzie to długofalowa osmoza ;-)
 
ps. po zawodach zostało sporo drożdżówek  - nie zmarnowały się - zostały zawiezione dla dzieciaków z domu dziecka  w Knurowie :-)

wtorek, 30 stycznia 2018

Nobody's perfect ;-)

Za oknem noc spowija miasto, w pustym domu ciszą wybrzmiewa nieobecność wypoczywających na feriach dzieci, kubek ulubionej czarnej herbaty w zasięgu ręki - niechybne to znaki, że czas najwyższy siąść do klawiatury i ubrać w słowa rozbiegane myśli...
Ot, rąbek tajemnicy warsztatu uchylony (zwłaszcza herbata jest tu kluczowa ) ;-)

Kończy się kolejny pierwszy dzień reszty naszego życia. Jaki był? "Co darował, co wziął? Czy mnie wyniósł pod niebo, czy rzucił na dno?"  Czy mogę spojrzeć w lustro bez śladu cienia na twarzy, z poczuciem dobrze wykorzystanego danego mi dziś czasu? W sensie czysto ludzkim. Wiem, sporo pytań, nawet jak na styczniowy wieczór... 
Przyjdzie czas i na odpowiedzi.

Miniony weekend uświadomił mi, co tak naprawdę jest ważne w moim życiu. Wolność, miłość, przyjaźń. Dokładnie w tej kolejności. Pachnie banałem? Niech pachnie.

Wolność. To stan umysłu. To pot spływający cienką strużką po plecach. To ból rodzący się w nogach z każdym przebytym kilometrem. To "niebo do wynajęcia, niebo z widokiem na raj". Nawet jeśli czasem zajdzie mgłą i trzeba zawrócić spod szczytu, to nadal to samo niebo dające wolność.

Miłość. To przerażająca bezsilność dzielącej odległości. To kołatanie w głowie i troska o pewną rękę i bystre oko nomen omen niedzielnego kierowcy*. To zaskakujące odkrycie utwierdzenia się w pewności wyboru dokonanego dawno temu.

Przyjaźń. To wspólnie spędzony czas. To rozmowy zamknięte w ścianach szklanki i pod sufitem nieba. To brak kalkulacji i obserwacje "spod zamarzniętych powiek". To wreszcie akceptacja wad własnych wrodzonych i weto wobec nabytych.

Właściwie siadałem do posta z zamiarem napisania o czymś zupełnie innym, o weekendzie poprzedzającym moją w/w iluminację, ale wyszło jak zwykle - pod prąd. Obiecuję, że wrócę do tego w najbliższym czasie.

(fot. Jacek Kołodziej - dzięki Jacku za zielone światło :-) )

ps. A cienie czające się dziś w lustrze?  Owszem, były. Zawsze tam są. Mrok schowany głęboko pod powierzchnią lodowego błękitu. Nikt nie jest doskonały. Hmm...


*wszak podroż odbyła się w niedzielę, a kierowcą jesteś powiedzmy... poniedziałkowym ;-p

czwartek, 11 stycznia 2018

Mikropolaryzacja i inne trudne słowa ;-)

Witajcie w nowym roku ;-) 
Stymulujemy mowę u Julki. Prądem. 
Nie, nie - spokojnie ;-) To nie jest szalona wizja Wiktora Frankensteina, tylko metoda, której początki sięgają jeszcze lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.
Za nami pierwszy cykl zabiegów mikropolaryzacji w katowickiej VojtaVicie. Julka znosi je całkiem nieźle, a nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że je lubi ;-)
Ciekawi jesteśmy efektów, ale na te będziemy musieli trochę poczekać, gdyż przed Julą jeszcze dwa cykle w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. Pożyjemy - zobaczymy. Może nawet usłyszymy :-)

