sobota, 18 czerwca 2016

Bieszczadzkie impresje

Kiedy w zeszłym roku wspominałem o moim bieszczadzkim debiucie, w najśmielszych marzeniach nie sądziłem, że tak wsiąknę w te góry. Oczywiście, znałem Bieszczady z kart albumów,  z piosenek Starego Dobrego Małżeństwa, Wolnej Grupy Bukowiny, czy wreszcie harasymowiczowskiej, szeroko pojętej Krainy Łagodności. Pojechałem, wróciłem na Śląsk, ale serce zostało wśród bieszczadzkich buków. 


Maj okazał się łaskawy dla naszych rodzinnych wojaży, ponieważ odwiedziliśmy Bieszczady, aż dwukrotnie. Z początkiem miesiąca spędziliśmy kilka dni, w zapomnianej przez Boga wiosce nieopodal Lutowisk. Podczas gdy Mama Kasia spełniała się w organizowaniu wolnego czasu trójce dzielnych Zuchów, Tata Jacek wespół z resztą dorosłej ekipy przecierał biegowo górskie szlaki. Udało się z Ustrzyk Górnych zdobyć Połoninę Caryńską, następnie odwiedziliśmy osławioną Chatkę Puchatka na Połoninie Wetlińskiej i dalej, zielonym szlakiem przez Małą Rawkę, udaliśmy się na najlepsze pod słońcem naleśniki do bacówki PTTK pod wyżej wymienioną ;-)



Innym razem, pokusiliśmy się o zdobycie Tarnicy -  najwyższego szczytu Bieszczadów po tej stronie granicy. Wybraliśmy trudniejszą,  ale również mniej uczęszczaną (czytaj spokojniejszą) trasę przez Szeroki Wierch. Każda wylana kropla potu, każdy krok wędrówki, warte są widoku, jakim uraczyła nas Królowa. Co prawda pożegnała na odchodne deszczem, ale kapryśność ponoć wpisana jest w majestat ;-)

Cisna i okolice - kolejny cel naszej wędrówki. Wioska cudów. Tu wspinający się niedźwiedź, okazuje się być dumnym orłem*, dzieci modlą się przed pomnikiem poległych milicjantów, a wybierający się po rozkosze podniebienia do najlepszej w okolicy karczmy, może wrócić do domu z dziełem sztuki, nie tylko kulinarnej ;-).

(Tę piękną ramę niestety musieliśmy niestety wymienić na mniej zamieszkaną przez "tykających" mieszkańców. 
Kolejna noc z harcującymi szkodnikami była nie do przejścia ;-) )

Kolejna okazja do odwiedzenia Bieszczadów nadarzyła się kilka tygodni później. W znanym już z poprzedniego wyjazdu składzie, powiększonym o Alę z Rodzicami i grono kilkunastu (co najmniej) przyjaciół i znajomych,  zmierzyliśmy się z własnymi słabościami na trudnych szlakach Rzeźnickiego Festiwalu Biegowego.
Dziewczynki wystartowały w Rzeźniczątku, zasilając ponad czterystuosobową grupę dzieci i młodzieży w różnym wieku.

(Zosia w swojej kategorii wiekowej pokonała siedemdziesiąt metrów po niełatwym trawiastym podłożu)

(Ala przecinała powietrze zwalniając dopiero za linią mety :-))

Jula naturalnie pobiegła ze zdrowymi rówieśnikami na dystansie czterystu metrów. Dotarła do mety jak zwykle ostatnia, ale nie udało by się to, gdyby nie motywacja animatorów biegu i doping zgromadzonej publiczności.

Jeszcze raz wielkie ukłony dla Organizatorów za dopuszczenie Juli do biegu i za ogarnięcie takiej ilości... rodziców ;-) 

Wujek Irek, ciocia Beata i mnóstwo innych nie biegających wcześniej po górach znajomych, debiutowało na prawie trzydziestokilometrowej trasie Rzeźniczka. Inauguracja udana, bo z tego co wiem, każde z Nich wraca w Bieszczady pobiegać jesienią  :-)

Tata w tandemie z ciocią Mi (;-)), podjął próbę zmierzenia się z ponad osiemdziesiąciokilometrowym odcinkiem Biegu Rzeźnika. Nazwa zobowiązuje, więc na trasie czekała na nas prawdziwa "rzeźnia", ale... udało się bieg ukończyć bez kontuzji, z prawie półgodzinnym zapasem przedłużonego limitu czasowego :-)

 (Wprawne oko dostrzeże ubiegłoroczną "Julciną" koszulkę, a także obie Dziewczynki dzielnie podążające za Tatą na finałowych metrach :-) )

Wspaniała przygoda, ale również wielka lekcja pokory. Chapeau bas przed każdym, kto dotarł do mety w podstawowych widełkach czasowych. Gratulacje! :-)

 
Miłość do Bieszczadów udało się zaszczepić także mojej ładniejszej Połowie, więc jesienią wracamy tam znowu! :-)

Pozdrawiamy przedwakacyjnie :-)
 
Ps. Zdjęcia Beata, Kasia, oraz oficjalna strona Biegu Rzeźnika. Ewa dzięki za screen z mety :-)

* ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz