Środek lata. Szczyt sezonu ogórkowego. Wszyscy żyjemy urlopami, wakacyjnymi wyjazdami i cenami truskawek na straganie. Niczym, co wpłynęło by znacząco na bieg historii, czy losy świata. To dobrze. Wyhamowanie jest potrzebne. Pozwala nabrać dystansu i zacząć zaplanowany od dłuższego czasu mentalny remont. Najbardziej wymierne efekty daje wyłączenie telefonu. Boli, ale tylko na początku.
Julia Adamowska
piątek, 31 lipca 2026
Szałas na hałas
piątek, 22 maja 2026
Może morze?
Zosia oznajmiła nam kiedyś, że Jej problemem jest to, że "wszystko" pamięta. Nie zauważyłem, by ten szczególny dar przekładał się jakoś bardzo na oceny w szkole średniej, ale być może te nadludzkie zdolności zanikają z wiekiem albo dysk wymaga już formatowania ;-) W każdym razie kilka lat temu dałem Jej słowo, że gdy brytyjski zespół Lovejoy, którego wówczas nałogowo słuchała, pojawi się kiedyś nad Wisłą, to postaramy się o bilety. Stale rozrastający się gust muzyczny nie pokrył rdzą nastoletniej miłości, a adresaci tego uczucia przyjechali do nas w kwietniu. Zosia pamiętała o złożonym przed laty przyrzeczeniu, ale byłem szybszy i miałem już wejściówki ;-)
* Jestem zwierzęciem lądowym. Woda nie jest moją domeną. Nie lubię morza, jezior, stawów, rzek, kąpielisk i basenów. Nawet za deszczem nie przepadam. Muszę czuć grunt pod nogami, by czuć się bezpiecznie. Nie jest łatwo nakłonić mnie do wejścia do jakiegokolwiek akwenu, ale niektórym czasem się udaje ;-)
środa, 1 kwietnia 2026
Pół serio
Pomysł na post okołoprimaaprilisowy urodził się w mojej głowie wczesną wiosną 2022 roku, ale w obliczu agresji Rosji na Ukrainę, bliskości działań wojennych i niepewności o spokojne jutro, nie na miejscu wydawało mi się wówczas epatowanie radością i publikowanie żartobliwych tekstów. Światło dzienne ujrzał wtedy inny wpis, jeden z najkrótszych w historii tego bloga. Lapidarny, podyktowany głosem serca tytuł i rysunek wart wszystkich słów tego świata. Nic więcej. Mój głos sprzeciwu wobec przemocy, barbarzyństwa i terroru wojny, chociaż niestety głos wołającego na pustyni. Grafikę można było wtedy zakupić na licencji niekomercyjnej poprzez wsparcie Polskiej Akcji Humanitarnej i wykorzystać non profit. Do prac jej autora, Pawła Jońcy, wracam do dziś, do czego i Was zachęcam.
Świat się postarzał o cztery lata, ale cywilizacyjnie nawet jeśli nie zostaliśmy w miejscu, to na pewno wróciliśmy do punktu wyjścia. Znowu żyjemy konsumpcyjnie, skupiamy na sobie, błahostki roztrząsamy do rangi niebotycznych problemów. Czujemy się bezpieczni. Okrzepliśmy. Wojna nie wydaje się już czymś tak namacalnym, dotyczących nas bezpośrednio, chociaż za wschodnią granicą nadal nie widać końca konfliktu, a i na Bliskim Wschodzie nakręca się spirala przemocy i giną ludzie. Gdzie będziemy za kolejne cztery lata jako ludzkość? Oby nie z ręką w nocniku.
Czy wobec powyższego wypada mi teraz uderzać w lekkie tony i w wielkie słowa ubierać sprawy, które nijak nie zmienią biegu historii? Do jednego worka pakować stańczykowskie przemyślenia i osobiste metody na rozświetlanie szarości dnia codziennego? Może powinienem zaczekać na lepszy czas, bardziej sprzyjający arlekinadzie? Tak. Nie. Nie wiem. Lepiej to już było. Tym bardziej spróbuję podnieść rękawicę, którą sam sobie rzuciłem. Równowaga wydaje się być tu kluczowa.
Mark Twain podkreślał, że humor to najskuteczniejsza broń przeciw absurdowi tego świata. W "Traktacie o łuskaniu fasoli" - książce, która powinna stać w każdym domu - podobną myśl formułuje Wiesław Myśliwski. Śmiech to zdolność człowieka do obrony przed światem, przed sobą. Pozbawić go tej zdolności to uczynić go bezbronnym. Tyle słowem wstępu.
