czwartek, 19 stycznia 2017

Skok w nowy rok ;-)

Ze starym pożegnaliśmy się fenomenalnym koncertem sylwestrowym w Filharmonii Opolskiej. Jeszcze w październiku  udało mi się kupić cztery bilety w pierwszym rzędzie i ostatnie godziny roku spędziliśmy w towarzystwie niesamowitych artystów ze stołecznego Studia Accantus, którzy od kilkunastu miesięcy towarzyszą nam wirtualnie niemal każdego dnia. Koncert był... zjawiskowy! Dziesięcioro obłędnych solistów, za Ich plecami orkiestra symfoniczna pod batutą genialnego Przemysława Neumanna, a Wszyscy na wyciągnięcie ręki. Dziewczynki były zachwycone słysząc piosenki z ulubionych klasycznych animacji Disneya, a rodziców oczarowały interpretacje utworów musicalowych i charyzma wykonawców. Nie da się tego opisać żadnymi słowami, to po prostu trzeba przeżyć. Obłędnie spędzone dwie godziny i apetyt na więcej w najbliższym czasie ;-)



(fot. Borys Kozielski)

Z resztą - nasze dwa Żywioły też zostały dostrzeżone przez artystów, bo tak zapamiętale biły brawo, skacząc w miejscu z rękoma wysoko podniesionymi do góry, że Ci pokazywali Je sobie skinieniem głowy i wymownym spojrzeniem ;-)
Podczas występów naturalnie hamowaliśmy Ich zapędy potowarzyszenia wokalistom, co łatwe nie było, ale na szczęście wykonalne ;-)

Jako, że nie samą kulturą żyje młody człowiek, w tym roku - wzorem ubiegłego -  wzięliśmy udział w naszym lokalnym, drugim już Łabędzkim Biegu  Po Ćmoku. Sam bieg wpisany był w 25 finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, którą wspieramy od lat i co ciekawe, przypadał akurat w Julcine urodziny ;-)
Właściwie jakbym skopiował wpis z zeszłego roku, to bez zbytniego edytowania idealnie oddałby całe to pozytywne zamieszanie, w jakim mogliśmy wziąć udział w tegorocznej edycji. Znów była magia, ciemny las rozświetlony światłami czołówek i blaskiem pochodni, niespotykana atmosfera, znajome twarze na trasie. Znów Jula pokonała trasę częściowo na ramionach taty (czuć już, że jest starsza o kilka... kilo ;-) ), ale ze śpiewem na ustach. Co mogła śpiewać? Banalne pytanie ;-) Oczywiście Wiewiórkę na Drzewie i "OT, OTK, OTK Rzeźnik!" Niektórzy mieli okazję Ją usłyszeć, bo darła się na całe gardło ;-) Odległość przewidziana do pokonania, to co prawda zaledwie półtora kilometra, ale w ogóle się Julce nie dziwię, bo klimat samego biegu idealnie wpasował się w inne Rzeźnickie imprezy ;-)





Sami organizatorzy mają chyba mają jakieś układy "u góry", bo tego dnia zmieniła się pogoda i wiatr przegnał zalegający od kilku dni nad Gliwicami smog i biegło się naprawdę przyjemnie :-) 
W tym roku obyło się bez anginy, ale i towarzysząca nam Mama bacznie pilnowała, by Dziewczynki za bardzo się nie rozpędzały... ;-)

Kilka dni później zaczęliśmy ferie zimowe, zmieniliśmy powietrze i Jula rozpoczęła rehabilitację w terenowym oddziale bydgoskiego "Neurona" - w zagubionym wśród Borów Tucholskich Małym Gacnie. Ale to już inna para kaloszy i o nich - w kolejnym wpisie ;-)

ps. Zdjęcia ze strony fb Studia Accantus, SP nr 32 w Łabędach,  II Łabędzkiego Biegu po Ćmoku, oraz moje ;-)


1 komentarz:

  1. Zdrowia życzę Julce i Jej Rodzince:) to było dobrych 10 lat, a następne 10(i wielokrotność)będą jeszcze lepsze:):):)

    OdpowiedzUsuń