Dziś Julka skończyła 11 lat. Obudziliśmy Ją rano gromkim "sto lat!". Mama udzielała się wokalnie, a tata do śpiewu dołożył nieudolny akompaniament na gitarze, którą dostała w prezencie urodzinowym. Carlos Santana może się schować. Przynajmniej w Jej oczach 8-)
Nie jest to pierwsza gitara Julki. Męczyła nas o nią dobre pół roku, a nie należy do osób, które zachwycają się wszystkim i wszystko chcą mieć (vide Zosia). W grudniu Mikołaj "przyniósł" Jej kopię Ibaneza. Niestety skończyła żywot po dwóch (sic!) tygodniach. Zostały po niej zdjęcia, połamany gryf i nauczka, by nie siadać w fotelu bez uprzedniego sprawdzenia dostępności siedziska ;-)
Liczę, że dzisiejszym prezentem nacieszy się dłużej, a jeżeli nie - przeżyję - kalendarz pełen jest nadchodzących okazji: Walentynki, Dzień Kobiet, Wielkanoc, Dzień Dziecka, Dzień Wioślarza - wiecie o co chodzi ;-)
Najlepsze prezenty, to takie bez okazji, a Ona sama w sobie jest Okazją, więc why not? :-)

Czego można Jej życzyć? Przede wszystkim zdrowia. Jeśli ono dopisze, to na wszystko przyjdzie czas. Na elek­tro­sty­mu­la­cję prze­zczasz­ko­wą, która dzia­ła mo­du­lu­ją­co na pro­ce­sy sy­nap­tycz­ne i po­za­sy­nap­tycz­ne w za­kre­sie fi­zjo­lo­gicz­nych gra­nic i wspo­ma­ga na­tu­ral­ne spon­ta­nicz­nie prze­bie­ga­ją­ce pro­ce­sy nor­ma­li­za­cji aktywacyjnej również* :-)

Udanego roku dla Was Kochani i do "przeczytania" niebawem :-)


ps. Koniec roku pożegnaliśmy koncertowo, drugi rok z rzędu w Filharmonii Opolskiej. Okazją do tego był występ artystów ze Studio Accantus, których obserwujemy od kilku już lat na YouTube. Muzyka na żywo w wykonaniu Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Opolskiej pod batutą Przemysława Neumanna - ciary. Zobaczyć i usłyszeć ulubieńców z perspektywy pierwszego rzędu - bezcenne.  
Za wszytko inne zapłaciliśmy kartą wiadomej spółki bankowej ;-p
;-)

*stąd

piątek, 17 listopada 2017

Matematyka stosowana, czyli niepoliczalna wartość dodana ;-) *

*Albo brak pomysłu na tytuł posta... ;-)

Na stronie fundacji, która prowadzi Julcine subkonto można znaleźć dziwne działanie matematyczne. Według postawionej tam tezy, jeden równe jest stu.  Obserwując, w jakim zakresie rozliczyliście się w tym roku z rodzimymi urzędami skarbowymi, jako beneficjenta swojego 1% wskazując Julkę - nie sposób się z tym równaniem nie zgodzić ;-) Hmm... Jeszcze wrócimy do tego ;-)
Procedura od lat jest niezmienna. Rozliczacie się w swoich fiskusach najpóźniej do majówki. Wskazujecie wybraną przez siebie organizację, lub spersonalizowany cel, na który przekazujecie swój 1% podatku dochodowego. Wasze macierzyste skarbówki, zwykle z ostatnim dniem lata przesyłają dane do urzędów skarbowych, pod które podlega wybrana przez Was OPP. Tutaj w końcu wszystko przyśpiesza, dane z dysków są księgowane, by na przełomie października i listopada trafić na konkretne, indywidualne subkonta w fundacji. Pół roku oczekiwania w telegraficznym skrócie...
Tak, wiem - długą drogę musi przejść przekazany przez Was 1% zanim  trafi do miejsca docelowego, ale przy tak drobiazgowych, krzyżowych kontrolach, mamy pewność, że każda złotówka zostanie prawidłowo zaksięgowana. Potem tylko trzeba wykazać przed fundacją, że cel na jaki zamierzamy spożytkować wnioskowaną kwotę, służy pomocy i ochronie zdrowia osoby, na którą wystawione jest subkonto.
Julka zwykle jeździ na kosztowne turnusy rehabilitacyjne, co jest celem samym w sobie i nie wymaga jakiś większych uzasadnień. Korzysta w tych turnusów - podkreślę to raz jeszcze - właśnie dzięki Waszej hojności, przekazywanym wspomnianym 1%, oraz darowiznom. 
Z darowiznami droga jest prostsza. Omija całą tą półroczną, urzędniczą machinę i Julka może od razu z nich korzystać. Nie ma ich dużo, ale mamy swoich stałych darczyńców, takich Dobrych Aniołów Stróżów, którzy niejednokrotnie chcą pozostać anonimowi i "niewytykani" z nazwiska na tym blogu, a którym to bardzo, bardzo dziękujemy :-*
Zazwyczaj pod koniec roku wypuszczamy kalendarzyki z namiarami na Julkę i z prośbą o przekazanie 1%. Uderzamy gdzie możemy - do rodziny, przyjaciół, znajomych, znajomych znajomych ;-)
Wielka buźka dla tych, którzy w tym roku pomogli nam rozdysponować te limitowane kalendarze ;-*
Podziękowania również dla tych wszystkich, którzy w każdy inny sposób przyczyniają się do tego, by o Julce świat nie zapomniał: wszelkie udostępnienia, "lajki", komentarze w świecie wirtualnym, summa summarum prowadzą do pozyskania potencjalnych, nowych przyjaciół Julcinej sprawy :-)
Niewiarygodnie dobrą robotę zrobił też w październiku ubiegłego roku, przyjazd do Gliwic biegającej ekipy Spartanie Dzieciom. Dzięki zaproszeniu Fundacji Bieg Rzeźnika mogli zrobić dla Julki niesamowite show, które odbija się szerokim echem także i w roku obecnym. Podziękowania dla wszystkich biegających przyjaciół :-)

W tym roku, swój 1% na Julciną rehabilitację zdecydowały się przekazać osoby i firmy rozliczające się w organach podatkowych w - tu polecę kluczem alfabetycznym - Białogardzie, Bielsku Białej, Brodnicy, Bydgoszczy, Bytomiu, Chorzowie, Chrzanowie, Częstochowie, Działdowie, Garwolinie, Gliwicach, Grodzisku Wielkopolskim, Katowicach, Kędzierzynie Koźlu, Kluczborku, Krakowie, Lesznie, Lublińcu, Łodzi, Malborku, Mikołowie, Myśliborzu, Oleśnie, Oleśnicy, Ostrołęce,  Pruszkowie, Raciborzu, Rybniku, Siemianowicach Śląskich, Strzelcach Opolskich, Szczecinie, Szczytnie, Tarnowskich Górach, Tczewie, Toruniu, Tychach, Warszawie, Wieliczce, Wodzisławiu Ślaskim, Wolsztynie, Wrocławiu,  Zabrzu, Zamościu, Zawierciu i Zielonej Górze

Z całego serca, w imieniu Julci i własnym - DZIĘKUJEMY! :-* 

Osobne podziękowania dla Darczyńców z Krakowa, Wieliczki, Łodzi, Lublińca, Katowic i Gliwic :-)
 
Czasem nam się wydaje, a co tam moje dwadzieścia groszy, czy złoty pięćdziesiąt wniesie? Wierzcie mi - dużo. To jest właśnie ta niepoliczalna wartość dodana. Ta niemierzona złotówkami, tylko usprawnieniem, a co za nim idzie - normalnym funkcjonowaniem w codziennym świecie. Tak to widzę.

ps. 

;-)

czwartek, 12 października 2017

"Cicho potok gada, gwarzy pośród skał..."

Bieszczady mają w sobie coś magicznego. Coś, co sprawia, że chce się tam wracać. Jakąś taką nieuchwytną nić, która, gdy raz zaczepi się o Twoją duszę, trzyma już zawsze. 

Dla nas okazją do powrotu w te czarowne strony (czwarty raz w tym roku?),  był niedawny ultraMaraton Bieszczadzki i imprezy mu towarzyszące, w których wzięliśmy rodzinnie udział. Dziewczynki wystartowały w biegu dla dzieci, mama debiutowała  na dystansie czternastu kilometrów (który bez większego marudzenia przeczłapała [uparcie twierdzi, że przebiegła 8-)] w określonym regulaminem limicie), a nad wszystkim czuwali dziadkowie, bez których ten wyjazd w ogóle nie doszedł by do skutku - dziękujemy ;-*


