poniedziałek, 27 lipca 2020
Eryngium maritimum
środa, 29 kwietnia 2020
Kciuk w górę!
"Nie wiadomo wystarczająco dużo o COVID-19, aby móc świadomie i odpowiedzialnie rozpatrywać jakiekolwiek konkretne powiązania i wpływ, jaki może on mieć na osoby z zespołem Downa. DSi jest na bieżąco z informacjami od odpowiednich organizacji medycznych i naukowych.
Aktualna rada dla osób z zespołem Downa jest taka sama, jak dla wszystkich innych - przestrzeganie lokalnych wytycznych w zakresie środków ostrożności, w zależności od indywidualnej kategorii ryzyka danej osoby. Ta rada może się różnić w zależności od kraju i regionu. Motywem przewodnim jest konieczność mycia rąk, dystansu społecznego i przebywania w domu w jak największym stopniu, aby uniknąć narażenia.
The Down Syndrome Medical Interest Group (DSMIG) Wielka Brytania i Irlandia wydały następujące oświadczenie:
Nie ma obecnie dowodów na to, że osoby z zespołem Downa są szczególnie narażone na ten koronawirus, chociaż oczywiście osoby z zespołem Downa mogą być bardziej narażone na ogólne zakażenia, a zwłaszcza na infekcje dróg oddechowych. Istnieją jednak dowody sugerujące, że może on stanowić większe zagrożenie dla osób z innymi przewlekłymi chorobami, w tym wcześniej istniejącymi chorobami układu oddechowego, chorobami serca, cukrzycą i obniżoną odpornością. Wiele dzieci i dorosłych z zespołem Downa będzie należeć do tych grup podwyższonego ryzyka.
Trisomy 21 Research Society (T21RS), światowa sieć naukowców i klinicystów badających zespół Downa, przygotowała następujące krótkie oświadczenie w celu podsumowania ich stanowiska w sprawie działań, które należy podjąć w celu ochrony osób z zespołem Downa przed COVID-19, mające na celu uzupełnienie bardziej szczegółowych wytycznych lokalnych:
Zespół Downa jest bardzo zmienną chorobą i każdy jest inny. Jednak ogólnie rzecz biorąc, ludzie z zespołem Downa mają mniej komórek zapewniających aktywny nadzór w układzie odpornościowym. Wiemy również, że ludzie z zespołem Downa mogą reagować immunologicznie wolniej niż w ogólnej populacji i jest możliwe, że jest to bardziej wyraźne z wiekiem ( jak w populacji ogólnej).
Dlatego przedkładamy trzy zalecenia dla osób z zespołem Downa, ich opiekunów i klinicystów:
Unikaj narażenia w jak największym stopniu poprzez zachowanie dystansu społecznego. Każdy z zespołem Downa z istotnymi dodatkowymi problemami zdrowotnymi powinien być izolowany, jeśli to możliwe. Zapewnij równy dostęp do opieki zdrowotnej i traktuj osoby z zespołem Downa tak samo jak wszystkie inne. W razie wątpliwości co do zmiany stanu zdrowia osoby z zespołem Downa należy natychmiast zasięgnąć porady klinicznej."
wtorek, 24 marca 2020
Efekt domina
Dożyliśmy zaiste "ciekawych" czasów. W dzisiejszym świecie skurczonym przez infrastrukturę lotniczą do rozmiarów piłeczki golfowej, śmiercionośne wirusy przemieszczają się prawie tak samo szybko, jak informacja o nich w globalnej sieci. Coś, co jeszcze wczoraj wydawało się odległe i dotyczące tylko Państwa Środka, nagle stało się namacalne i zaważyło na naszym metaforycznym jutrze. Wszyscy oblaliśmy test z czytania ze zrozumieniem. Niektórzy dostaną możliwość egzaminu poprawkowego w drugim terminie. Niestety - jak wynika z medialnych doniesień - nie wszyscy (*).
Jestem przekonany o tym, że wyjdziemy mocniejsi psychicznie z tej ogólnoświatowej wojny. Nie będzie łatwo. Niektórzy z nas stracą pracę. Inni najbliższe sercu osoby. Wszyscy wygodne złudzenie kontrolowania przyszłości. Uszeregowanej w osobistych terminarzach wiele miesięcy do przodu. Pali nam się grunt pod nogami, bo nagle odkryliśmy, że przyszłość przelewa się w przeszłość przez zwężenie w teraźniejszości. To nic, że dzieje się tak od zawsze. Dla nas, ślepo zabieganych w pogoni za wszystkim, to nowe, bolesne doświadczenie. Świat gra z nami w pokera i właśnie mówi "sprawdzam". Od nas zależy czy spasujemy, czy podbijemy. Każdy siada do stołu przekonany o tym, że wygra, bo tu główną wygraną jest życie. Nikt nie ma znaczonych kart, dlatego niektórzy grają va banque.
Każde doświadczenie na dłuższą metę wzmacnia. Dobre, czy złe. Kwestia tego, jaką mamy głowę i co z tym zrobimy. To zależy od nas samych.
Uważaj czego sobie życzysz. I zostań w domu.*
*jeśli możesz.
sobota, 29 lutego 2020
Ohana
Dzisiejszy dzień był okazją do powrotu do korzeni. Do uświadomienia sobie jak ważna w naszym życiu jest rodzina. Nie tylko ta biologiczna. Gdzieś na osi czasu podjęliśmy takie, a nie inne decyzje, które skierowały nas w wybranych - intencjonalnie, lub wręcz przeciwnie bezwiednie - kierunkach. Wszyscy jesteśmy jak gałęzie na drzewie i rośniemy ku słońcu, przebijając się ku niemu na różne sposoby, ale korzenie mamy wspólne.
Rodzino dziękuję Ci, że jesteś obecna w naszym życiu. Inspirujesz. Szanse jedna na milion sprawdzają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.* Sprowokowani i prowokujący: kreujcie wyjątkowym KAŻDY swój jutrzejszy dzień. Czasem, gdy się zamknie oczy widać więcej.
PS
Marysi, Agnieszce i Irkowi dziękuję za wystartowanie w Julcinych koszulkach.
Andrzejowi i całej Pędziwiatrowej rodzinie - prowokujecie nie tylko do walki z lenistwem, ale i mobilizujecie do ofensywy z własnymi słabościami. Na wielu polach.
Tomek - dziękuję za Khruangbin.
PPS
Fotografie Emilia, Kasia, Janusz i Rafał.
* Oczywiście, że Terry ;-)
środa, 8 stycznia 2020
1:07 a.m. Wpół do serca.
💗
W tym roku szczególne podziękowania przesyłamy do darczyńców, których Personal Income Tax został złożony w skarbówkach w:
Wolsztynie 💗
Kędzierzynie Koźlu 💗
Gliwicach💗
Garwolinie 💗
Szczytnie 💗
Ostrołęce 💗
Kluczborku 💗
Oleśnie 💗
Bytomiu 💗
Mikołowie 💗
Rudzie Śląskiej 💗
Katowicach 💗
Rybniku💗
Zamościu 💗
Lesznie 💗
Krapkowicach 💗
Tarnowskich Górach💗
Pruszkowie 💗
Warszawie 💗
Zawierciu 💗
Zielonej Górze 💗
Wrocławiu 💗
Oleśnicy 💗
Brodnicy 💗
Łodzi 💗
Toruniu 💗
Krakowie 💗
Tczewie 💗
Będzinie 💗
Chorzowie 💗
Siemianowicach Śląskich 💗
Sosnowcu 💗
Szczecinie 💗
Zgierzu 💗
Wieliczce 💗
Zabrzu 💗
Działdowie 💗
Przysusze 💗
Malborku 💗
Bydgoszczy 💗
Dziękujemy wszystkim osobom prywatnym, oraz firmom, które zdecydowały się przekazać na Julkę swój 1% ♥
Przyjaciołom, znajomym, znajomym znajomych ;-), za wszystkie telefony "hej, co tam trzeba wpisać? Podeślij mi!" ♥
Podziękowania również dla wszystkich dobrowolnych ambasadorów Julcinej sprawy, dzięki którym adres poniższej strony odbija się szerokim echem w świecie ♥ ;-)
Dziękujemy także organizatorom Gliwickiej Parkowej Prowokacji Biegowej, która w 2018 poświęciła Julce styczniową odsłonę zawodów, a co za tym idzie informacja o Julcinych potrzebach mogła dotrzeć do szerszego kręgu odbiorców ♥
Zaprzyjaźnionym księgowym w całej Polsce, które pamiętają o nas nie tylko w okresie rozliczeniowym ♥
Wszystkim tym, którzy nieobligatoryjnie zajmują się kolportażem Julcinych kalendarzyków - dziękujemy i w tym roku też na Was liczymy :-) ♥
Powyższymi słowami dziękowałem Wam w ubiegłym roku i właściwie bazując na trzech klawiszach Ctrl, C i V mógłbym - po drobnej korekcie - umieścić je w tym miejscu i wcale nie straciłyby na aktualności. Nie zrobię tego ;-) My wiemy i Wy wiecie, że tak szeroko zakrojona akcja wymaga wielu rąk na pokładzie i działań wielokierunkowych. Każdy, nawet najmniejszy Julciny sukces, jest swoistym opus magnum każdego z nas. Bez wyjątku.
