wtorek, 12 lipca 2016

Pożegnamy przedszkole, pokłonimy się szkole...

Wielkie podziękowania Andrzejowi Koniecznemu ze Świbia, oraz M. z Katowic (ostatnio dostałem reprymendę za - jak to określiła - "wytykanie po nazwisku" ;-) ), za czerwcowe jeszcze darowizny wpłacone na Julcine subkonto w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą".  Turnus rehabilitacyjny zbliża się wielkimi krokami - dokładamy do skarbonki :-)

Ten dzień musiał w końcu nadejść. Julcia opuszcza przedszkolne mury. Już w  zeszłym roku podzieliłem się z Wami refleksją na temat dotychczasowej drogi, jaką było Jej dane przejść na tym etapie edukacji i jakie miała szczęście do ludzi, którzy Jej towarzyszyli. Właściwie niewiele mogę jeszcze dodać. Swoją przygodę z GCERem zaczęliśmy, gdy Jula miała kilka miesięcy. Na początku rehabilitacja, spotkania z psychologiem, neurologiem, logopedą. Nieustanna gonitwa.  Przecież poza potrzebami dyktowanymi posiadaniem przez Julę dodatkowej informacji genetycznej, konieczne były standardowe wizyty lekarskie wynikające z Jej niemowlęctwa. Nie mam pojęcia, jak nam się wtedy udawało gospodarować czasem?! :-)
Mając skończone półtora roku, Jula została zakwalifikowana do nowo powstałej grupy wczesnoprzedszkolnej. Nam pozwoliło to złapać w codziennym zabieganiu drugi oddech, a Juli dało świetne podstawy pod późniejszą edukację.

Przez kolejne lata Jula miała fart do wyjątkowych pedagogów. Ludzi oddanych swojej pracy, a nie tylko do niej przychodzących. Nie sposób Wszystkich wymienić*. Niepodobna również nie wspomnieć o jednej wyjątkowej Osobie. Niezwykle ciepła, wrażliwa, oddana dzieciom, profesjonalna w każdym calu, "złota kobieta" (jak Ją określił w prywatnej rozmowie autor niesamowitego zdjęcia, które kiedyś dane było mi charytatywnie wylicytować ;-) ), wychowawczyni Julci od "pierwszego dzwonka" - pani Monika Sulowska.


Pani Moniko - za trud włożony w pielęgnację, wychowanie i edukację naszej Juli - DZIĘKUJEMY! 

Koniec roku przedszkolnego, to również moje pożegnanie z  Radą Rodziców. Dziękuję wszystkim opiekunom i nauczycielom współpracującym za te ostatnie lata. To był dobrze zagospodarowany czas. Fajnie było uczestniczyć w tym wszystkich szalonych projektach :-). Wiele się nauczyłem. Przede wszystkim tego, że dobrze ulokowany czas i energia, może zaprocentować uśmiechem na twarzach Dzieci. Także tego, że wszystko co robimy w strukturach RR, robimy dla Nich. Co więcej, wszystko to można robić bezinteresownie. 
Za wszystkie potknięcia przepraszam, zawsze starałem się iść drogą, którą uważałem za najwłaściwszą.

(Patrzę na to zdjęcie i zastanawiam się, ileż to par okularów Jula załatwiła przez te osiem lat? Kilkanaście... ;-) )

Klamrą domykającą naszą obecność w GCERze, jest ogłoszona kilka dni temu przez lokalne centrum handlowe, akcja rowerowego "zbierania" kilometrów. Każdy przejechany na terenie województwa śląskiego kilometr, zaprocentuje 15 groszową cegiełką, która zasili konto Julcinego Ośrodka. Docelowo trzeba wspólnie "zebrać" sto tysięcy kilometrów, co przełoży się na wpłatę 15 000 zł. Rodzinnie oczywiście dokręcimy swoje, chociaż Jula naturalnie już nie będzie miała możliwości skorzystania w żaden sposób z tych funduszy. Nieważne.  Spożytkują to inne dzieci :-)
Warto kręcić te kilometry, bo zarówno cel szczytny, a i pieniądze dobrze ulokowane :-)
Szczegóły akcji znajdziecie TUTAJ :-)

Od września czekają na nas nowe wyzwania. Również logistyczne ;-)
Udanych wakacji dla Wszystkich i  "do przeczytania" niebawem :-)
__________________________

*ale mogę spróbować :-)
Basia Zatora, Basia Miotła, Małgosia Kozik, Agnieszka Bugaj, Iza Drabik, Małgosia Eichhof, Agata Pikus, Ala Groborz, Ania Horzonek, Ala Zachariasz, Kasia Zamora. Pamięć ludzka bywa zawodna. Wybaczcie, jeśli kogoś pominąłem. 




sobota, 18 czerwca 2016

Bieszczadzkie impresje

Kiedy w zeszłym roku wspominałem o moim bieszczadzkim debiucie, w najśmielszych marzeniach nie sądziłem, że tak wsiąknę w te góry. Oczywiście, znałem Bieszczady z kart albumów,  z piosenek Starego Dobrego Małżeństwa, Wolnej Grupy Bukowiny, czy wreszcie harasymowiczowskiej, szeroko pojętej Krainy Łagodności. Pojechałem, wróciłem na Śląsk, ale serce zostało wśród bieszczadzkich buków. 


Maj okazał się łaskawy dla naszych rodzinnych wojaży, ponieważ odwiedziliśmy Bieszczady, aż dwukrotnie. Z początkiem miesiąca spędziliśmy kilka dni, w zapomnianej przez Boga wiosce nieopodal Lutowisk. Podczas gdy Mama Kasia spełniała się w organizowaniu wolnego czasu trójce dzielnych Zuchów, Tata Jacek wespół z resztą dorosłej ekipy przecierał biegowo górskie szlaki. Udało się z Ustrzyk Górnych zdobyć Połoninę Caryńską, następnie odwiedziliśmy osławioną Chatkę Puchatka na Połoninie Wetlińskiej i dalej, zielonym szlakiem przez Małą Rawkę, udaliśmy się na najlepsze pod słońcem naleśniki do bacówki PTTK pod wyżej wymienioną ;-)



Innym razem, pokusiliśmy się o zdobycie Tarnicy -  najwyższego szczytu Bieszczadów po tej stronie granicy. Wybraliśmy trudniejszą,  ale również mniej uczęszczaną (czytaj spokojniejszą) trasę przez Szeroki Wierch. Każda wylana kropla potu, każdy krok wędrówki, warte są widoku, jakim uraczyła nas Królowa. Co prawda pożegnała na odchodne deszczem, ale kapryśność ponoć wpisana jest w majestat ;-)

Cisna i okolice - kolejny cel naszej wędrówki. Wioska cudów. Tu wspinający się niedźwiedź, okazuje się być dumnym orłem*, dzieci modlą się przed pomnikiem poległych milicjantów, a wybierający się po rozkosze podniebienia do najlepszej w okolicy karczmy, może wrócić do domu z dziełem sztuki, nie tylko kulinarnej ;-).

(Tę piękną ramę niestety musieliśmy niestety wymienić na mniej zamieszkaną przez "tykających" mieszkańców. 
Kolejna noc z harcującymi szkodnikami była nie do przejścia ;-) )

Kolejna okazja do odwiedzenia Bieszczadów nadarzyła się kilka tygodni później. W znanym już z poprzedniego wyjazdu składzie, powiększonym o Alę z Rodzicami i grono kilkunastu (co najmniej) przyjaciół i znajomych,  zmierzyliśmy się z własnymi słabościami na trudnych szlakach Rzeźnickiego Festiwalu Biegowego.
Dziewczynki wystartowały w Rzeźniczątku, zasilając ponad czterystuosobową grupę dzieci i młodzieży w różnym wieku.

(Zosia w swojej kategorii wiekowej pokonała siedemdziesiąt metrów po niełatwym trawiastym podłożu)

(Ala przecinała powietrze zwalniając dopiero za linią mety :-))

Jula naturalnie pobiegła ze zdrowymi rówieśnikami na dystansie czterystu metrów. Dotarła do mety jak zwykle ostatnia, ale nie udało by się to, gdyby nie motywacja animatorów biegu i doping zgromadzonej publiczności.

Jeszcze raz wielkie ukłony dla Organizatorów za dopuszczenie Juli do biegu i za ogarnięcie takiej ilości... rodziców ;-) 

Wujek Irek, ciocia Beata i mnóstwo innych nie biegających wcześniej po górach znajomych, debiutowało na prawie trzydziestokilometrowej trasie Rzeźniczka. Inauguracja udana, bo z tego co wiem, każde z Nich wraca w Bieszczady pobiegać jesienią  :-)

Tata w tandemie z ciocią Mi (;-)), podjął próbę zmierzenia się z ponad osiemdziesiąciokilometrowym odcinkiem Biegu Rzeźnika. Nazwa zobowiązuje, więc na trasie czekała na nas prawdziwa "rzeźnia", ale... udało się bieg ukończyć bez kontuzji, z prawie półgodzinnym zapasem przedłużonego limitu czasowego :-)

 (Wprawne oko dostrzeże ubiegłoroczną "Julciną" koszulkę, a także obie Dziewczynki dzielnie podążające za Tatą na finałowych metrach :-) )

Wspaniała przygoda, ale również wielka lekcja pokory. Chapeau bas przed każdym, kto dotarł do mety w podstawowych widełkach czasowych. Gratulacje! :-)

 
Miłość do Bieszczadów udało się zaszczepić także mojej ładniejszej Połowie, więc jesienią wracamy tam znowu! :-)

Pozdrawiamy przedwakacyjnie :-)
 
PS Zdjęcia Beata, Kasia, oraz oficjalna strona Biegu Rzeźnika. Ewa dzięki za screen z mety :-)

* ;-)

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Zaplecze, czyli prywatnie o I Biegu Charytatywnym św. Goara.

Kochani - od kilku lat zwracamy się do Was z prośbą o wsparcie finansowe, które po zaksięgowaniu na indywidualnym koncie w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą", staje się dla nas bazą do opłacenia Julcinych turnusów rehabilitacyjnych. Zwykle przekazujecie swój 1%, ale możliwa jest także darowizna (z odpowiednim tytułem przelewu ;-) ). O ile wpłaty przechodzące przez Wasze rodzime Urzędy Skarbowe zwykle pozostają dla nas anonimowe, to księgowane darowizny są już imienne i możemy Wam podziękować personalnie :-) Z tej ostatniej formy wsparcia Julcinej walki z własnymi ograniczeniami, skorzystał w kwietniu Pan Maciej Grubel z firmy Itamar Group Sp. z o.o. z Gliwic, oraz w maju  - Państwo Renata i Piotr Kowalczyk z Krakowa. DZIĘKUJEMY!!! :-)
-----------------------------
Tradycją Gliwickiego Centrum Edukacyjno - Rehabilitacyjnego, w którego strukturach znajduje się Julcine przedszkole,  jest coroczny event, zawsze przygotowywany w najdrobniejszych szczegółach przez grono pedagogiczne i rodziców. W historii Ośrodka zdarzały się koncerty charytatywne  zaprzyjaźnionych gwiazd polskiej sceny muzycznej i kabaretowej, przedstawienia teatralne z udziałem rodziców i kadry przedszkolnej, czy festyny rodzinne w szerokim zakresie rozumienia. W tym roku takim wydarzeniem był I Bieg Charytatywny św. Goara i towarzyszący mu festyn. W połowie maja, po półrocznych - niełatwych dla debiutantów -  przygotowaniach, na starcie zameldowało się prawie sto siedemdziesiąt osób. Trzy sposoby pokonania trasy, ale cel jeden: zebranie środków na budowę atestowanego placu zabaw dla naszych podopiecznych. Ktoś mógłby zadać pytanie, po co dzieciom niepełnosprawnym plac zabaw? Odpowiem najlepiej, jak potrafię. Wychowankowie GCER-u dźwigają przez życie przeróżny nadbagaż. Rehabilitanci, terapeuci i nauczyciele Ośrodka, poprzez codzienną terapię pomagają Im ten balast nieść. Rodzice w domach też nie zasypują gruszek w popiele. W systematycznej walce o kolejny "krok" łatwo zapomnieć, że pod tym płaszczem niepełnosprawności kryją się po prostu... dzieci. Z takimi samymi potrzebami, jak Ich zdrowi rówieśnicy. Z chęcią beztroskiej zabawy na świeżym powietrzu. Każdy, kto  tego dnia stanął na linii startu, może czuć się zwycięzcą! Zwyciężył nie tylko z sobą, czy z konkurentem, ale przede wszystkim ze stereotypami. Jednym z celów biegu było zapobieżenie wykluczeniu społecznemu osób niepełnosprawnych i  szeroko pojęta integracja. W tym dniu sprawiliśmy, że słowo stało się czynem, że niepełnosprawność została odsunięta na dalszy - drugi, trzeci - plan. Cel, na który zbieraliśmy stał się namacalny, a uśmiechy dzieciaków korzystających w przyszłości z placu zabaw - bardzo realne :-)

Samo résumé tej wielkiej imprezy integracyjnej dostępne jest już na stronach Ośrodka, z przebogatą galerią zdjęć, na których wprawne oko z pewnością wyłowi nasze Dwa Żywioły ;-)
(fot. Czesia Włuka)
Na koniec - a jakże - prywatne podziękowania :-)

Wszystkim znajomym, przyjaciołom i rodzinie - za obecność, pomimo rożnych innych ważnych spraw.
Wszystkim Tym, którzy z różnych względów nie mogli wystartować, a chcieli pomóc - za wkład finansowy.
Rodzimej Firmie - za kredyt zaufania :-)
Mirkowi i Andrzejowi - za opiekę i pomoc.
Wojtkowi i Arturowi - za dobre rady i... kije :-)
Januszowi i Wiktorowi - za asystę w znakowaniu trasy i otwartość na propozycje :-)
Bogusi - za promocję :-*
Markowi Jaroszewskiemu - za spełnione deklaracje i wsparcie mentalne.
Agnieszce i Sandrze - za przybycie i start, mimo nocnego biegu w Krakowie :-*
Ewie - za gotowość do załatwiania spraw gardłowych ;-)
Emilii - za pierwszy start w sezonie :-)
Beacie - za towarzystwo na trasie :-) 
Oli i Kasi - za przyłączenie się do grona sponsorskiego :-)
Kasi - za znoszenie moich drobnych poprawek i cierpliwość ;-)
Maćkowi - za krótkofalówki (chip schowany w skarpetce - mistrzostwo świata! ;-) )
Marysi - za obecność :-*

Czy o Kimś zapomniałem?

Dziewczynom z Ośrodka - za ostatnie pół roku, klepnięcie pomysłu, hektolitry kawy i budujące rozmowy. Fajnie było móc w tej inicjatywie wziąć udział :-)

Na koniec mojej Żonie i Matce Dwóch Żywiołów - za zapanowanie nad Nimi podczas załatwiania różnych tego dnia spraw i za to, że pozwala mi angażować się we wszelkiej maści zwariowane projekty i doprowadzać je do końca ;-)

czwartek, 12 maja 2016

Nic nowego pod słońcem

Maj wybuchł niespodziewanie słońcem i złoto żółtymi polami kwitnącego rzepaku. Staję przy drodze, uchylam okna, zamykam oczy i zanurzam się w odurzającym miodowym zapachu. Potem znów je otwieram i nie mogę się nadziwić, jak przyroda mogła stworzyć coś tak niezwykłego. 


Minioną sobotę spędziliśmy w pięknych plenerach toszeckiego zamku. Pretekstem do odwiedzenia sąsiedniej gminy, była druga już edycja Biegu o Złotą Kaczkę*. Dziewczynki wystartowały w swoich kategoriach wiekowych, Tata spróbował sił w biegu głównym. 




Jula niesiona falą dopingu zgromadzonej publiczności, jakby zapominając o wcześniejszych deklaracjach, wybiegała sobie trzecie miejsce. To nic, że przybiegła ostatnia, a w Jej kategorii startowały trzy dziewczynki. Autentyczną radość, z jaką biegła i z jaką odbierała statuetkę, zapamiętam chyba na zawsze :-) (Chodzi teraz i chwali się wokół, niczym Zygzak McQueen: "Jestem szyyybka!" ;-) )

W tym miejscu serdeczne podziękowania dla Kasi Jendrysik, która kreatywnie zajęła się Dziewczynkami w czasie, gdy Tata mierzył się z trudną trasą biegu głównego.  Polecamy się w przyszłym roku :-)


Nie samym sportem żyjemy. Hołdując zasadzie "coś dla ciała, coś dla ducha", szukamy również innych form wypoczynku. Okazją do uspokojenia umysłu (nie tylko dziecięcego), była ostatnia wizyta w Gliwickim Teatrze Muzycznym. Dzięki zaproszeniu Marysi, mieliśmy okazję zobaczyć niesamowity spektakl, oparty na miejscowej legendzie -  "Chłopiec z Gliwic".  Z jednej strony świetna zabawa, z drugiej ciekawie przeprowadzona lekcja historii i możliwość zagłębienia się w opowieść, która dzieje się tu, na miejscu, a nie gdzieś za wyimaginowanymi siedmioma (tu wstaw cokolwiek ;-) ). 




Samo przedstawienie niezwykle barwne i pełne humoru, a aktorzy prowadzący narrację w interakcji z publicznością, zaskoczyli mnie absolutnie. Dawno się tak dobrze nie bawiłem ;-) Rozczuliło mnie zupełnie może czteroletnie (?) dziecko, które w pełnym zaangażowaniu i z wiarą w słuszność wykonywanej czynności - właśnie w skutek inspiracji jednego z aktorów - powiedziało na głos "Mamo, a ja pomagam panu uratować Gliwice, wiesz?" ;-) Na sali nie było nikogo, kto by się nie roześmiał, co tylko potwierdza, że nadal najlepsze scenariusze pisze życie :-) Dziewczynki naturalnie również zachwycone, ale tego już chyba nie muszę dodawać? ;-)
 




Kochani - dobiegł końca czas rozliczania się Urzędami Skarbowymi. Wiem, że sporo z Was postanowiło w tym roku przekazać swój 1% na naszą Julę. Dziękujemy Wam z całego serca! Dziękujemy również Wszystkim, którzy pomogli nam w dystrybucji Julcinych ulotek. Dziękujemy także Tym, którzy agitowali za Julą na swoich stronach internetowych i profilach w mediach społecznościowych. Dziękujemy Wszystkim bezimiennym darczyńcom i dobrym duchom, pozostającym w cieniu. O efektach naszych wspólnych działań będzie nam dane przekonać się dopiero na jesieni, gdy Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" zacznie księgować przekazane sumy na subkontach swoich podopiecznych. Zanim przyjdzie słota, czeka nas jeszcze turnus rehabilitacyjny, w całości pokryty z wpłaconego przez Was w ubiegłych latach 1% :-) Dzięki Wam Jula staje się sprawniejsza ruchowo. Dzięki Wam zdobywa laury na zawodach sportowych. To działa. Ta statuetka jest dla Was!

PS Zdjęcia: strona fb II Biegu o Złotą Kaczkę, Artur, Strona GTM-u i Tata ;-)



*O naszym udziale w pierwszej można poczytać TUTAJ

niedziela, 17 kwietnia 2016

Tik, tak, tik, tak...

Na ręce pani Anety Aleksandrowicz z Olesna - serdeczne podziękowania za wpłaconą w marcu darowiznę. Jula skorzysta z niej już w najbliższe wakacje podczas turnusu rehabilitacyjnego w Borach Tucholskich :-)

Przed nami niełatwy wybór nowej szkoły dla Juli. Po praktycznie dziewięciu latach naszego funkcjonowania  w strukturach Gliwickiego Centrum Rehabilitacyjno - Edukacyjnego, a w ramach Julcinej edukacji - nie przymierzając - ponad siedmioletniego, przyszedł czas na zmiany. Za nami wizyta w Poradni Psychologiczno - Pedagogicznej, pod koniec miesiąca orzeczenie i decyzja do podjęcia...
Od początku wahaliśmy się między dwiema placówkami i tak się złożyło, że obydwie mieliśmy okazję odwiedzić w tym miesiącu: Szkołę Podstawową przy gliwickim Zespole Szkół Ogólnokształcących Specjalnych nr 7, oraz Niepubliczną Specjalną Szkołę Podstawową w Katowicach, działającą pod skrzydłami Fundacji Arka Noego. 
W pierwszej gościliśmy przy okazji rodzinnych warsztatów integracyjnych, na których w ubiegłych latach mieliśmy okazję z Julą się pojawiać.





Szczegóły naszej "Podróży za jeden uśmiech" i więcej zdjęć znajdziecie na stronie szkoły, z której to pozwoliłem sobie zaczerpnąć powyższe zdjęcia :-) Serdeczne podziękowania dla pani Patrycji za coroczne zaproszenia! 

Okazją do odwiedzenia drugiej placówki był rodzinny piknik, również pełen atrakcji :-)




Niespodzianką dla Dziewczynek był koncert dziecięcej grupy Arka Noego - pozostały nam po nim świetne wspomnienia i płyta, którą Zosia dostała od Roberta Friedricha :-)

Julce podobają się obie szkoły i zdaje się, że w każdym z odwiedzonych gmachów czuje się dobrze. Zarówno o pierwszym, jak i o drugim mówi "moja szkoła" ;-) Wyboru dokonamy my, mamy jeszcze na to parę chwil, ale zegar nieubłaganie kroczy na przód zupełnie nie przejmując się naszymi rozterkami... A tych nie brakuje :-/

środa, 23 marca 2016

"Julki nie biegają!" ;-)

Tak, wiem. Miało być o turnusie rehabilitacyjnym w Borach Tucholskich, ale tyle się dzieje pozytywnego, że chcę na świeżo podzielić się z Wami: historią, obrazem, emocjami.
Bory muszą poczekać :-)
Biegamy sobie tu i tam. Ruszamy się z czterech ścian i idziemy do ludzi. To też forma rehabilitacji. Wielopoziomowa. Korzysta na tym Julia, zarówno fizycznie, jak i społecznie, ale także i środowisko, w jakim dorasta. Transakcja wiązana. W szerokim zakresie pojmowania. Ci, z którymi spotykamy się podczas różnych eventów, mogą zobaczyć, że niepełnosprawność intelektualna nie zamyka drzwi, a wręcz je otwiera, że pod  - nomen omen - zespołem cech, kryje się przede wszystkim Człowiek...
Pomijając oczywistą korzyść płynącą z aktywności fizycznej, Julia dostaje również dodatkową możliwość  uspołeczniania się, kontaktu ze zdrowymi rówieśnikami, pełnoprawnego uczestniczenia w życiu publicznym. Co ważne, odnoszę wrażenie, że to działa :-)

Marzec, to dla nas dwa ważne biegi. Pierwszy  - charytatywny - dla koleżanki z Julcinego przedszkola Ani Starosolskiej. Anię można było wesprzeć podczas niedawnego festynu sportowego, zorganizowanego z okazji Dnia Kobiet. Za wykupioną cegiełkę startową, starsi mogli pobiec w ulicznej piątce, młodsi zmagali się z przeszkodami na torze Runmageddon Kids.






Dziewczyny wróciły do domu przemoczone i umorusane, ale na szczęście przed Mamą, więc pralka znów miała okazję wykazać się szybkością ;-) 
A na moje "Zosiu jedziemy do domu się ogrzać", ta odpowiedziała: "Przecież możemy się ogrzać przy grillu... ". No tak, przecież to oczywiste ;-)

Drugi z naszych marcowych biegów, to wydarzenie ostatniego weekendu: wspólny rodzinny trucht po nowo oddanym do użytku odcinku Drogowej Trasy Średnicowej. W pełnym, czteroosobowym składzie :-)


Właściwie wszystkiego było po trochu: bieg, trucht, marsz. Z akcentem na to ostatnie ;-) Mama debiutowała, a w myśl zasady You will never run alone, nie mogliśmy Jej zostawić.
Jula po przekroczeniu maty sczytującej chip szybko zdecydowała, że dalej pokona trasę na ramionach Taty (z czym liczyliśmy się od początku), a Zosia dzielnie biegła dalej przemierzając na własnych nogach około siedmiu kilometrów, z jedenastu w ogóle! Mam dla Niej ogromny podziw! Jej dotychczasowy rekord wynosił trzy kilometry na Gliwickiej Parkowej Prowokacji Biegowej w zeszłym roku!
Jula, no cóż... Jakby tak zebrać wszystko razem, to może z kilometr by się uzbierał. Z niewielkim okładem  ;-)  Chociaż muszę przyznać, że ostatnie metry - pod górkę  - pokonała samodzielnie. Zaskoczyła chyba wszystkich, gdy po przekroczeniu linii mety obróciła się na pięcie i zaczęła głośno kibicować ostatnim zawodnikom. Wzruszyła mnie tym strasznie :-)
Mama po drodze "umarła" kilka razy, ale biorąc pod uwagę, że Dziewczynki nie gardziły Jej plecami i traktowały je  pospołu z ramionami Taty, jak nie przymierzając rykszę - debiut zaliczamy ;-)
Résumé - zmieściliśmy się w limicie, z dwu i pół minutowym zapasem :-)

Dziewczyny -  z(a)męczone, ale szczęśliwe. W mojej ocenie spędziliśmy bardzo przyjemnie tych kilka godzin, chociaż buntów spodziewałem się po Wszystkich (bez wyjątku ;- ) ). Jula już w zeszłym tygodniu zastrzegała obrażonym tonem: "Julki NIE biegają!" ;-) Jakby nie patrząc , postawiła na swoim, ale...kropla drąży skałę :-) Małymi kroczkami do mety. Do każdej mety :-)

PS Zdjęcia Robert Osiński, Studio Latawiec i Jola Błasiak - Wielgus - dziękujemy! :-)



niedziela, 13 marca 2016

Dwa Oblicza Szczęścia :-)

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam
Na pierwszej stacji, teraz, tu!
Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat bo wysiadam
Przez życie nie chce gnać bez tchu

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
Gubiąc wątek i dni
A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!
A życie przecież po to jest, żeby pożyć
By spytać siebie: mieć czy być?
Bo życie przecież po to jest, żeby pożyć
Nim w kołowrotku pęknie nić

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
Gubiąc wątek i dni
A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam
Na pierwszej stacji, teraz, tu!
Już nie chce z nikim ścigać się, z sił opadam
Przez życie nie chce gnać bez tchu

Będę tracić czas, szukać dobrych gwiazd
Gapić się na dziury w niebie
Jak najdłużej kochać Ciebie
Na to nie szkoda mi zmierzchów, poranków i nocy.

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
Gubiąc wątek i dni

A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!
Bo życie przecież po to jest ,żeby pożyć
By spytać siebie: mieć czy być?
Bo życie przecież po to jest, żeby pożyć
Nim w kołowrotku pęknie nić...



Tekst Magdy Czapińskiej ma już siedemnaście lat, ale odnoszę wrażenie, że nic nie stracił na swojej aktualności. Wręcz przeciwnie. Biegniemy, coraz szybciej, coraz dalej. Gonimy - nie wiadomo za czym. Za szczęściem? Hmm...
Szczęście mamy na wyciągnięcie ręki. Tak ulotne, że prawie niezauważalne w pędzącym pociągu codzienności. W uśmiechu dziecka płynącego ze wspólnie spędzonego czasu. W posiłkach przy stole. Naturalnie razem. W głośnym czytaniu Dziewczynkom (ostatnio Mary Poppins :-) ). W tym, że słońce przebija się przez chmury. Albo w tym, że właśnie deszcz wystukuje miarowo za oknem o parapet, w piecu płonie ogień, a my możemy zatopić się w lekturze, bo Dzieci poszły spać i dziś - wyjątkowo - wstały tylko dwa razy do toalety, zamiast tradycyjnych sześć, czy siedem ;-) W płynących raz po raz, zewsząd sygnałów akceptowania społecznego Julci - z całym nadbagażem, jaki wniosła na pokład naszego życia. W przyjaciołach. Starych i nowych :-)
Szczęście dla każdego ma inny synonim. Tu staram się pisać o swoim, naszym. A właściwie o dwóch jego Obliczach ;-)


 (Zdjęcia pochodzą z ostatnich Zosinych urodzin. 
Jolu - dziękujemy! :-*)

W miniony weekend wyjechaliśmy przewietrzyć głowy. Po doświadczeniu ostatnich tygodni bardzo tego potrzebowaliśmy. Kielecka ziemia przywitała nas wiatrem i chłodem, ale jakoś nam to nie przeszkadzało. Po załatwieniu spraw stowarzyszeniowych, już w drodze powrotnej, odwiedziliśmy staruszka Bartka. Wiekowy dąb nadgryziony zębem czasu, zaplombowany cementem i żywicą, nadpalony, podparty teleskopowymi podporami zrobił na nas olbrzymie wrażenie.


(Tu jeszcze się Kuba załapał do rodzinnego zdjęcia :-) )

Dziewczynkom - śmiem twierdzić - bardziej spodobało się zwiedzanie ruin królewskiego zamku w pobliskich Chęcinach. Zosia tylko coś tam marudziła pod nosem, że myślała, iż spotka księżniczkę... Zupełnie tego nie rozumiem. Osobiście spotkałem trzy ;-)

(Zosia po tym weekendzie zyskała nowy przydomek: Atomówka. 
Kto przynajmniej raz Ją spotk - wie dlaczego ;-))

Za nami również zimowy turnus rehabilitacyjny w Borach Tucholskich. Jula dzielnie pracowała i co dziwne, nie sprawiała wrażenia zmęczonej po tych dwóch tygodniach.

O samym turnusie w następnym poście :-)