 Mina zwycięzcy ;-)
 Bifröst :-)
 Kto skoczył najwyżej? 8-)
 Spotkana na mecie ciocia Eliza z Fundacji Spartanie Dzieciom ;-*
(fot. Piotr Pawlak - dziękujemy!)
 "By się pozbyć złych humorów
robię zupę z muchomorów" ;-p
Daleko jeszcze???
 Nie, nie daleko...
(fot. Madzia Bogdan  - fajnie było Cię spotkać po przeszło dwóch latach)
Daleeeko jeszcze????
 Już ;-)


Dobrze było zobaczyć znajome twarze, pokibicować "swoim" w deszczu, spotkać przyjaciół, poczuć atmosferę wielkich zawodów i oddech jesieni nadciągającej od wschodu ;-) 
 Piątki mocy!
:-*
Nasz weekend w Bieszczadach, to poza zaplanowaną aktywną sobotą, również nie mniej leniwa niedziela. Niesamowita cerkiew w Górzance z trzystuletnim dębem, wizyta na zaporze wodnej w Solinie (z wszechobecnymi straganami), prawdziwy niedzielny obiad w rewelacyjnej Chacie Starych Znajomych nieopodal Sanoka (fuczki palce lizać, a barszcz, czy pierogi z czosnkiem niedźwiedzim  - poezja). A gdy zapadł zmrok? Wieczór gier rodzinnych i w drodze powrotnej kibicowanie biało czerwonym. Nawet tradycyjny korek przed Krakowem, sięgający po gasnący w zachodzącym słońcu horyzont, jakoś żwawiej zleciał przy radiowej transmisji ;-)
Akumulatory naładowane. Przy jesiennej słocie szybciej ich energia się wyczerpie, łatwiej też spada odporność na świat, na ludzi, więc dobrze mieć ukryte rezerwy ;-) Czego i wam życzę.

niedziela, 3 września 2017

Lato, echże ty...

Witajcie tuż przed pierwszym szkolnym dzwonkiem - cali i zdrowi, bogatsi o nowe doświadczenia i przygody, meldujemy się wraz z pierwszą wrześniową słotą i obiecujemy więcej nie znikać na tak długo.

Początek wakacji Dziewczynki przywitały na rewelacyjnych półkoloniach w szkole tańca Let's Dance w Gliwicach. Tydzień wypełniony miały wszelakimi atrakcjami ćwicząc ciała i umysły podczas zajęć, poznając bliższą i dalszą okolicę przy okazji wycieczek tematycznych, a przede wszystkim świetnie bawiąc się w gronie rówieśników. Do dziś nie wiemy jakim cudem udało się zapanować opiekunom i animatorom nad naszymi dwoma Żywiołami ;-)

Lipiec  - jak każdy lipiec od kilku lat - spędziliśmy nad morzem. Precyzując: Dziewczynki pojechały z dziadkami, mama dojechała po dwóch tygodniach (wcześniej ładując akumulatory przed ważnym egzaminem w dzikich zakątkach Bieszczadów i na Babiej Górze), a tata z pasją wyprowadzał kraj z kryzysu i pojawił się w ukochanym Kołobrzegu zaledwie na kilka godzin w ostatnią niedzielę miesiąca...


Pomachawszy Bałtykowi i naszym kołobrzeskim przyjaciołom, udaliśmy się niezwłocznie w kierunku kolejnego powtarzającego się od kilku lat celu naszych wakacyjnych wojaży - Borom Tucholskim. 
Sierpniowe niebo rozpieszczało nas, zmuszając do aktywności na poziomie leniwego ślimaka, topniały stosy przywiezionych ze sobą książek. Zosia pod czujnym okiem taty szlifowała nowo nabytą umiejętność jazdy na rowerze, oraz umysł przy grze królów, a Jula w tym czasie ciężko pracowała podczas zajęć na turnusie rehabilitacyjnym.






Czas sączył się leniwie, niepostrzeżenie przesypując ziarenka piasku w klepsydrze i zanim się spostrzegliśmy, już trzeba było wracać do rzeczywistości. 
Bardzo spokojne, nieprzeładowane atrakcjami, nastawione na leniuchowanie wakacje. Taki mieliśmy pomysł na ten czas. Dużo słońca, dużo świeżego powietrza i dużo wolniej, niż zazwyczaj. Trzy razy D: vit.D, durś na polu i... despacito ;-)

ps. Zdjęcia strona fb  Let's Dance i nasze ;-)