piątek, 22 maja 2026

Może morze?

Zosia oznajmiła nam kiedyś, że Jej problemem jest to, że "wszystko" pamięta. Nie zauważyłem, by ten szczególny dar przekładał się jakoś bardzo na oceny w szkole średniej, ale być może te nadludzkie zdolności zanikają z wiekiem albo dysk wymaga już formatowania ;-) W każdym razie kilka lat temu dałem Jej słowo, że gdy brytyjski zespół Lovejoy, którego wówczas nałogowo słuchała, pojawi się kiedyś nad Wisłą, to postaramy się o bilety. Stale rozrastający się gust muzyczny nie pokrył rdzą nastoletniej miłości, a adresaci tego uczucia przyjechali do nas w kwietniu. Zosia pamiętała o złożonym przed laty przyrzeczeniu, ale byłem szybszy i miałem już wejściówki ;-)

Lovejoy, Tama Poznań

Ochrona przed klubem nawet mnie nie sprawdziła. Chyba nie wyglądałem groźnie. Pokolenie wysokich ludzi w za dużych ubraniach - brodatych studentów i młodszej młodzieży z rodzicami - szybko wypełniło salę i zaczął się koncert. Fantastycznie było móc zerkać na Zosię, jak bawi się na swoim pierwszym, "dorosłym" koncercie i zapisuje wszystko pod powiekami, a nie w pamięci telefonu. Będę miał ten obraz przed oczami zawsze. Po dwóch godzinach stania zostawiłem Ją samą i poszedłem usiąść na kolejne sześćdziesiąt minut w foyer. Mój kręgosłup jest już za stary na całe koncerty na stojąco, ale najwyraźniej nie tylko ja cierpię na taką przypadłość, gdyż hol był pełen czekających rodziców ;-) Miłość jest też wtedy, kiedy jedziesz pół Polski na wieczorny koncert ulubionego zespołu swojego dziecka, chociaż to zupełnie nie są twoje klimaty, ale radość w jego oczach wynagradza ci wszelkie niedogodności.

Żeby dotrzeć z domu nad Bałtyk mamy do pokonania już cały kraj, a u podstaw takiej podróży nie kryje się tylko feblik, ale również konieczność. W układach krążenia piękniejszej części naszej rodziny płynie bowiem morska woda i wszystkie muszą co jakiś czas wrócić na Wybrzeże, by nasycić jodem krwiobiegi*. Półtorej dekady letniego wypoczynku w Kołobrzegu nie wzięło się znikąd ;-)
Dwa lata temu odkryliśmy dla nas Trójmiasto. Do domu przywieźliśmy walizkę wspomnień, zabłąkane drobiny piasku i postanowienie rychłego powrotu nad Zatokę Gdańską. Na realizację obietnicy przyszło nam czekać aż do ubiegłego miesiąca, gdy w ramach przedłużonego weekendu odwiedziliśmy urodzinowo Gdynię. Stulatka przywitała nas słoneczną pogodą, wiatrem wiejącym od lądu i zacumowanym w tym samym miejscu od czterdziestu lat "Darem Pomorza". Czas jest łaskawy dla tej fregaty, bo chociaż ma więcej lat niż miasto, w którego porcie cumuje, to nadal robi wrażenie. Zwłaszcza na takich szczurach lądowych, jak my. 
Miasto z morza i marzeń poznawaliśmy odmierzając jego ulice długością Julcinych kroków. Nieśpiesznie. W tempie dostosowanym do schylania się po każdy okruch reminiscencji. Za mało ich, by uzbierać cały bochenek, za krótko. Wypada nam zatem dopisać Gdynię do długiej listy planowanych powrotów. Może złoży się, że nie będziemy czekać na ponowne odwiedziny kolejnych dwóch lat.

Plany są potrzebne. Widać cel. Można wyznaczyć kierunek. Wziąć azymut na marzenia. Nie zawsze je realizujemy. Nie musimy. To tylko rama, na której rozpinamy płótno aktualnej rzeczywistości. To, co na nim namalujemy, zależy tylko od nas. Zagruntowane podobrazie może się wydawać białą plamą, ale my widzimy na nim... wszystko. Owszem, zasnute mgłą lub otulone puchową kołdrą śnieżycy, ale wyraźnie widoczne ;-) Trzeba tylko nauczyć się patrzeć pod powierzchnię. Kwestia perspektywy.



* Jestem zwierzęciem lądowym. Woda nie jest moją domeną. Nie lubię morza, jezior, stawów, rzek, kąpielisk i basenów. Nawet za deszczem nie przepadam. Muszę czuć grunt pod nogami, by czuć się bezpiecznie. Nie jest łatwo nakłonić mnie do wejścia do jakiegokolwiek akwenu, ale niektórym czasem się udaje ;-)


środa, 1 kwietnia 2026

Pół serio

Pomysł na post okołoprimaaprilisowy urodził się w mojej głowie wczesną wiosną 2022 roku, ale w obliczu agresji Rosji na Ukrainę, bliskości działań wojennych i niepewności o spokojne jutro, nie na miejscu wydawało mi się wówczas epatowanie radością i publikowanie żartobliwych tekstów. Światło dzienne ujrzał wtedy inny wpis, jeden z najkrótszych w historii tego bloga. Lapidarny, podyktowany głosem serca tytuł i rysunek wart wszystkich słów tego świata. Nic więcej. Mój głos sprzeciwu wobec przemocy, barbarzyństwa i terroru wojny, chociaż niestety głos wołającego na pustyni. Grafikę można było wtedy zakupić na licencji niekomercyjnej poprzez wsparcie Polskiej Akcji Humanitarnej i wykorzystać non profit. Do prac jej autora, Pawła Jońcy, wracam do dziś, do czego i Was zachęcam.

Świat się postarzał o cztery lata, ale cywilizacyjnie nawet jeśli nie zostaliśmy w miejscu, to na pewno wróciliśmy do punktu wyjścia. Znowu żyjemy konsumpcyjnie, skupiamy na sobie, błahostki roztrząsamy do rangi niebotycznych problemów. Czujemy się bezpieczni. Okrzepliśmy. Wojna nie wydaje się już czymś tak namacalnym, dotyczących nas bezpośrednio, chociaż za wschodnią granicą nadal nie widać końca konfliktu, a i na Bliskim Wschodzie nakręca się spirala przemocy i giną ludzie. Gdzie będziemy za kolejne cztery lata jako ludzkość? Oby nie z ręką w nocniku.

Jan Matejko, Stańczyk (szkic 1881), Muzeum Narodowe w Krakowie

Czy wobec powyższego wypada mi teraz uderzać w lekkie tony i w wielkie słowa ubierać sprawy, które nijak nie zmienią biegu historii? Do jednego worka pakować stańczykowskie przemyślenia i osobiste metody na rozświetlanie szarości dnia codziennego? Może powinienem zaczekać na lepszy czas, bardziej sprzyjający arlekinadzie? Tak. Nie. Nie wiem. Lepiej to już było. Tym bardziej spróbuję podnieść rękawicę, którą sam sobie rzuciłem. Równowaga wydaje się być tu kluczowa.

Mark Twain podkreślał, że humor to najskuteczniejsza broń przeciw absurdowi tego świata. W "Traktacie o łuskaniu fasoli" - książce,  która powinna stać w każdym domu - podobną myśl formułuje Wiesław Myśliwski. Śmiech to zdolność człowieka do obrony przed światem, przed sobą. Pozbawić go tej zdolności to uczynić go bezbronnym. Tyle słowem wstępu.

Doczesną wędrówkę traktujemy poważnie, ale na codzienność staramy się patrzeć z przymrużeniem oka. Dystans to czasem jedyne skuteczne lekarstwo na prozę życia. Staramy się nie przejmować rzeczami, na które nie mamy wpływu. Przechodzimy nad nimi do porządku dziennego. Lubimy się śmiać. Cenimy w sobie wzajem poczucie humoru, lotność i umiejętność tańczenia na cienkiej linie ironii bez bolesnego upadku. 

- Połóż się spać Zosiu. Ludzie w Twoim wieku potrzebują snu, żeby oczyścić umysł z wszystkiego, co złe i niepotrzebne wydarzyło się w ciągu dnia, aby zrobić sobie miejsce na nowe złe i niepotrzebne, które wydarzy się jutro.

Można cytować. 

Mamy całe portfolio anegdot, psikusów słownych, figli i komicznych żartów sytuacyjnych, które przez lata zmiękczały nam rzeczywistość. Niektóre z nich czytelne są tylko dla nas i wynikają z ulotności chwili albo z patyny osiadłej na rodzinnym polu minowym. Z innymi dzielimy się światem, zapraszając do wspólnego trzęsienia brzuchami ze śmiechu, a  czasem do refleksji.

- Julka, a co Ty masz w tym plecaku, że taki ciężki? Kamienie?
- Tato, ja nie mam dziś lekcji o skałach.

Rozbawiony repliką nie sprawdziłem. Poranny telefon ze szkoły przyniósł odpowiedź, że na wadze tornistra zaważyła... butelka litrowego prosecco. Jak się tam znalazła, to osobna historia ;-)

Parzę szynkę przed świętami. Czekam, aż w środku będzie 68°C.

-  A to co?
- Termometr Juleczko.
- Szynka jest chora?

Swój ślad na zawsze zostawił też Ian Fleming, literacki ojciec agenta 007.

- Tato możesz zrobić mi coś do picia? Tylko pamiętaj: wstrząśnięte, nie zmieszane.

Na deser absolutny klasyk sprzed kilku lat. Mój ulubiony. 

- Co z tym słuchem Julki?
- Wczoraj czyściłam Jej uszy, ale chyba musimy powtórzyć. Jak myślisz Julka? 
- Co mówisz?

Do dzisiaj nie wiem, czy Julia faktycznie nie słyszała, czy się zgrywała, ale ciętą ripostę odziedziczyła w genach, więc obstawiam to drugie. W każdym razie wyszło przezabawnie i trafiło do szufladki ze wspomnieniami.

Nie reżyserujemy tych epizodów, nie planujemy dialogów. Życie samo pisze scenariusze. Kluczem jest chyba swoboda w wyłapywaniu takich chwil, słów, półsłówek, spojrzeń i reagowanie na bieżąco na zaistniałe sytuacje. Z przyjemnością obserwujemy, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Będzie im łatwiej iść przez życie  z uśmiechem na ustach.

Niektórzy ludzie rodzą się starzy i niestety nie młodnieją z wiekiem. Trudno określić ile mają lat, ale biorąc pod uwagę skalę zmęczenia światem mogą pamiętać mamuty. A może nawet i tatuty. Bardzo się pilnujemy, by jedynymi zmarszczkami na starość były tylko te mimiczne wyrzeźbione śmiechem. Lwiej bruździe mówimy stanowcze NIE!

Trzymajcie się cieplutko i... prima aprilis ;-)

sobota, 21 marca 2026

Sen o wiośnie

Leniwe, styczniowe popołudnie. Julce się nudzi. Czas na telefon Jej się skończył, rysować nie ma ochoty, snuje się po mieszkaniu jak mgła po wrzosowisku. Po raz kolejny przychodzi się przytulić, wykłada na mnie, wbija łokcie pod żebra i zastyga w bezruchu uniemożliwiając swobodne czytanie.
- Juleczko nie możesz teraz poleżeć trochę na mamie?
- Nie mogę, bo mama nie lubi. Ciągle mówi "ała!"
- Aha, a ja mam w sobie niespożyte pokłady cierpliwości i wysoki próg bólu?
- ...
- No dobra, zostań.

Zimą zwykle zwalniamy i lwią część czasu faktycznie poświęcamy na nadrabianie zaległości czytelniczych. W tym roku odkurzyliśmy również puzzle, planszówki, zaginiony dwadzieścia lat temu przepis na pierogi i stos dawno nie słuchanych płyt. To dobry czas na nicnierobienie albo przynajmniej na zwolnienie do minimum. Nie da się być non stop na pełnych obrotach, gdy za oknem straszą glacjusze. W wolne od obowiązków cieplejsze dni, jeśli pogoda faktycznie zachęcała do wyściubienia nosów spod kołder, ruszaliśmy oczywiście na spacery, ale szybko zapadający zmrok i idące z nim w parze zimno zaganiały nas z powrotem pod dach. Zimą człowiek żegluje po gorących wodach Morza Herbacianego, a koce służą za żagle. 
Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi, ale coś czuję w kościach, że poprzedniczka nie złożyła jeszcze broni. Poranki straszą chłodem i łatwo poślizgnąć się tuż za progiem własnego domu, gdy chodniki skrzą się odbitym światłem gasnących po nocy gwiazd. Nie ma co się śpieszyć.
Pierwszy dzień wiosny, to również Światowy Dzień Zespołu Downa i Światowy Dzień Poezji. Obydwa są bliskie naszym sercom. Pierwsze z wiadomych względów, droga do drugiego od lat konsekwentnie prowadziła do tu i teraz.

Budząca się wiosna w naturalny sposób wzbudza w nas chęć do posprzątania po zimie, a ja winien Wam jestem podziękowania, które dawno już obrosły kurzem i pajęczynami. Nietaktem byłoby dłużej zwlekać. Co jakiś czas na Julcine subkonto wpływają darowizny, dzięki którym budujemy kapitał pozwalający sfinansować turnusy rehabilitacyjne. Krystyna, Marianna i Janusz zdecydowali się wesprzeć Julkę właśnie w taki sposób. To dzięki Wam i hojności innych darczyńców, Julka buduje aktualnie odporność fizyczną i umysłową w Ośrodku Rehabilitacji i Hipoterapii "Neuron" w Borach Tucholskich. Bardzo Wam dziękujemy 🧡
Obszerniejszą relacją podzielimy się z Wami w kolejnym wpisie już niedługo, gdy wiosna rozgości się na dobre. Tymczasem dbajcie o siebie, zatroszczcie o odpowiedni ubiór podczas ostatnich zimnych poranków i łapcie pierwsze promienie wiosennego słońca. Niech Was pobudzą do życia. Czego i sobie życzymy ;-)



sobota, 31 stycznia 2026

Sprowokowani

Dzisiaj Julka odebrała statuetkę za dwanaście startów w dwunastej odsłonie Gliwickiej Parkowej Prowokacji Biegowej. Raz w miesiącu zrywamy się w wolną sobotę i jedziemy na leśną polanę, by pokonać dziesiątą część maratonu. Cztery kilometry z okładem, czasem więcej, ale zwykle tyle wystarcza, by aktywnie zacząć weekend i dotlenić organizm. Julka rzadko biegnie. Przeważnie maszeruje w naszym towarzystwie, niesiona dopingiem mijających nas przyjaciół i znajomych. Z wiatrem w zawody idzie tylko na widok obiektywu aparatu ;-) Dedykowane okrążenie kończy na ogół po półtorej godzinie, a jeśli ma dobry dzień, to urwie z tego kwadrans. Wynik adekwatny do kadencji, ale nie ma to dla nas znaczenia. Każdy krok to sekunda życia dłużej, cieszą zatem kolejne przedeptane metry i czas spędzony razem. Nie jest łatwo. Nie mamy w rodzinie tradycji sportowych. Dziadek co prawda grał kiedyś w piłkę z Lubańskim, a tata biegał ultra na limitach, ale to było dawno i w dodatku był młodszy o parę kilo ;-)

Dwanaście startów, to w praktyce dwanaście miesięcy zmagań z własnym lenistwem, wymówkami i ograniczeniami. Ciężko jest rano wstać i zmusić się do wyjścia, zwłaszcza gdy za oknem trzyma tęgi mróz, prognozy straszą deszczem lub żar leje się z nieba. Nietrudno o dezercję. Niemniej staramy się nie odpuszczać i na przekór wszelkim realnym i wyimaginowanym przeciwnościom stawać na linii startu. I nawet gdy Julka zaczyna niemrawo i o każdy kolejny krok trzeba toczyć z Nią boje, to metę zawsze przekracza w stylu godnym czołowych lokat.



Przed nami trzynasty sezon. Jak tylko zdrowie pozwoli, to w tym roku również zameldujemy się dwanaście razy na mecie. Pierwszy start mamy za sobą. Dopisała frekwencja, karnawałowy nastrój i iście zimowa aura. Na trasie widziany był nawet pingwin, a to dość rzadkie pod tą szerokością geograficzną ;-)

Styczeń zamykamy sportowym akcentem, bez kontuzji. Niech będzie dobrą prognozą na cały rok. 
Notabene, jak tam Wasze postanowienia noworoczne? My w naszych jeszcze się trzymamy ;-)


Zdjęcia nasze i dwóch czarodziei obiektywu: Janusza i Dominika 📷


PS

Słuszna uwaga☝️

niedziela, 21 grudnia 2025

Clou

Są takie miejsca, do których lubimy wracać. Listę otwiera zagubiona w ostępach Borów Tucholskich klimatyczna wioska Małe Gacno, w której znajduje się Ośrodek Rehabilitacji i Hipoterapii "Neuron". Wszechogarniająca cisza i miękki atłas kiru nocy, o jakich można tylko pomarzyć w dużym mieście, rodzinna atmosfera, ale przede wszystkim najlepsza w kraju rehabilitacja. A Julka dokładnie na taką zasługuje. Tu nie ma miejsca na półśrodki. Jeździmy tam nieprzerwanie od 2011 roku
Schemat jest zawsze ten sam: dwa tygodnie intensywnych ćwiczeń fizycznych i gimnastyki umysłu, a potem kwartał czerpania profitów będących rezultatem tych czternastu dni. Kynoterapia, terapia wzroku, hipoterapia, rehabilitacja ruchowa, integracja sensoryczna, zajęcia z logopedą, motoryka mała, a od kilku turnusów także rehabilitacja w wodzie. Taki zestaw zapewnia Julce 
na kilka miesięcy poprawę funkcjonowania w szerokim zakresie i daje nadzieję, że cyklicznie powtarzany zbuduje również solidny fundament egzystencjalny w przyszłości. Dlatego wracamy wciąż i wciąż, bo rehabilitacja to jeden z filarów, na którym opieramy przyszłość Julki. Oczywiście nie jedyny. W przyszłym roku zrobię Wam o tym osobny wpis. 
Czternaście tysięcy złotych. Tyle kosztuje dwutygodniowa rehabilitacja Julki w Neuronie. Tyle wyniósł rachunek za ostatni turnus, na jakim była na przełomie listopada i grudnia. Niebagatelna kwota. Owszem, są gdzieś tańsze, mniej forsowne, z mniejszą ilością godzin, zajęć i ćwiczeń, mniej żmudne, ale każde "mniej" w kontekście inwestycji w poprawę zdrowia Julki, to nie jest to, co nas interesuje. Cena więc jest wysoka, ale wartość, jaka za nią stoi, jest niepoliczalna. 
Z końcem listopada Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" zakończyła księgowanie 1,5 % podatku, jaki zadeklarowaliście Julce w swoich rozliczeniach z fiskusem. Wszystkie przekazane przez Was środki trafiły już na Jej indywidualne subkonto. Jesteśmy niezmiernie wdzięczni, że pamiętacie o Niej przy okazji takich rozliczeń. Każda deklaracja, każda darowizna pomaga nam iść krok dalej. Dzięki zebranym aktywom jesteśmy w stanie finansować Julce właśnie takie turnusy rehabilitacyjne. Także ten ostatni ❤️

Na koniec roku chciałem się z Wami podzielić jednym z ostatnich rysunków Julki. Pracowała nad nim trzy miesiące pod czujnym okiem Pani Kasi Ręki - nauczycielki plastyki, wybitnego pedagoga i inicjatorki corocznego wernisażu prac plastycznych uczniów NSSP Arka Noego. Na mnie ta praca zrobiła ogromne wrażenie. Widzę tutaj oczywiście rękę Julki, ale potrafię sobie także wyobrazić morze cierpliwości potrzebne do zmotywowania niepokornej Artystki ;-)   

Oryginał do końca grudnia możecie zobaczyć na wystawie w Muzeum Historii Katowic, wśród innych fantastycznych prac. Julciny rysunek macie od nas w prezencie pod choinkę. Możecie "odpakować" już dzisiaj ;-)

niedziela, 30 listopada 2025

Paradoks Epimenidesa

Staje przed wami człowiek i mówi, że kłamie. Powiedział prawdę? Więc nie kłamie. Skłamał? Więc powiedział prawdę.
  
Łatwo jest wypaść na zakręcie, gdy jedziesz bez trzymanki. Rozpędzony pociąg gna dalej na złamanie karku i jeszcze nikt nie zauważył, że ubyło jednego pasażera. Krajobraz po tobie nie zieje pustką. Wstajesz, otrzepujesz kolana i ruszasz w ślad, ale wolniej, w swoim tempie. Nie oglądasz się za siebie. Wiesz, że odwołane pociągi nigdy się nie spóźniają. W kąciku ust błąka się uśmiech. Wszystko układa się zgodnie z planem.
To, co widać w szeroko rozumianym mainstreamie jest zaledwie odpryskiem światła słonecznego na mokrym po deszczu liściu. Świat przegląda się w jednej kropli, ale przecież las jest pełen drzew. Nie wszystko, co jest dla nas ważne, co przeżywamy, czym karmimy dusze musi od razu być rzucone na cyfrowy wiatr. Nie wszystko wymaga aprobaty i wyrazów sympatii świata zewnętrznego, a brak tychże pod wspomnieniami wcale nie umniejsza ich wartości. Istotne jest to, czego nie widać. Miód czy piołun - są nasze i zbudowały nas takimi, jacy dzisiaj jesteśmy. A najważniejsze rzeczy i tak przekazujemy sobie na kartkach ;-)

Dobrze nam ze sobą. Żyjemy pełnią życia. Spędzamy wspólnie czas i potrafimy cieszyć się z małych rzeczy. Każdy nowy dzień traktujemy jak prezent od losu i staramy się go celebrować. Otaczamy się przyjaciółmi, spełniamy na polu zawodowym i znajdujemy czas na małe przyjemności. Owszem, miewamy także kłopoty i troski, ale nauczyliśmy się przechodzić nad nimi w trybie zadaniowym i pilnujemy, by nie zdominowały szarościami palety barw, w jakiej zwykle oglądamy świat. Nastawieni na "my", nie na "ja", ale z marginesem na roszady. Trzeba być ostrożnym, bo granice zdrowego rozsądku są słabo strzeżone. Na szczęście koniec świata to święto ruchome.

Cytat kursywą: Jacek Dukaj, Lód.
Inne: Andrzej Mleczko.
 



niedziela, 21 września 2025

Ostatnia sobota lata

W sieci można znaleźć informację, że napełnione helem foliowe balony unoszą się w powietrzu maksymalnie do miesiąca. Wczoraj rano na podłogę opadł jeden z urodzinowych balonów, które Julka dostała od nas jeszcze w styczniu. Cieszył oczy prawie trzy kwartały, by w końcu poddać się upływowi czasu i gazu ;-) Na każdą rzecz kiedyś przychodzi pora i nic nie jest dane na zawsze, a jesień stojąca w progu doskonale wpisuje się w te rozmyślania. Jak co roku ;-)