A Julka? Julka jest nieszablonowa. Wymyka się wszelkim ramom (poza ramami naszych ramion ;-) ). Zaskakuje nieustannie. Nie daje sobie dmuchać w kaszę. Prawdziwy fighter. Po kądzieli.
wtorek, 22 października 2019
Naczynia powiązane
Spragniony oddechu znów ruszam na szlak. Cel jest dobrze ukierunkowany i siłą rzeczy konsekwentnie oczywisty. Po zeszłorocznej przygodzie to naturalny wybór i kontynuacja próby zogniskowania długodystansowych szlaków znakowanych cynobrem w prywatnym portfolio przejść. Przede mną Góry Izerskie, Karkonosze, Rudawy Janowickie, Góry Kamienne, Góry Czarne, Góry Sowie, Góry Bardzkie, Góry Stołowe, Góry Orlickie, Góry Bystrzyckie, Masyw Śnieżnika, Krowiarki, Góry Złote i zamykające całość od wschodu Góry Opawskie. Ponad czterysta czterdzieści kilometrów spinające się w klamrę Głównego Szlaku Sudeckiego.
Wstępny termin: lipiec 2019. Wstępne założenie: nie w pojedynkę. Do dnia startu datę i skład osobowy kilkakrotnie zweryfikuje życie.
...
Dzień drugi. Wtorek 30.07.
Ból - mój towarzysz podróży. Gdy tylko otwieram oczy, on już czeka przygotowany do drogi i wyczekująco wypatruje przez okno pierwszych promieni słońca. Niecierpliwy jakiś. Zaczynam od paskudnie stromego zejścia spod pokrytej chmurami Śnieżki do powoli budzącego się Karpacza. Rudawy Janowickie - można by osobny esej napisać na temat rozkosznej niefrasobliwości przy znakowaniu szlaku... Zgubiłem się. Zaufałem instynktowi, a ten zwiódł mnie na manowce. Powrót na szlak. Kolejnym razem (i każdym następnym), gdy mam wątpliwości, sięgam już po mapę. Szlak oznakowany fatalnie, ścieżki miejscami pozarastane leszczyną, albo wysoką trawą. Jestem na celowniku chyba wszystkich miejscowych psów. W ostatniej chwili zauważam wygrzewającego się na środku drogi zaskrońca. Ja odskakuję wystraszony, on odpełza nieśpiesznie w zarośla. Pół dnia walczę z upartą wkładką do butów, która się przesuwa i obciera mi piętę. Wieczorem w Lubawce reanimuję obuwie. Superklej podobno skleja nawet rozklejone małżeństwa, więc może i z wkładką do butów sobie poradzi... Stopy opuchnięte - stanowczo za wcześnie. Ratuję się wyproszonym w hotelowym barze lodem. Nie mam miski, ale reklamówki też robią szczelne.
Dzień trzeci. Środa 31.07.
Buty trzymają. Nogi niosą. Nic nie boli bardziej, niż zazwyczaj. Szlak w miarę dobrze oznaczony. Problem pojawia się popołudniu. O 16.00 robi się tak ciemno, że zastanawiam się, czy nie wyciągnąć czołówki. Zagrzmiało i najpierw spada pierwsza kropla, potem druga, a potem wszystkie. Armagedon. W burzy gubię szlak. Za gapiostwo płacę godzinnym spóźnieniem w schronisku i kilkoma kilometrami więcej w nogach. Co zostanie w głowie po dzisiejszym dniu? Krzyk umierającego pod ciosami drwali drzewa walącego się na mój szlak. Smak dzikich malin. Niepokój na widok stada byków przełamujących ogrodzenie i wbiegających na łąkę, którą właśnie miałem przeciąć. Przyjazna atmosfera w schronisku "Orzeł".
Dzień czwarty. Czwartek 01.08.
