sobota, 6 września 2014

Funny Horse - hipoterapia

Od początku wakacji bierzemy udział w zajęciach z hipoterapii organizowanej przez Fundację Funny Horse  prowadzoną przez państwo Żanetę i Łukasza Pluta ze Starej Kuźni k/ Kędzierzyna Koźla. 
Od pierwszych zajęć  towarzyszy nam iście rodzinna atmosfera, pełen profesjonalizm, zaangażowanie i co równie istotne - niegasnący uśmiech :- )

 

W ramach tego samego projektu dzisiejszy dzień spędziliśmy na festynie, którego tematem przewodnim był oczywiście... koń ;-)
 Tworzyliśmy plakaty (tata trochę pomagał... ;-) ), jeździliśmy bryczką, słuchaliśmy wykładu pana leśniczego, a na koniec stworzyliśmy samodzielnie koszulkę z motywem przewodnim ;-)
W wolnych chwilach Jula  rzucała patyk psu, a ten dzielnie wskakiwał po niego do pobliskiego stawu. Kto by pomyślał, że tak prosta zabawa może przynieść tyle radości, a sam moment, w którym Jula wybuchała śmiechem na widok otrzepującego się z wody psa - bezcenny.
 
To było pożegnanie lata w iście królewskim stylu. Dziękujemy!

niedziela, 24 sierpnia 2014

Neuron Małe Gacno - wspomnienie z turnusu

Serdeczne podziękowania na ręce Pana Wojciecha Adamczewskiego, za przekazaną  na Julcine subkonto darowiznę. Zaksięgowana kwota już znalazła swoje przeznaczenie - dołożymy ją do przyszłorocznego, zimowego turnusu w Małym Gacnie. Jeszcze raz bardzo, bardzo dziękujemy w imieniu Julci :-)

Małe Gacno - położone w sercu Borów Tucholskich. Cisza, spokój - wymarzone warunki do rehabilitacji. W tym roku "Neuron" przywitał nas po raz drugi. Po rewelacyjnym turnusie w zimie, przyszła pora na letnią wyprawę i... znów niczym nas nie zaskoczono :-) Tak samo dobra rehabilitacja, opieka, kuchnia... ;-)

Rehabilitacja ruchowa pod czujnym okiem pani Pauliny - dziękujemy!
 
Hipoterapia z paniami: Kasią i Anią.
 
Fawor - oaza cierpliwości (jak i pan Tomek ;-) ) 
 
Terapia wzroku, terapia zajęciowa, praca nad motoryką małą, zajęcia z panią psycholog, odwiedziny alpak - każda położona cegiełka tworzy mocny mur.
PS Nasz nowy zakup. Jula z miejsca pokochała jazdę. Niestraszne były nam ostępy leśne, bezdroża, łąki. Łapiemy formę przed jesienną słotą :-)
 
 
 
A na deser Zosia podczas lekcji Nordic Walking - prowadzonej rzecz jasna przez Tatę ;-)
 
 

czwartek, 19 czerwca 2014

Zaździerz „12 Dębów”

Kochani - za nami turnus rehabilitacyjny w rewelacyjnym ośrodku „12 Dębów” w Zaździerzu k/ Płocka. Bez Waszego wsparcia, bez Waszego daru 1%, nie było by nas na tym turnusie - dziękujemy :-) Pisałem w poprzednim poście o ogromie zajęć, jakie objęły Julcię, więc nie będę się powtarzał, ale w tym miejscu podziękuję wspaniałym terapeutom, którzy z Nią pracowali.
Pani Agnieszka - zajęcia na basenie to była wspaniała przygoda!
Pani Marta - rehabilitacja ruchowa.
Pani Ola - terapia ręki i zajęcia na sali doświadczania świata.
Pani Ania - popołudniowy blok ćwiczeń na sali.
A także pani Basia - zajęcia logopedyczne, panie pedagog Aga i Ania, pani Dorota z SI.
Dwa tygodnie zleciały nam bardzo szybko, nie mieliśmy wiele czasu na leniuchowanie, a wolne chwile spędzaliśmy wspólnie na spacerach, zabawach, wycieczkach rowerowych i krajoznawczych ;-)
 
 
Tutaj ćwiczymy Nordic Walking :- )
 
 Tu z Marcinem na wspólnej wyprawie rowerowej :- )
 
Tutaj w szerszym gronie -  mm, Lusi, Lisu i dzieciaki :-)
 
A za to zdjęcie Aniakowa powinna dostać nagrodę - uchwycić w kadr taką chwilę i zapisać ją na zawsze na kliszy - zwłaszcza, gdy się robi to bez okularów... Bezcenne! :-)
Dziękuję wszystkim współturnusowiczom za świetną atmosferę, a szczególnie Lusi za wspólną podróż i treningi. Naładowałem akumulatory! :-)
Dziękuję za nowe znajomości... ;-)
W drugim tygodniu turnusu odbył się pomarańczowy zlot. O nim szerzej w następnym poście ;-) 
 
PS Zdjęcia z różnych nośników, jedne moje, inne ,,pożyczyłem" od Marty i Michała :-)

sobota, 31 maja 2014

Turnus w Zaździerzu - półmetek

Za nami pierwszy tydzień pobytu Julci na turnusie rehabilitacyjnym w ośrodku ,,12 Dębów'' w Zaździerzu. Czas płynie nam tu niesamowicie szybko.  Julia poza rehabilitacją w wodzie i ćwiczeniami ogólnousprawniającymi, ma także zajęcia z panią pedagog, panią logopedą, integrację sensoryczną, terapię ręki oraz salę doświadczania świata ( na której to ostatnio śpiewała do mikrofonu ,,Dzisiaj w Betlejem''... ;-)  ).
Jedne zajęcia gonią drugie, a czas wolny staramy się również spędzać aktywnie. Korzystamy z dobrodziejstw słonecznych promieni i kręcimy się po okolicy na rowerze, a nawet - co jest moim priorytetem w tym roku - oswajam Julę z kijami Nordic Walking. Za nami pierwsza lekcja. Pełna zabawy, śmiechu, ale też ciągłego upominania ,,Jula nie biegamy z kijami''. Będzie ciężko. Dużo pracy, czasu i hektolitry cierpliwości trzeba będzie w to włożyć, ale... widzę możliwości :-)  W myśl zasady, że kto chodzi w ogóle, równie dobrze może chodzić z kijami ;-) 









 
PS Pozdrawiamy z półmetka ;-)


środa, 7 maja 2014

"Podróż za jeden uśmiech" - retrospekcja

W kwietniu wybrałem się z Julą do Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 7 w Gliwicach (czyli do Jej potencjalnej przyszłej szkoły) na coroczną zabawę integracyjną. W porównaniu do zeszłego roku tej wizycie nie towarzyszyły już żadne obawy, czy jakakolwiek niepewność z mojej strony. Podszedłem do tematu zadaniowo. Przyjść, dobrze się bawić z Julą i dopilnować, by  i Jula dobrze się bawiła z tatą i innymi uczestnikami zabawy ;-) Oczywiście nie musiałem jej namawiać nawet przez chwilę ;-)
 
Organizatorki zadbały o świetną - prawie rodzinną atmosferę, co z resztą chyba widać na zdjęciach, które "ukradłem" ze strony szkoły ;-) 
 
 




 
Staram się na razie za bardzo nie wybiegać myślami w przyszłość. Czas pokaże, czy Jula będzie kończyć tę szkołę, czy inną (alternatywy za bardzo nie ma). Jasne, że gdzieś tam z tyłu głowy kołacze się świadomość, że może jeszcze rok, może nieco więcej - trzeba będzie pożegnać to, co znamy i wyruszyć na wyprawę w nieznane. Ale jeszcze nie teraz...
 
PS Pozdrawiam przedturnusowo :-)

czwartek, 10 kwietnia 2014

Pięć, czy sześć...

Dziś trochę egoistycznie - o sobie :-)
Do napisania poniższego tekstu skłoniła mnie niedawna wizyta w mojej rodzimej MBP. Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, ale okazuje się, że biblioteki są zamykane. Zwłaszcza te dziecięce. Z jednej strony niby społeczeństwo wiecej czyta (wbrew powszechnym opiniom, że książki są tylko kupowane i odkładane na regał), z drugiej (widzę to po sobie, po swojej rodzinie) przestaliśmy korzystać z dobrodziejstw bibliotek. Staliśmy sie zamożniejsi i wygodniejsi. Kupujemy w księgarniach, w internecie, dla siebie, na zawsze. Owszem są takie pozycje, do których się wraca, ale ile książek zalega nam na półkach, przeczytane raz tylko, tego chyba nikt nie zliczy. Biblioteka to nie tylko miejsce, w którym można wypożyczyć książkę, ebooka, czy prasę. To serce kulturalne dzielnicy.
Kilka lat temu zapisałem Julę do tej właśnie biblioteki, pora na Zosię. Jasne, samo zapisanie nie wystarczy - trzeba chodzić regularnie. Powiem Wam, że jako element składowy wychowania i edukacji dziewczynek, to jest całkiem niezły plan  na najbliższy czas. Jeżeli będzie dobrze wykonany, być może i na resztę Ich życia.
 

 

Pięć najważniejszych książek mojego dzieciństwa

(z komentarzem)

 

Gdy miałem cztery lata, rodzice zapisali mnie do Miejskiej Biblioteki Publicznej, mieszczącej się obok szkoły podstawowej, do której chodziła moja starsza siostra, a później również i ja, z drugą siostrą – bliźniaczką. Zapewne przy okazji zapisywania starszej córki, zdecydowali za jednym zamachem zapisać pozostałe dzieci. Chwała im za to.

Dość szybko nauczyłem się czytać. Mając sześć – siedem lat czytałem już bardzo składnie i co ważne, lubiłem to robić. W domu zamiłowania do książek nikt nie negował, chociaż nie pamiętam rodziców z lekturą w ręku. Być może lata osiemdziesiąte – czas, w którym chodziliśmy do szkoły, a rodzice łapali się wszystkiego, by wykarmić naszą trójkę – nie sprzyjał czytelnictwu w rodzinach robotniczych.

Nie pamiętam pierwszej samodzielnie przeczytanej książki. Mogło to być coś z serii „Poczytaj mi Mamo”, lub jakieś wiersze Brzechwy, czy Tuwima. Pamiętam swoją fascynacje komiksem, która współistniała na równi z zamiłowaniem do książek. „Kajko i Kokosz” Christy, „Tytusy” Papcia Chmiela, „Kleks” Szarloty Pawel, „Binio Bill” Wróblewskiego, czy grafiki Baranowskiego, dały podstawę pod późniejsze przygody z „Yansem”, czy „Thorgalem” Rosińskiego. Gdzieś tam, po drodze „Kapitan Kloss”, który też miał swój epizod w kształtowaniu mojego czytelnictwa.

Pięć najważniejszych książek? Jakimi kategoriami się kierować? Dla każdego, co innego jest ważne.

Bez oddawania palmy pierwszeństwa żadnemu z poniższych tytułów spróbuję wymienić kilka pozycji, które wyryły mi się w pamięci na tyle, że wracam do nich po latach. Są to książki, jakie stoją dziś na półce moich dzieci. Mam nadzieję, że ukształtują Je tak samo, jak ukształtowały mnie.

Astrid Lindgren „Bracia Lwie Serce” – czytana w dzieciństwie, przepiękna opowieść o miłości braterskiej, przyjaźni, lojalności.

Maria Krüger „Karolcia” – bodaj pierwsza powieść fantastyczna, jaka wpadła mi w ręce. Magiczny, błękitny koralik, który spełniał życzenia. Któż nie chciał mieć takiego? Tak jak czarodziejskiego pierścienia z czechosłowackiego serialu „Arabela”.

Jadwiga Hartwig – Sosnowska „Za półką z książkami” – zbiór opowiadań o stworzeniach zamieszkujących nasze domy, pomagających skrycie ludziom w codziennych obowiązkach. Z rewelacyjnymi ilustracjami Jerzego Flisaka.

Anna Lewkowska „Mechaniczny Rycerz” – opowieść o robocie ukrytym w średniowiecznej zbroi, który zostaje wysłany w przeszłość, wprost z XX wiecznego mieszkania polskiego naukowca. Pierwsza moja przygoda z podróżami w czasie.

Hans Christian Andersen – „Baśnie” – grube tomiszcze własności mojej starszej siostry. Pełne niesamowitych krótkich opowiadań, gdzie świat miał dwie barwy: czarna i białą, bez odcieni szarości. Zło było złem, dobro dobrem.

Jan Parandowski „Przygody Odyseusza” – lektura szkolna, do której zawsze lubiłem wracać. Pierwsze zetknięcie z Mitologią i z klimatami awanturniczo przygodowymi.

Tak naprawdę każda z tych książek pozostawiła po sobie ślad. Dała podwaliny po późniejsze zainteresowanie Bahdajem, Nienackim, Niziurskim, Ożgowską, Chmielewską, Musierowicz, później Tolkienem, Sapkowskim, Pratchettem, Lewisem, czy Martinem.

Nadal czytam dużo – różnych rzeczy. Od poezji, po ciężką literaturę faktu. Lubię to.

Ostatnio dzieciom - odkrytą przeze mnie niedawno – Joannę Papuzińską i Jej „Nasza mama czarodziejka”. Dziewczynki są zachwycone. Tata również. Jeszcze wiele do odkrycia przede mną.

Jacek (1977)
 
Ot, taka osobista wycieczka w przeszłość :-)

piątek, 21 marca 2014

Światowy Dzień Zespołu Downa

Za nami obchody Światowego Dnia Zespołu Downa. Nie planowaliśmy w tym roku jakiś szczególnych fajerwerków, ale życie zweryfikowało nasze plany. 
Tym razem World Down Syndrome Day zbiegł się w czasie z organizowanym koncertem charytatywnym Gliwickiego Centrum Edukacyjno - Rehabilitacyjnego, w którego strukturach znajduje się Julcine przedszkole.
Cały dochód z koncertu przeznaczany jest na potrzeby podopiecznych GCER-u, ale nie o same pieniądze tu chodzi. Hasło przewodnie wszystkich dotychczasowych koncertów brzmi "Tu jesteśmy!".
Tu jesteśmy! - pamiętajcie o nas zawsze, nie tylko przy rozliczaniu PIT-ów, raz w roku.  
Tu jesteśmy! - nie omijaj nas wzrokiem. Nie różnimy się tak bardzo od Ciebie.
Tu jesteśmy! - jest w naszym mieście miejsce, w którym spotkasz ludzi potrafiących pomóc Tobie i Twojemu dziecku.
Tu jesteśmy! - ...
 
Tegoroczną gwiazdą koncertu była grupa Mistic. To takie nasze rodzime Backstreet Boys, tylko z mniej skomplikowanym układem choreograficznym... ;-)
Zanim na scenie pojawili się energetyczni* faceci rodem z "Arrow", deski estrady opanowała najmłodsza grupa przedszkolna, w której szeregi na dwa dni przed koncertem została wcielona nasza Julka :-) Dzieciaki dały niesamowity popis, nie było chyba na sali nikogo, komu by się nie zakręciły  w oczach łzy wzruszenia. Czapki z głów przed paniami, które przygotowywały grupę do występu.  Na osobną uwagę zasługuje doskonała dekoracja tła (to pewnie robota pani Agnieszki B. ?).
 
Zostaliśmy chwilę na koncercie, ale że życie - jak to one - gra znaczonymi kartami, zmuszeni byliśmy się ewakuować, bo "posypała" nam się Julka. Ta jak już choruje, to całą sobą.

Z Julą jest tak- zakładam, że z każdym zespołowcem jest tak samo -, że jak coś robi, to tylko na 100%. Tak, jest ze wszystkim, nie tylko z chorowaniem. U Niej nie ma udawanych emocji. Płacz to jest zawsze wielka tragedia, choćby tylko bolało kolano po upadku, albo Zosia coś zabrała... Uśmiech, radość również. Kto chociaż raz widział śmiejącą się Jule, wie o czym mówię... ;-)
 
Zostawiam Was z niesamowitym filmem stworzonym specjalnie na Światowy Dzień Zespołu Downa. Tu też wszystkie emocje są autentyczne.
 
 
 
 
PS Taką piękną niespodziankę zrobiły dziś Julce  (i mnie  :-) ) panie z Jej przedszkolnej grupy. Czasami tak niewielki gest może sprawić komuś mnóstwo radości. Wystarczy chcieć...
 
 
 
 (na "jedenastej" Jula, dalej na prawo zgaduję: p. Władzia, p. Basia, p. Ania, p. Monika)
 
* ;-)