Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zespół Downa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zespół Downa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 kwietnia 2018

Biegamy - pomagamy! :-)

Gliwickie Centrum Edukacyjno - Rehabilitacyjne zostało w tym roku wyróżnione w plebiscycie Człowieka Ziemi Gliwickiej 2017!

Cytując kapitułę*: "To zespół lekarzy, fizjoterapeutów, psychologów, logopedów, pedagogów, terapeutów zajęciowych  i pielęgniarek, ludzi oddanych pracy i pełnych pasji. Przez ćwierć wieku wspólnie stworzyli unikatowy w skali kraju ośrodek, stawiając na uznane, nie tylko w Polsce, ale i na świecie, metody oraz tworząc własne, autorskie, programy. Dzieci z różnymi dysfunkcjami są w centrum ich świata, a największą nagrodą dla zespołu jest ich uśmiech. GCER uhonorowano za wieloletnie zaangażowanie w budowanie unikatowego systemu opieki nad dziećmi niepełnosprawnymi i ich rodzinami, stworzenie nowatorskich metod lecznictwa i rehabilitacji, społeczną intuicję i wrażliwość oraz kompleksowe podejście do istotnych problemów związanych z niepełnosprawnością."

Znamiennym jest fakt, że już w 2002 roku tytuł Gliwicjusza odebrała dr Ludwika Gadomska, która ćwierć wieku temu wchodziła w skład grona pomysłodawców i współzałożycieli gliwickiego Ośrodka. Tak historia zatacza koło, ale przecież się nie kończy, tylko wchodzi na nowe tory, niezapisane jeszcze karty...

Jedną z nich będzie w tym roku trzecia edycja Biegu św. Goara - charytatywnej imprezy organizowanej przez gliwicki GCER. Przygotowania do niej zaczęły się na jesieni, a na wielki finał musimy wszyscy poczekać do 19 maja :-) Szczegółowy program imprezy, oraz zapisy na stronie placówki :-)



Za nami również Bieg Kolorowej Skarpety - charytatywna impreza zorganizowana przez Fundację Arka Noego z Katowic, pod której skrzydłami mieści się Julcina szkoła.
Z okazji Światowego Dnia Zespołu Downa na całym świecie odbywały się przeróżne eventy, także biegi charytatywne, w tym nasz katowicki na symbolicznym odcinku 3,21 km ;-)

Pierwsza edycja przyciągnęła przede wszystkim przyjaciół, sympatyków i członków rodzin. Ludzi o wielkich sercach, których nie wystraszył siarczysty mróz, ani nie rozśmieszył lapidarny dystans ;-) Marysia, Viola z córkami, Agnieszka z ekipą Zabieganych Nauczycielek, Darek z żoną, Artur z Dziewczynami - dziękuję Wam za obecność ♥ 

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że pomimo tegorocznej, bądź, co bądź kameralnej odsłony, kolejne przyciągną więcej fanów biegania w kolorowych skarpetkach ;-) Jestem także przekonany, że  odbędą się one w równie rodzinnej atmosferze, z tak samo uśmiechniętym biurem zawodów i analogicznie pysznym bufetem ;-) 
Najważniejsze i tak w tym wszystkim są... dzieci. Kto był, ten wie ile radości sprawiło im dekorowanie wszystkich zwycięzców. Bo tego mroźnego poranka każdy był zwycięzcą. Nawet ostatni zawodnik, zamykający bieg, powitany został jak mistrz świata. Mistrz małego, zamkniętego w oczach dziecka świata...

:-*

PS zdjęcia z biegu Renata Ziaja i Lucyna Nenow/Polska Press

piątek, 17 listopada 2017

Matematyka stosowana, czyli niepoliczalna wartość dodana ;-) *

*Albo brak pomysłu na tytuł posta... ;-)

Na stronie fundacji, która prowadzi Julcine subkonto można znaleźć dziwne działanie matematyczne. Według postawionej tam tezy, jeden równe jest stu. Obserwując, w jakim zakresie rozliczyliście się w tym roku z rodzimymi urzędami skarbowymi, jako beneficjenta swojego 1% wskazując Julkę - nie sposób się z tym równaniem nie zgodzić ;-) Hmm... Jeszcze wrócimy do tego ;-)
Procedura od lat jest niezmienna. Rozliczacie się w swoich fiskusach najpóźniej do majówki. Wskazujecie wybraną przez siebie organizację, lub spersonalizowany cel, na który przekazujecie swój 1% podatku dochodowego. Wasze macierzyste skarbówki, zwykle z ostatnim dniem lata przesyłają dane do urzędów skarbowych, pod które podlega wybrana przez Was OPP. Tutaj w końcu wszystko przyśpiesza, dane z dysków są księgowane, by na przełomie października i listopada trafić na konkretne, indywidualne subkonta w fundacji. Pół roku oczekiwania w telegraficznym skrócie...
Tak, wiem - długą drogę musi przejść przekazany przez Was 1% zanim  trafi do miejsca docelowego, ale przy tak drobiazgowych, krzyżowych kontrolach, mamy pewność, że każda złotówka zostanie prawidłowo zaksięgowana. Potem tylko trzeba wykazać przed fundacją, że cel na jaki zamierzamy spożytkować wnioskowaną kwotę, służy pomocy i ochronie zdrowia osoby, na którą wystawione jest subkonto.
Julka zwykle jeździ na kosztowne turnusy rehabilitacyjne, co jest celem samym w sobie i nie wymaga jakiś większych uzasadnień. Korzysta w tych turnusów - podkreślę to raz jeszcze - właśnie dzięki Waszej hojności, przekazywanym wspomnianym 1%, oraz darowiznom. 
Z darowiznami droga jest prostsza. Omija całą tą półroczną, urzędniczą machinę i Julka może od razu z nich korzystać. Nie ma ich dużo, ale mamy swoich stałych darczyńców, takich Dobrych Aniołów Stróżów, którzy niejednokrotnie chcą pozostać anonimowi i "niewytykani" z nazwiska na tym blogu, a którym to bardzo, bardzo dziękujemy :-*
Zazwyczaj pod koniec roku wypuszczamy kalendarzyki z namiarami na Julkę i z prośbą o przekazanie 1%. Uderzamy gdzie możemy - do rodziny, przyjaciół, znajomych, znajomych znajomych ;-)
Wielka buźka dla tych, którzy w tym roku pomogli nam rozdysponować te limitowane kalendarze ;-*
Podziękowania również dla tych wszystkich, którzy w każdy inny sposób przyczyniają się do tego, by o Julce świat nie zapomniał: wszelkie udostępnienia, "lajki", komentarze w świecie wirtualnym, summa summarum prowadzą do pozyskania potencjalnych, nowych przyjaciół Julcinej sprawy :-)
Niewiarygodnie dobrą robotę zrobił też w październiku ubiegłego roku, przyjazd do Gliwic biegającej ekipy Spartanie Dzieciom. Dzięki zaproszeniu Fundacji Bieg Rzeźnika mogli zrobić dla Julki niesamowite show, które odbija się szerokim echem także i w roku obecnym. Podziękowania dla wszystkich biegających przyjaciół :-)

W tym roku, swój 1% na Julciną rehabilitację zdecydowały się przekazać osoby i firmy rozliczające się w organach podatkowych w - tu polecę kluczem alfabetycznym - Białogardzie, Bielsku Białej, Brodnicy, Bydgoszczy, Bytomiu, Chorzowie, Chrzanowie, Częstochowie, Działdowie, Garwolinie, Gliwicach, Grodzisku Wielkopolskim, Katowicach, Kędzierzynie Koźlu, Kluczborku, Krakowie, Lesznie, Lublińcu, Łodzi, Malborku, Mikołowie, Myśliborzu, Oleśnie, Oleśnicy, Ostrołęce,  Pruszkowie, Raciborzu, Rybniku, Siemianowicach Śląskich, Strzelcach Opolskich, Szczecinie, Szczytnie, Tarnowskich Górach, Tczewie, Toruniu, Tychach, Warszawie, Wieliczce, Wodzisławiu Ślaskim, Wolsztynie, Wrocławiu,  Zabrzu, Zamościu, Zawierciu i Zielonej Górze

Z całego serca, w imieniu Julci i własnym - DZIĘKUJEMY! :-* 

Osobne podziękowania dla Darczyńców z Krakowa, Wieliczki, Łodzi, Lublińca, Katowic i Gliwic :-)
 
Czasem nam się wydaje, a co tam moje dwadzieścia groszy, czy złoty pięćdziesiąt wniesie? Wierzcie mi - dużo. To jest właśnie ta niepoliczalna wartość dodana. Ta niemierzona złotówkami, tylko usprawnieniem, a co za nim idzie - normalnym funkcjonowaniem w codziennym świecie. Tak to widzę.

PS

;-)

czwartek, 15 czerwca 2017

Bieg 7 Górek (czyli podsumowanie II Biegu Charytatywnego św. Goara - prywatnie)

Kiedy w zeszłym roku robiłem na tych stronach nieformalne podsumowanie pierwszej edycji Biegu Charytatywnego św. Goara, nawet nie przypuszczałem w jakim kierunku rozwinie się ten nasz projekt. Na jesieni udało się zakupić atestowany sprzęt do przedszkolnego ogrodu - właśnie dzięki waszej hojności podczas premierowej odsłony ;-)
We wrześniu zaczęliśmy przygotowania do tegorocznego biegu, a efekt naszej pracy mogliście poczuć na własnej skórze (i w nogach ;-) ) podczas majowego festynu.
W mojej prywatnej ocenie, organizacyjnie było... trochę łatwiej. Zeszły rok był debiutem, jedną wielką niewiadomą. W tym wiedzieliśmy od początku do końca w jakim kierunku zmierzamy, w jakie drzwi zapukać, co poprawić, by działało lepiej, niż w roku ubiegłym. 
W przyszłym wyciągniemy wnioski z tegorocznego ;-)

 (fot. Gosia ;-*)

Oficjalne posumowanie pojawiło się na stronach Gliwickiego Centrum Edukacyjno - Rehabilitacyjnego dwa tygodnie temu i znajdziecie je pod TYM linkiem. Zapraszam również wszystkich chętnych do odwiedzenia strony z przebogatą galerią zdjęć zarówno z biegów, jak i z festynu. Dla tych, których gościliśmy niech będą pamiątką i powrotem do majowego, sobotniego przedpołudnia. Zaś tych, którzy z różnych względów pojawić się nie mogli,  niech zachęcą do zarezerwowania sobie czasu na rok przyszły, bo owszem - w przyszłym roku widzimy się znowu! :-)

Sukces ma wielu ojców. Nasz też kukułczym jajem nigdy nie był ;-) Wpis ma charakter prywatny i takie podziękowania tutaj teraz popłyną :-)

Po kolei więc :-)

Dziewczynom z Goaru za twórczą burzę mózgów i zaakceptowanie pomysłu na trasę. Fajnie być częścią tego teamu i obserwować, jak wizje nabierają kształtu i barw ;-*
Osobno dla Basi i Agnieszki za ogarnięcie biegów dla dzieci. Chylę czoła :-)

Marysi i Izie za pomoc w niejednokrotnym przemierzeniu trasy z kółkiem pomiarowym i na inne sposoby :-)



Piotrowi za wypożyczenie właśnie tego kółka, paliki do wytyczenia trasy i budujące rozmowy :-)
Andrzejowi za namioty, wskazówki i pomoc :-)
Mirkowi za kultową Rzeźnicką taśmę i za "błogosławieństwo" :-)
Wszystkim obecnym na oficjalnych treningach śladem trasy naszego biegu (dwie osoby m.in. dzięki znajomości trasy stanęły na pudle! - zapraszam w przyszłym roku na otwarte treningi) :-)



Ewie, Marysi z Erwinem i Szadsonowi za pomoc w oznakowaniu trasy rano i Irkowi za uprzątnięcie jej po biegu :-) Bez Was  - z tą ręką - byłoby to niewykonalne :-)
Darkowi i Kasi za wszystkie pomysły, vouchery i gadżety dla dzieciaków :-)
Beatce i Waldkowi za bezinteresowną pomoc i wsparcie biegu :-)
Violi, Asi i Lilce za twórczo spędzone wieczory i rewelacyjne poduchy dla zwycięzców :-)
Ninie od Johanów za projekt i poświęcony czas :-)
Markowi Jaroszewskiemu z Brooksa za gadżety i zwyczajną ludzką życzliwość :-)
Chłopakom ze Start Koszwice za wypożyczenie podium i Sabinie za pomoc w poszukiwaniach w/w :-)
Jasiowi i Madzi za wszelką pomoc, obecność i pieczywo na zawody :-)
Alince za pomysł na zbieranie nakrętek PET  - masę tego udało się zgromadzić i poszło w dobre ręce, do Julcinej koleżanki z Goaru - Julki :-)
Nieocenionej ekipie Night Runners, Mustangom, Pędziwiatrom, wszystkim niezrzeszonym biegowym przyjaciołom, walkerom - za udział i dołożoną cegiełkę.
Również wszystkim tym, którzy z różnych powodów pojawić się nie mogli, ale wspierali nas słowem, czynem i promocją :-)

Na koniec Kasi - bez Twojego wsparcia, bez Twojej zgody na te wszystkie szalone pomysły (składowe przeróżnych projektów, które dopiero czekają, by ujrzeć światło dnia) - mój świat byłby tylko płaskim dyskiem [podtrzymywanym przez cztery słonie stojące na skorupie gigantycznego żółwia płynącego przez przestrzeń kosmiczną... ;-) ]. 
Na szczęście (!) jest okrągły i nawet, gdy "wypłynę" trochę za daleko i sponiewierają mnie sztormy, zawsze wracam z drugiej strony do bezpiecznego portu :-*

 PS ;-)



niedziela, 12 lutego 2017

Pięknie żyć, znaczy kochać świat...

Do napisania tego tekstu zbieram się od jesieni, tj. od premiery przedstawienia na motywach "Królowej Śniegu", które to Jula miała okazję współtworzyć i w jakim zagrała na deskach Teatru Gry i Ludzie w Katowicach. Zwykle nie mam problemu z przelaniem na papier uczuć, czy z plastycznym oddaniem towarzyszących mi podczas przeróżnych wydarzeń emocji, ale... to, co zobaczyłem w listopadowe popołudnie po prostu nie mieści się w żadnych ramach. Najciekawszy w tym wszystkim jest fakt, że niewymierność tego spektaklu dotarła do mnie dopiero w ubiegły piątek, podczas ponownej inscenizacji.


O samym projekcie, jego genezie i poszczególnych szczeblach prowadzących do finału przeczytacie TUTAJ, ja spróbuję - rzecz jasna subiektywnie - odnieść się do wymiaru artystycznego, ale przede wszystkim społecznego całego przedsięwzięcia. 
Nie jestem krytykiem teatralnym. Coś mi się albo podoba, albo nie. Po listopadowej premierze miałem... mieszane uczucia. Ten spektakl był... inny, świeży. Nieschematyczny, jak nasz zespołowy, codzienny świat. Awangarda w czystej postaci, w moim odczuciu porównywalna do "Balladyny" z 1974 roku w reżyserii Adama Hanuszkiewicza
Nikt wcześniej nie porwał się na próbę wystawienia spektaklu teatralnego, opartego tylko i wyłącznie na dziecięcych aktorach niepełnosprawnych intelektualnie! Istnieje, co prawda, Teatr 21 z Warszawy, skupiający dorosłych aktorów z zespołem Downa i z zaburzeniami autystycznymi, którzy z powodzeniem wystawiają spektakle na deskach polskich, jak i europejskich teatrów, ale na przygotowania - wiem to w ciemno - mają więcej czasu niż sześć tygodni narzucone przez szkolny projekt. W dodatku nasza "Królowa Śniegu" oparta jest na aktorach dziecięcych, bez wcześniejszego przygotowania scenicznego, którzy na co dzień zmagają się też z rolami, jakie przygotowało im życie.


Artystycznie? O gustach się nie dyskutuje. Jako widz, skupiłem się praktycznie na roli własnej córki, która po latach prezentowania na przedszkolnej scenie niemych ról (równie zachwycających), wyszła poza ten schemat i wreszcie dostała rolę mówioną, z którą poradziła sobie świetnie. Byłem oczarowany, co zrozumiałe ;-) Dla mnie, tego dnia na scenie - była Gwiazdą! Każdego innego dnia, też nią jest, ale sza... ;-) 
Aspekt społeczny  - integracja. Od lat, czy to poprzez działalność w Zakątku 21, czy przez pryzmat codziennej postawy, staramy się wychodzić z niepełnosprawnością do ludzi, do świata. Łatwo nie jest, ale powoli oswajamy się nawzajem. Julę ze światem, a świat z Julciną wyjątkowością. To kolejny milowy krok.
Aspekt społeczny -  odpowiedzialność. Szeroko pojęta. Tu, za powierzenie wszystkich ról nieprzewidywalnym,  młodym, niepełnosprawnym intelektualnie artystom. Nie wiem, jak na świecie, ale w polskim teatrze różowo nie jest. Owszem, Teatr Dzieci Zagłębia z Będzina z powodzeniem wystawia "Kosmitę" - spektakl oparty na książce Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel (o tym samym tytule), traktującej o trudnych relacjach w rodzinie, w której pojawia się niepełnosprawne dziecko. Ale tam, autystycznego Kacpra gra... marionetka.
"Dziwny przypadek psa nocną porą" Simona Stephensa (obecnie na afiszu Teatru Dramatycznego w Warszawie), o cierpiącym na zespół Aspergera piętnastoletnim Christopherze, z rewelacyjnym w tej roli - nie da się zaprzeczyć - Krzysztofem Szczepaniakiem, czy Dustin Hoffman w "Rain Manie". Obydwaj niesamowici w swoich kreacjach, świetnie oddający rzeczywistość i zaburzoną codzienność osoby niepełnosprawnej, ale... jednak  to aktorzy pełnosprawni.  Coś by się jeszcze pewnie znalazło.
Głośna sprzed kilku lat afera, zatrudnienia do jakiejś reklamy (o równych szansach w poszukiwaniu pracy), zdrowego aktora, którego posadzono na wózek inwalidzki. Nawet nie skomentuję.

Za nami drugie przedstawienie. Tym razem dla babć i dziadków. Te same, a jednak inne. Równie urzekające. I tak, gdy przy premierze czekałem na efekt woow i... zanim się spostrzegłem, już była "kurtyna"*, podczas drugiej odsłony, przy szerszym objęciu całości, dosłownie wprasowało mnie w widownię.
To niesamowicie trudne kierować taką trupą, a gdy dominujący w zespole jest - nomen omen - zespół Downa, który życia nie ułatwia, ale w żadnym wypadku nie determinuje artysty jako człowieka, praca włożona w ogarnięcie całego przedsięwzięcia mnożona jest w trójnasób. Tym bardziej chapeau bas przed całą dorosłą załogą, że potrafiła ogarnąć piętnastkę żywiołowych indywidualności i doprowadzić do tak spektakularnego finału. Szczególnie, że nie było gwarancji, życie nie wniesie do scenariusza jakiś poprawek. Nawet w trakcie trwania spektaklu ;-)

*może za bardzo skupiłem się na Julce na scenie i na Zosi na widowni, oraz na tym, by we dwie nie rozniosły przedstawienia - tak, spodziewałem się, że Jula wykręci jakiś numer, na szczęście grała zgodnie ze scenariuszem... Premiera tego przedstawienia, dla mnie jako rodzica, również była stresująca  ;-)


PS Zdjęcia Bubusława Górny.



 

niedziela, 30 października 2016

Mens sana in corpore sano!

Pstryknięcie palcami, a tu już kończy się październik... Zupełnie przeleciał nam przez palce... Wiele się działo. Wiele dobrego, ale... po kolei :-)
Najpierw z początkiem miesiąca odwiedziliśmy malownicze lublinieckie lasy i zmierzyliśmy się rodzinnie z sześciokilometrową trasą w I Mistrzostwach Lublińca w Nordic Walking. Nie namieszaliśmy za wiele w rankingach liderów, ale spędziliśmy fantastycznie czas wśród przyjaciół, świetnie się bawiliśmy, a na koniec Zosia miała szczęście w losowaniu i do domu wróciliśmy z dodatkowym meblem do pokoju dziecięcego - workiem sako :-) Przyjemnym akcentem było też odebranie medalu Drużynowego Pucharu Polski Nordic Walking za 2016 rok, za trzecie miejsce w kategorii open  - z rąk samej pani Prezes ;-*  





Następny weekend przyniósł powrót w ukochane Bieszczady i kolejny w tym roku  start w biegu ultra. Piękne okoliczności przyrody, czas znów spędzony z przyjaciółmi i powrót do domu z naładowanymi akumulatorami :-)

 (Jedno z niewielu zdjęć z tego biegu, na których czegoś nie jem ;-) )
Tradycją już staje się nasz udział w Półmaratonie Gliwickim w drugiej połowie października. Nie inaczej było i w tym roku. Po tygodniowych opadach, sobota 22 października przywitała nas pięknym słońcem, dając pole do popisu młodszej części naszego biegowego świata. Biegi dla dzieci poprzedzające gliwicką połówkę zgromadziły na linii startu setki młodych biegaczy z gliwickich szkół i przedszkoli, w tym naszą dwójkę ;-) Dziewczynki wystartowały w swoich kategoriach wiekowych, a w wolnych chwilach dzielnie kibicowały koleżankom i kolegom.






Jula - jak to Ona ;-) - zatrzymała się po jakiś pięćdziesięciu metrach, a Jej zdrowi rówieśnicy pobiegli naturalnie dalej. Nie obyło się bez pomocnych dłoni Taty i Darka Jaworka z OTK Rzeźnik, ale finiszowała już sama w stylu godnym zwycięzcy ;-)




Za rok oczywiście znów się stawimy na biegach dla dzieci i mówiąc szczerze, przewiduję podobny scenariusz ;-)

Niedziela to również start biegu głównego i wizyta nadzwyczajnych gości, ale... to temat zasługujący na osobny wpis :-)

PS Zdjęcia: Bartek Woźniak, Marta Erwin, Jola Błasiak Wielgus  i moje ;-)

niedziela, 25 września 2016

"Idzie jesień, będzie psychicznie trudniej"

Co prawda jeszcze jej nie widać, ledwie kilka dni temu zaistniała w kalendarzu, ale... lato już powoli składa broń. Poranki straszą chłodem, słońce chowa się wcześniej za horyzontem, ustępując czerni nocy. Dla mnie osobiście tytułowy cytat z Marcina Świetlickiego, ma kilka aspektów. Kilkoma podzielę się z Wami w poniższym tekście.
Jesień, a więc wrzesień (czytaj szkoła). Gdy w kwietniu pisałem Wam o czekającym nas wyborze, nawet nie sądziłem, jak trudne będzie to zadanie. Orzeczenie jakie otrzymaliśmy w maju - niepełnosprawność  w stopniu umiarkowanym - determinowało wybór szkoły specjalnej, z czym liczyliśmy się od dawna. Ostatecznie podjęliśmy decyzję i od września Jula rozpoczęła naukę w Niepublicznej Specjalnej Szkole Podstawowej w Katowicach.


Z jednej strony nauczanie praktycznie indywidualne, kameralna liczba uczniów, przyjazna świetlica, prawie rodzinna atmosfera. Z drugiej mój osobisty strach, że nakładamy na Nią klosz, oddzielając Ją od reszty świata, pozostawiając w hermetycznie zamkniętym środowisku. Nic nie jest tylko czarne, ani tylko białe. Jula dość szybko zaaklimatyzowała się w nowym otoczeniu, wstaje rano z ochotą, wraca zadowolona i sprawia wrażenie szczęśliwej, a to chyba najważniejsze? Chociaż logistycznie jesteśmy zmiażdżeni.
Ten mój lęk też zdaje się, nie jest do końca uzasadniony. Przecież wychodzimy do ludzi, Jula spotyka się ze zdrowymi rówieśnikami, jest akceptowana. Wzorce kopiować będzie zewsząd, nie tylko ze szkolnego korytarza. Czas pokaże, czy szlak, na który Ją posłaliśmy, był tym najwłaściwszym. Nie ma  - niestety - możliwości dwutorowej wędrówki przez życie. Decyzję podejmujemy tu i teraz. Ziarno zasiane. Plony zbierzemy - nomen omen - na jesieni życia.
Jesień, a więc... słota (czytaj katary). Zaczęło się. Jula na antybiotyku od połowy zeszłego tygodnia, Zosię powaliło trzy dni później. My jeszcze jakoś się trzymamy, faszerujemy farmaceutykami dopychając mądrościami babcinej spiżarni, ale... to taniec na linie. Bez zabezpieczenia.
Jesień ma też dobre strony, żeby nie było, że narzekam ;-) Długie wieczory, lektura w fotelu, drewno trzaskające w piecu, zupa dyniowa z imbirem, grzane wino... Czas dla siebie, czas dla przyjaciół. Przyjaciele są ważni. Wpuściliśmy ich kiedyś do swojego serca i zostali w nim na zawsze. Dajemy Im swoją obecność, uwagę, troskę i chęć sprawienia, by byli szczęśliwi. Martwimy się o nich, jak o siebie. Czasem nawet bardziej. Chcemy z Nimi spędzać czas, dzielić się radościami i smutkami. Są nam niezbędni do życia i chociaż wiemy, że "można żyć bez powietrza", bez Nich gaśniemy. 
I jeżeli nawet będzie psychicznie trudniej, to mamy przyjaciół, z którymi możemy zawsze porozmawiać, albo pomilczeć. Ofiarować Im swój czas. Z którymi wreszcie możemy wspólnie upichcić grzane wino i zupę dyniową z imbirem. Albo naleśniki ;-)
Więc uszy do góry, dbajmy o siebie nawzajem, cieszmy się ze zbliżającej się złotej polskiej i za Andrzejem Waligórskim powtarzajmy: "Jesień idzie, nie ma na to rady!" :-)

poniedziałek, 5 września 2016

The future is not set ;-)