Dzień zaczynam od błędu. Nie jem śniadania i nie mogę nabrać mocy. Kilometry wloką się niemiłosiernie, a godziny uciekają nie wiadomo gdzie. Do południa jestem cieniem siebie i nawet w głowie kołaczą się myśli, czy aby nie podszedłem zbyt lekceważąco do tych gór. "Bo przecież mam w nogach znacznie trudniejszy GSB. A te Sudety wcale nie są takie łatwe, jak przypuszczałem". Głodny i podirytowany schodzę do Srebrnej Góry. Przed ulewą chowam się w miejscowej naleśnikarni i już syty kontynuuję wędrówkę. Nawet rzęsisty deszcz mi nie przeszkadza. W przydrożnym sklepie obdarowuję ekspedientki swoim najlepszym uśmiechem, a te w zamian robią mi kanapki ze swojskim salcesonem. Niesiony energią płynącą z pełnego brzucha schodzę do Domu Pielgrzyma z godzinnym zapasem zakładanego czasu. Przed samą wsią jeszcze zaskoczenie: szybowiec z czeskich Jesenik na środku pola. Awaryjne lądowanie. Kąpiel, kolacja, patera ze śniadaniem na rano i spać.
Dzień piąty. Piątek 02.08.
Nauczony doświadczeniem wczorajszego poranka dzień zaczynam od obfitego śniadania. Wychodzę z malowniczych, uśpionych Wambierzyc, a nogi same rwą do przodu. Dzień konia. Piękne wrzosowiska po drodze, obłędne Błędne Skały, nieciekawa, bo tętniąca turystycznym życiem Kudowa. Byle do przodu. Po drodze niespodzianka - szlak grodzony płotami, przez które trzeba przechodzić po drabinkach. Jakiś jelonek w oddali. Telefony w mojej głowie. Zdążę przed deszczem? Koń przeszedł do stępa, ale grzbietu nie zamoczył. Suchy prowiant wyproszony z hotelowej restauracji. Czekam na Jacka. Pięć dni samotności może zrobić niezły bałagan w głowie.
Dzień szósty. Sobota 03.08.
Przyjechał Jacek i poza butami przywiózł wyśmienite, wyważone towarzystwo i nowy zapas sił do podzielenia. Śniadanie i wychodzimy. Kuleję. Co jest? Muszę to rozchodzić. Szybka trasa, chwila na kawę w przyjaznym pensjonacie w Zieleńcu, rozmowy o życiu, dziesiątej muzie, literaturze. Musimy pilnować oznaczeń, bo pochłonięci rozmową niepostrzeżenie gubimy szlak. Ściana deszczu. Potem następna. "Padało z góry, z boku, a nawet od dołu". Przepyszna zupa grochowa w schronisku Jagodna i na 34 kilometrze rozchodzimy się w dwa różne kolory. Dziękuję Jacku! Wracaj bezpiecznie do domu, a ja ruszam dalej. Znów ulewa. Po lasach mnóstwo śmieci. Smutny to widok. Zakładam ostatnią - czwartą dziś - suchą parę skarpet i zaczynam mozolne podchodzenie na Igliczną. Szybkie zejście do Międzygórza, zdjęcie pod wodospadem i wpadam do pensjonatu z pierwszymi kroplami kolejnego dziś deszczu. Viola przywozi Monię z Wojtkiem. Wspólna kolacja i spać.
Pobudka o standardowej porze. Ogarniamy się powoli i wychodzimy w chłodny poranek. Po drodze dwie spłoszone sarny. Punkt 8.00 docieramy do schroniska na kawę, śniadamy i zmykamy na Czarną Górę. Wcinamy jagody, maliny, jeżyny i kanapki przygotowane przez Wojtka. Czas na rozmowie płynie szybko. Szybka jest też Monia, która nadaje tempo. Biegniemy. W Lądku dogania nas Viola. Kawa, lody w fantastycznej kawiarni artystycznej i kulamy się dalej. Dawno nie padało. Przemoczeni na przemian schniemy na słońcu, to znów mokniemy. Jest Złoty Stok, meta dzisiejszej wędrówki. Monia z Wojtkiem odwożą Violę do Lądka, ja w międzyczasie ogarniam prysznic i operuję igłą wołające o odpoczynek stopy. Jedziemy na kolację. Przepyszna zupa z cukinią i pizza nie do przejedzenia. Przytulasy na pożegnanie i tak kończy się niesamowity dzień w towarzystwie fantastycznych ludzi. Jutro samotna wędrówka. Jakoś to nomen omen rozchodzę ;-)
Ogarniam poranne rytuały. Śniadanie, stopy, etc. Jestem taki zorganizowany. Super czas. Dziś do zrobienia ponad sześćdziesiąt kilometrów, to wyjdę wcześniej. Zamykam pokój, mieszkanie, klucze zgodnie z wczorajszym poleceniem wrzucam do skrzynki na listy przez drzwi i jeszcze zanim zdążą upaść do koszyczka na podłodze nagłe olśnienie: kije! Zostały w pokoju! OMG! Co teraz?! Burza elektryczna w głowie, ale szybko się uspokajam. Piszę wiadomość do właścicielki. Może nie śpi? Spała. Oddzwania po chwili. Roszada po mieście z Jej prywatnymi kluczami i summa summarum wychodzę ze Złotego Stoku z prawie godzinnym opóźnieniem. Pierwsza sarna. Potem jeszcze będzie sarnie rodzeństwo. Paczków. Tu kiedyś kończył się GSS po 350 km. Wcinam jajecznicę w mlecznym barze i zmykam dalej deptać asfalt i polne drogi. Szlak kiepsko oznaczony. Nawet przewodnik sugeruje kompas i intuicję. Na szczęście znam ten odcinek z rowerowego rekonesansu z chłopakami. Dzwoni Wojtek dodać otuchy. Upał niemiłosierny. Gdzieś tam czai się burza. Pokrzywy i osty do ramion. Oddzwania Jacek. W Sławniowicach spotykam Marysię i już razem w deszczu drepczemy w stronę mety dzisiejszego odcinka. Słyszę pozytywkę. To pojawia się, to znika. Czterysta kilometrów w nogach i w głowie zrobiły spustoszenie. Stanowczo muszę odpocząć. To zbiorowa halucynacja, bo Marysia ma takie same omamy. Pożyczam nóż rzeźnicki w lokalnym sklepie i robię sobie kanapkę ze smalcem. Asfalt dobija. 5 km do końca - leżę na folii NRC i odpoczywam. Znowu deszcz. Telefony od Miecia i od Ewy. Przedmieścia. Znowu ta pozytywka. Coraz głośniej. Wychodzimy zza zakrętu wprost na... muzyczne obwoźne lody ;-) "Panie, ja tu jeżdżę dziś po okolicy cały dzień i tak gram". Kolacja i spać. Jutro, jak się wszystko dobrze poskłada - koniec.
Dzień dziewiąty. Wtorek 06.08.
Ostatni dzień. Dobrze, że dziś jest dziś, a nie jutro, jak wczoraj. Nie chce się wstawać. Przestawiam budzik o kolejne dziesięć minut. Poranny automatyzm i ruszamy powoli na szlak. Biskupia Kopa. Już wczoraj górowała nad Głuchołazami i ocenialiśmy się nawzajem. Mozolne wejście. Kawa w schronisku, zimne nieprocentowe pod wieżą i schodzimy. Góra, dół. Nie jest łatwo, a miało być. Marysia dzielnie nie odpuszcza, mimo ciężkiego plecaka po przejściach. Maszerujemy dziarsko, asekurując się mapą, bo szlak miejscami oznaczony jest oszczędnie. Powoli odhaczamy kolejne punkty na trasie. Dźwięk grzmotu odbija się echem i ginie stłumiony w gęstwinie lasu. Dębowiec i myśl: "tu Julka dotarła na własnych nogach, nie może być daleko". Nie jest. Osiem kilometrów do mety. Komary poddenerwowane zbliżającym się deszczem bzyczą nad uchem bez przerwy. Ostatnie pięć kilometrów. Wychodzę na polanę, a tam... karetka pogotowia. Pytam, czy po mnie ;-)
Sympatyczna ekipa z ambulansu kręci film instruktażowy. Przerywają pracę i ustawiają się z nami do pamiątkowego zdjęcia. Nieświadomy niczego fantom czeka spokojnie w karetce na podjęcie resuscytacji. Sanktuarium. Jeszcze trzy kilometry. Asfalt. Park miejski. Starówka. Dworzec. Monia z Wojtkiem już czekają. Dobijamy do czerwonej kropki. Pamiątkowe zdjęcia. Uściski. Fanfary. Delegacje ze szkół i z zakładów pracy. Koniec przygody. Wracamy do rzeczywistości.
Świeradów Zdrój - Dom Śląski 53,60 km
Dom Śląski - Lubawka 55,53 km
Lubawka - Schronisko "Orzeł" 58,30 km
Schronisko "Orzeł" - Wambierzyce 50,17 km
Wambierzyce - Duszniki Zdrój 46,39 km
Duszniki Zdrój - Międzygórze 58,06 km
Międzygórze - Złoty Stok 45,07 km
Złoty Stok - Głuchołazy 62,33 km
Głuchołazy - Prudnik 40,50 km
Który szlak był trudniejszy? Beskidzki, czy Sudecki? Hmm... Obydwa są tak różne, że ciężko je porównywać.
Pierwszy legenda. Bardziej dziki, gdy na niego ruszałem rok temu czułem na karku zew przygody. Lęk, ale i ciekawość przed nieznanym. Teoretycznie byłem do niego przygotowany perfekcyjnie. Dwa lata mi zajęło poznawanie poszczególnych odcinków w terenie. Nie wiedziałem tylko jak zachowa się moje ciało, jak zareaguje umysł. Nie planowałem noclegów z dużym wyprzedzeniem. Miałem tylko mgliste wyobrażenie o tym, jak zadbać o stopy na szlaku. Za to bielmo przed oczami zapłaciłem długą rekonwalescencją.
W Sudetach korzystałem z doświadczeń nabytych na Głównym Szlaku Beskidzkim. Owszem, kilka wypraw rozpoznawczych się odbyło, ale już z mniejszą presją. Ten, w przeciwieństwie do swojego większego brata, wydawał się lepiej oznaczony, bardziej zurbanizowany i tak było w istocie. Tu mniej musiałem się zastanawiać nad lokalizacją sklepów przy drodze, mogłem sobie pozwolić na odchudzenie plecaka o dodatkowy bukłak. Cywilizacja. Tu także ruszałem na szlak z zamkniętą listą opłaconych noclegów. Znałem już swoje ciało i zakładałem, że jeżeli nic niespodziewanego się nie wydarzy po drodze, to doniesie mnie tam, gdzie planowałem. Jest w tym naturalnie i haczyk, bo w razie słabszego dnia i niedotarcia na nocleg, w kolejnym dniu musiałbym nadrabiać brakujące kilometry. Na szczęście obyło się bez przygód.
Głowa, to połowa.
Być może i trochę więcej. Reszta to przygotowanie fizyczne, logistyczne, topograficzne i ludzie, których masz przy sobie. Bez nich skazany jesteś na własne szemrane towarzystwo i wątpliwej przyjemności autokonwersację. Nie sposób nie wspomnieć o bliskich i przyjaciołach, bez których losy tej wyprawy mogły by się potoczyć zupełnie inaczej, a samo marzenie nadal kurzyło by się na półce z inskrypcją "na kiedyś". W pierwszym rzędzie:
Kasi i Dziewczynkom - za wszystkie weekendowe wycieczki sondujące szlak, codzienne rozmowy, oraz wachtę na pokładzie na przekór niekorzystnym wiatrom i czasem chybionym decyzjom nawigacyjnym sternika. Jeżeli nie wiesz, do którego portu płyniesz, żaden wiatr nie jest dobry. Jestem na właściwym kursie.
Monice i Wojtkowi. Za poświęcony czas, transport w obydwie strony, trzymanie kciuków za projekt już od wczesnej fazy, energię, rozmowy o życiu i wspólnie wydeptane kilometry. Bez Was to by się nie udało.
Jackowi za znalezienie czasu na odwiedzenie mnie na szlaku, obecność na trasie pomimo kontuzji, wniesienie spokoju i rozwagi, konstruktywne dysputy, oraz dodatkowo za ekwilibrystykę komunikacyjną w publicznym transporcie zbiorowym ;-)
Marysi za wspólny rekonesans Izerów przed wyprawą, wymianę myśli na trasie i poza nią (kiedy spoglądasz w otchłań dostatecznie długo, ona odwraca wzrok i nerwowo rozgląda się dokoła), ogarnięcie Zosi z ulicy Kociej na innej ulicy w innym mieście, towarzystwo na bardzo ważnym odcinku i wspólne kilometry odmierzone dialogiem wysokiej próby. Także tym bezgłośnym.




















































