Dzisiaj Julka odebrała statuetkę za dwanaście startów w dwunastej odsłonie Gliwickiej Parkowej Prowokacji Biegowej. Raz w miesiącu zrywamy się w wolną sobotę i jedziemy na leśną polanę, by pokonać dziesiątą część maratonu. Cztery kilometry z okładem, czasem więcej, ale zwykle tyle wystarcza, by aktywnie zacząć weekend i dotlenić organizm. Julka rzadko biegnie. Przeważnie maszeruje w naszym towarzystwie, niesiona dopingiem mijających nas przyjaciół i znajomych. Z wiatrem w zawody idzie tylko na widok obiektywu aparatu ;-) Dedykowane okrążenie kończy na ogół po półtorej godzinie, a jeśli ma dobry dzień, to urwie z tego kwadrans. Wynik adekwatny do kadencji, ale nie ma to dla nas znaczenia. Każdy krok to sekunda życia dłużej, cieszą zatem kolejne przedeptane metry i czas spędzony razem. Nie jest łatwo. Nie mamy w rodzinie tradycji sportowych. Dziadek co prawda grał kiedyś w piłkę z Lubańskim, a tata biegał ultra na limitach, ale to było dawno i w dodatku był młodszy o parę kilo ;-)
Dwanaście startów, to w praktyce dwanaście miesięcy zmagań z własnym lenistwem, wymówkami i ograniczeniami. Ciężko jest rano wstać i zmusić się do wyjścia, zwłaszcza gdy za oknem trzyma tęgi mróz, prognozy straszą deszczem lub żar leje się z nieba. Nietrudno o dezercję. Niemniej staramy się nie odpuszczać i na przekór wszelkim realnym i wyimaginowanym przeciwnościom stawać na linii startu. I nawet gdy Julka zaczyna niemrawo i o każdy kolejny krok trzeba toczyć z Nią boje, to metę zawsze przekracza w stylu godnym czołowych lokat.












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz