piątek, 22 maja 2026

Może morze?

Zosia oznajmiła nam kiedyś, że Jej problemem jest to, że "wszystko" pamięta. Nie zauważyłem, by ten szczególny dar przekładał się jakoś bardzo na oceny w szkole średniej, ale być może te nadludzkie zdolności zanikają z wiekiem albo dysk wymaga już formatowania ;-) W każdym razie kilka lat temu dałem Jej słowo, że gdy brytyjski zespół Lovejoy, którego wówczas nałogowo słuchała, pojawi się kiedyś nad Wisłą, to postaramy się o bilety. Stale rozrastający się gust muzyczny nie pokrył rdzą nastoletniej miłości, a adresaci tego uczucia przyjechali do nas w kwietniu. Zosia pamiętała o złożonym przed laty przyrzeczeniu, ale byłem szybszy i miałem już wejściówki ;-)

Lovejoy, Tama Poznań

Ochrona przed klubem nawet mnie nie sprawdziła. Chyba nie wyglądałem groźnie. Pokolenie wysokich ludzi w za dużych ubraniach - brodatych studentów i młodszej młodzieży z rodzicami - szybko wypełniło salę i zaczął się koncert. Fantastycznie było móc zerkać na Zosię, jak bawi się na swoim pierwszym, "dorosłym" koncercie i zapisuje wszystko pod powiekami, a nie w pamięci telefonu. Będę miał ten obraz przed oczami zawsze. Po dwóch godzinach stania zostawiłem Ją samą i poszedłem usiąść na kolejne sześćdziesiąt minut w foyer. Mój kręgosłup jest już za stary na całe koncerty na stojąco, ale najwyraźniej nie tylko ja cierpię na taką przypadłość, gdyż hol był pełen czekających rodziców ;-) Miłość jest też wtedy, kiedy jedziesz pół Polski na wieczorny koncert ulubionego zespołu swojego dziecka, chociaż to zupełnie nie są twoje klimaty, ale radość w jego oczach wynagradza ci wszelkie niedogodności.

Żeby dotrzeć z domu nad Bałtyk mamy do pokonania już cały kraj, a u podstaw takiej podróży nie kryje się tylko feblik, ale również konieczność. W układach krążenia piękniejszej części naszej rodziny płynie bowiem morska woda i wszystkie muszą co jakiś czas wrócić na Wybrzeże, by nasycić jodem krwiobiegi*. Półtorej dekady letniego wypoczynku w Kołobrzegu nie wzięło się znikąd ;-)
Dwa lata temu odkryliśmy dla nas Trójmiasto. Do domu przywieźliśmy walizkę wspomnień, zabłąkane drobiny piasku i postanowienie rychłego powrotu nad Zatokę Gdańską. Na realizację obietnicy przyszło nam czekać aż do ubiegłego miesiąca, gdy w ramach przedłużonego weekendu odwiedziliśmy urodzinowo Gdynię. Stulatka przywitała nas słoneczną pogodą, wiatrem wiejącym od lądu i zacumowanym w tym samym miejscu od czterdziestu lat "Darem Pomorza". Czas jest łaskawy dla tej fregaty, bo chociaż ma więcej lat niż miasto, w którego porcie cumuje, to nadal robi wrażenie. Zwłaszcza na takich szczurach lądowych, jak my. 
Miasto z morza i marzeń poznawaliśmy odmierzając jego ulice długością Julcinych kroków. Nieśpiesznie. W tempie dostosowanym do schylania się po każdy okruch reminiscencji. Za mało ich, by uzbierać cały bochenek, za krótko. Wypada nam zatem dopisać Gdynię do długiej listy planowanych powrotów. Może złoży się, że nie będziemy czekać na ponowne odwiedziny kolejnych dwóch lat.

Plany są potrzebne. Widać cel. Można wyznaczyć kierunek. Wziąć azymut na marzenia. Nie zawsze je realizujemy. Nie musimy. To tylko rama, na której rozpinamy płótno aktualnej rzeczywistości. To, co na nim namalujemy, zależy tylko od nas. Zagruntowane podobrazie może się wydawać białą plamą, ale my widzimy na nim... wszystko. Owszem, zasnute mgłą lub otulone puchową kołdrą śnieżycy, ale wyraźnie widoczne ;-) Trzeba tylko nauczyć się patrzeć pod powierzchnię. Kwestia perspektywy.



* Jestem zwierzęciem lądowym. Woda nie jest moją domeną. Nie lubię morza, jezior, stawów, rzek, kąpielisk i basenów. Nawet za deszczem nie przepadam. Muszę czuć grunt pod nogami, by czuć się bezpiecznie. Nie jest łatwo nakłonić mnie do wejścia do jakiegokolwiek akwenu, ale niektórym czasem się udaje ;-)