Doczesną wędrówkę traktujemy poważnie, ale na codzienność staramy się patrzeć z przymrużeniem oka. Dystans to czasem jedyne skuteczne lekarstwo na prozę życia. Staramy się nie przejmować rzeczami, na które nie mamy wpływu. Przechodzimy nad nimi do porządku dziennego. Lubimy się śmiać. Cenimy w sobie wzajem poczucie humoru, lotność i umiejętność tańczenia na cienkiej linie ironii bez bolesnego upadku.
- Połóż się spać Zosiu. Ludzie w Twoim wieku potrzebują snu, żeby oczyścić umysł z wszystkiego, co złe i niepotrzebne wydarzyło się w ciągu dnia, aby zrobić sobie miejsce na nowe złe i niepotrzebne, które wydarzy się jutro.
Można cytować.
Mamy całe portfolio anegdot, psikusów słownych, figli i komicznych żartów sytuacyjnych, które przez lata zmiękczały nam rzeczywistość. Niektóre z nich czytelne są tylko dla nas i wynikają z ulotności chwili albo z patyny osiadłej na rodzinnym polu minowym. Z innymi dzielimy się światem, zapraszając do wspólnego trzęsienia brzuchami ze śmiechu, a czasem do refleksji.
Rozbawiony repliką nie sprawdziłem. Poranny telefon ze szkoły przyniósł odpowiedź, że na wadze tornistra zaważyła... butelka litrowego prosecco. Jak się tam znalazła, to osobna historia ;-)
- A to co?
- Termometr Juleczko.
- Szynka jest chora?
- Tato możesz zrobić mi coś do picia? Tylko pamiętaj: wstrząśnięte, nie zmieszane.
- Co z tym słuchem Julki?
- Wczoraj czyściłam Jej uszy, ale chyba musimy powtórzyć. Jak myślisz Julka?
- Co mówisz?
Niektórzy ludzie rodzą się starzy i niestety nie młodnieją z wiekiem. Trudno określić ile mają lat, ale biorąc pod uwagę skalę zmęczenia światem mogą pamiętać mamuty. A może nawet i tatuty. Bardzo się pilnujemy, by jedynymi zmarszczkami na starość były tylko te mimiczne wyrzeźbione śmiechem. Lwiej bruździe mówimy stanowcze NIE!
Trzymajcie się cieplutko i... prima aprilis ;-)
sobota, 21 marca 2026
Sen o wiośnie
sobota, 31 stycznia 2026
Sprowokowani
Dzisiaj Julka odebrała statuetkę za dwanaście startów w dwunastej odsłonie Gliwickiej Parkowej Prowokacji Biegowej. Raz w miesiącu zrywamy się w wolną sobotę i jedziemy na leśną polanę, by pokonać dziesiątą część maratonu. Cztery kilometry z okładem, czasem więcej, ale zwykle tyle wystarcza, by aktywnie zacząć weekend i dotlenić organizm. Julka rzadko biegnie. Przeważnie maszeruje w naszym towarzystwie, niesiona dopingiem mijających nas przyjaciół i znajomych. Z wiatrem w zawody idzie tylko na widok obiektywu aparatu ;-) Dedykowane okrążenie kończy na ogół po półtorej godzinie, a jeśli ma dobry dzień, to urwie z tego kwadrans. Wynik adekwatny do kadencji, ale nie ma to dla nas znaczenia. Każdy krok to sekunda życia dłużej, cieszą zatem kolejne przedeptane metry i czas spędzony razem. Nie jest łatwo. Nie mamy w rodzinie tradycji sportowych. Dziadek co prawda grał kiedyś w piłkę z Lubańskim, a tata biegał ultra na limitach, ale to było dawno i w dodatku był młodszy o parę kilo ;-)
Dwanaście startów, to w praktyce dwanaście miesięcy zmagań z własnym lenistwem, wymówkami i ograniczeniami. Ciężko jest rano wstać i zmusić się do wyjścia, zwłaszcza gdy za oknem trzyma tęgi mróz, prognozy straszą deszczem lub żar leje się z nieba. Nietrudno o dezercję. Niemniej staramy się nie odpuszczać i na przekór wszelkim realnym i wyimaginowanym przeciwnościom stawać na linii startu. I nawet gdy Julka zaczyna niemrawo i o każdy kolejny krok trzeba toczyć z Nią boje, to metę zawsze przekracza w stylu godnym czołowych lokat.
.jpg)























.jpg)