Wczoraj też, wycieczką do stolicy, rozpoczęliśmy nowy sezon teatralny, chociaż Bogiem a prawdą w tym roku właściwie nie zrobiliśmy sobie wyraźnej wakacyjnej przerwy. Jeszcze w lipcu zajrzeliśmy do Teatru Dramatycznego na zjawiskowe "Kinky Boots", a końcówka sierpnia przyniosła odwiedziny w multipleksie na fenomenalnej, zapadającej w pamięć retransmisji ponadczasowej sztuki Tennessee Williamsa "Tramwaj zwany pożądaniem". Obydwa spektakle polecamy Waszej uwadze.

Warszawa przywitała nas słoneczną, zachęcającą do spacerów aurą, ale kierowani głodem sobotnie odwiedziny zaczęliśmy od wizyty w kultowym barze mlecznym "Prasowy" ;-) Pod sygnowaną przez Papcia Chmiela grafiką Tytusa, w przystępnych cenach napełniliśmy brzuchy po podróży, a następnie spacerowym krokiem udaliśmy się do Łazienek posłuchać, jak rośnie trawa i szumią drzewa. Ilekroć jesteśmy w okolicy i pogoda na to pozwala, staramy się wygospodarować chwilę na błądzenie parkowymi alejkami. Umysł się resetuje, hałas miasta filtrowany jest przez drzewostan, a czasu nie odmierzamy sekundami, ale rytmem Julcinych kroków. A Jej zwykle się nie śpieszy ;-) Od osiemnastu lat idziemy w tempie, który narzuca Julka i jesteśmy oswojeni z myślą, że szybciej wcale nie potrzeba ❤️


W drodze powrotnej do hostelu, zupełnie przypadkowo natrafiliśmy na urodzinową wystawę Instytutu Szwedzkiego poświęconą Pippi Långstrump. Dokładnie w 1945 roku ukazała się pierwsza książka z jej przygodami i w tym roku bohaterka kończy 80 lat. Jeszcze kilka lat temu czytałem Julce i Zosi "do poduszki" o przygodach tej niezależnej dziewczynki. Może okrągły jubileusz jest dobrym pretekstem, by sięgnąć po książki Astrid Lindgren ponownie?
Wisienką na torcie naszej sobotniej wycieczki i głównym powodem wizyty w stolicy były kupione prawie rok temu bilety na polską premierę musicalu "Beetlejuice" w Teatrze Syrena. Spektakl oparty na pomyśle i filmie Tima Burtona z 1988, zadebiutował na Broadwayu trzydzieści jeden lat później. Nad Wisłą (dosłownie) - tydzień temu. Bawiliśmy się doskonale! Najbardziej podobało nam się... wszystko! Tam nie ma słabych momentów. Wszystko jest na swoim miejscu. Ocena jest oczywiście mocno nieobiektywna, bo primo kochamy musicale, secundo estetyka burtonowska jest nam bliska od lat, a powiedzieć, że spektakl podlany jest sosem upichconym w kuchni mistrza groteski, to nic nie powiedzieć. On dosłownie nim ocieka. Absolutny światowy poziom pod każdym względem. To również przyczynek do rozmowy z naszymi nastolatkami o śmierci, żałobie i stracie - tematach raczej na co dzień nieeksploatowanych - ale z tym poczekamy, aż emocje trochę opadną.

Julia Totoszko i Marcin "Sosna" Sosiński, duet perfekcyjny.
Eddie Perfect byłby dumny ;-)
To jest spektakl, który należy obejrzeć więcej niż jeden raz. Może nawet trzy razy ;-) Dla nas kolejną okazją będzie premiera chorzowska w Teatrze Rozrywki, w maju przyszłego roku - to koprodukcja obydwu teatrów. A trzeci raz? Hmm... W Hudební Divadlo Karlín w Pradze też aktualnie wystawiają "Beetlejuice'a". Z całym szacunkiem dla naszych południowych sąsiadów - po czesku może być tylko śmieszniej ;-)