Serdeczne podziękowania dla Przyjaciół z Gliwic za lipcową jeszcze (!) darowiznę, którą po zaksięgowaniu na Julcinym subkoncie w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" mogliśmy wykorzystać do opłacenia turnusu rehabilitacyjnego w Małym Gacnie :-) M., E. - dziękujemy :-*

Dwa tygodnie na turnusie w Neuronie, minęły niczym czternaście mgnień lata ;-)
Czas, który Jula tam spędziła pracując  nad sprawnością ciała i umysłu, zaprocentuje w najbliższych miesiącach. Po każdym turnusie tak jest. Dwa tygodnie intensywnej rehabilitacji, a potem skok do przodu :-) 

Hipoterapia na Rudej

Mały Zagłoba z Bellą ;-)

 Równowaga i koordynacja

Nauka poprzez zabawę

W chwilach wolnych od ćwiczeń odkrywaliśmy wspólnie zakątki Borów Tucholskich (m.in. fenomenalny, tajemniczy i dziki Rezerwat Cisów Staropolskich, skąd inspiracje do swoich prac czerpał Leon Wyczółkowski),  połykaliśmy kilometry - na różne sposoby zmuszając nasze ciała do aktywności ;-)

Wielki Kanał Brdy

Zaskoczyła nas pobliska Bydgoszcz, która z anonimowego miejsca na wakacyjnej mapie naszych wędrówek, stała się miastem, do którego będziemy chcieli wrócić. Niezwykle malownicza, przyjazna turystom, z charakterem.



Turnus się skończył, a my rehabilitujemy się dalej we własnym zakresie. W ostatnią niedzielę wakacji wybraliśmy się więc do Ustronia i przy jękach, oraz zawodzeniach piękniejszej 3/4 naszej rodziny wspięliśmy się na Czantorię ;-) Krok za krokiem, od dolnej stacji kolei linowej, nartostradą do stacji górnej, a potem dalej szlakiem na sam szczyt. Zajęło nam to chyba ze trzy godziny, ale nie o czas tu chodziło, ale o pokonanie trasy na własnych nogach. Rehabilitacja ruchowa i oswajanie z górami w jednym. Bez noszenia na plecach, rękach, czy na barana ;-)

Na szlaku
 Radość w czystej postaci

 Zmęczone, ale szczęśliwe :-)

 Szczyt zdobyty :-)

W nagrodę droga powrotna nieco szybsza ;-)

W ramach gimnastyki umysłu w minioną sobotę, wystartowaliśmy rodzinnie w grze miejskiej organizowanej przez Miejską Bibliotekę Publiczną z okazji narodowego czytania "Quo Vadis". Przeszło siedem kilometrów pokonaliśmy na piechotę (Jula częściowo na moich barkach, bo chcieliśmy się zmieścić w limicie czasowym), tropiąc ślady Henryka Sienkiewicza rozmieszczone sprytnie w obrębie miasta przez organizatorów rajdu.
Świetna zabawa, wspólnie spędzony czas i niesamowicie pozytywni ludzie, zarówno wśród konkurencyjnych drużyn, jak i na poszczególnych punktach z zadaniami.


Dla nas powrót do przeszłości, do szkolnej lektury, dla Dziewczynek trochę inny sposób na spędzenie sobotniego przedpołudnia i poznanie klasyki literatury. Dla Juli dodatkowo aspekt społeczny - integracja. Dla współgraczy - oswojenie się z niepełnosprawnością intelektualną. Nie było przegranych :-)

Baterie naładowane. Pora wrócić do obowiązków. Praca, przedszkole. Dla Juli nowa szkoła. Musimy wskoczyć w dobrze naoliwiony mechanizm trybów codzienności. Wcale nie szarej. Od nas zależy jakich barw nabierze. Jak mawia klasyk: the future is not set ;-)