Pokazywanie postów oznaczonych etykietą integracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą integracja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 lutego 2020

Ohana

Dzień jutrzejszy. Jaki będzie? Jakim go sprokurujemy? Co wrzucimy dzisiaj do formy, która ukształtuje kolejną dobę? Kolejne dni i miesiące. Zależy tylko od nas. To nasza autonomiczna decyzja. Sami dokonujemy selekcji nasion, ale nie jesteśmy wolni od plonu, jaki niesie ten wybór. Smaku jego owoców - ambrozji, ale i beaujolais nouveau - doznawać będziemy my i nasi bliscy. Zróbmy co w naszej mocy, by tych cierpkich doświadczali jak najmniej.
(Emilia - dziękuję za zdjęcie i za inspirujący powyższy (poniższy?) tekst przekaz)
Dwudziesty dziewiąty lutego - dzień jak każdy inny, a jednak wyjątkowy nie tylko ze względu na swoją kwartetową przestępność. Dzień, który udało się spędzić (nie lubię tego słowa, sugeruje pośpiech i delegacyjny charakter czasu) - więc może inaczej - w który świadomie weszliśmy flegmatycznie i ospale. W którym rachityczność podyktowana była potrzebą wspólnego doświadczania upływającego czasu. Niespiesznego, ale jednak nieubłaganie odmierzającego ziarenka piasku w ontogenezowych klepsydrach.
Dzisiejszy dzień był okazją do powrotu do korzeni. Do uświadomienia sobie jak ważna w naszym życiu jest rodzina. Nie tylko ta biologiczna. Gdzieś na osi czasu podjęliśmy takie, a nie inne decyzje, które skierowały nas w wybranych - intencjonalnie, lub wręcz przeciwnie bezwiednie - kierunkach. Wszyscy jesteśmy jak gałęzie na drzewie i rośniemy ku słońcu, przebijając się ku niemu na różne sposoby, ale korzenie mamy wspólne.



Rodzino dziękuję Ci, że jesteś obecna w naszym życiu. Inspirujesz. Szanse jedna na milion sprawdzają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.* Sprowokowani i prowokujący: kreujcie wyjątkowym KAŻDY swój jutrzejszy dzień. Czasem, gdy się zamknie oczy widać więcej.

PS
Marysi, Agnieszce i Irkowi dziękuję za wystartowanie w Julcinych koszulkach.

Andrzejowi i całej Pędziwiatrowej rodzinie - prowokujecie nie tylko do walki z lenistwem, ale i mobilizujecie do ofensywy z własnymi słabościami. Na wielu polach.

Tomek - dziękuję za Khruangbin.

PPS
Fotografie Emilia, Kasia, Janusz i Rafał.

* Oczywiście, że Terry ;-)

poniedziałek, 11 czerwca 2018

"To dobry moment"

Serdeczne podziękowania dla pani Izabeli H. (ach, to RODO...;-)) za majową darowiznę wpłaconą na Julcine subkonto w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą". Przekazaną kwotę dokładamy oczywiście do sierpniowego turnusu rehabilitacyjnego w Borach Tucholskich :-) 

Co u nas? Sporo się dzieje i właściwie wszystko na raz ;-) Wielkimi krokami zbliża się koniec roku szkolnego i wszelkie znaki na firmamencie, oraz pod stopami wskazują na to, że będą promocje do następnej klasy ;-)

Za plecami aktywny maj. Organizacyjnie  - powiem to nieskromnie - świetny III Bieg św. Goara. Bawiliśmy się na festynie i pobiegliśmy charytatywnie dla podopiecznych Gliwickiego Centrum Edukacyjno - Rehabilitacyjnego. Sam event poprzedzony miesiącami przygotowań, stworzony w gronie pozytywnie nakręconych i zakręconych ludzi, którzy robią to, bo po prostu chcą. Po godzinach pracy, społecznie. Bez politycznych ściółek pod czas przyszły niedokonany, bez ukrytych intencji. Ktoś mnie zapytał po biegu: "Hej, po co to robisz? Przecież nie musisz, Julki nie ma w ośrodku już dwa lata!" Fakt, nie muszę. Ale mogę. A jak mogę, to pomogę ;-) Nam - Julce - też ktoś kiedyś pomógł bezinteresownie. To taka forma długu nie do spłacenia, ale też nikt od nas nie wymaga jakiejkolwiek spłaty. To naturalna, wewnętrzna potrzeba. I niesamowita frajda ;-)
Oczywiście bez Przyjaciół, którzy wsparli na wielu polach, ta impreza byłaby bezbarwna i jednowymiarowa. Dzięki, że jesteście! ;-)
(fot. Gosia)

Zawitaliśmy też w Bieszczady zmierzyć się z trudnymi Rzeźnickimi szlakami i w wolnych chwilach pomoczyć nogi w Solince :-) Mnóstwo znajomych na biegowych ścieżkach (niektórzy dawno nie widziani ;-)), fantastyczna atmosfera Festiwalu i kilka cudownych dni z dala od szeroko pojętej cywilizacji. 

Ewa - dziękuję Ci za tegorocznego Rzeźnika ;-* To było fajne kilkanaście godzin wspólnego połykania kilometrów, rozmów, śmiechów, podziwiania widoków. Za nami trzy lata świetnej pracy zespołowej (kiedy to minęło?), budowania formy i wzmacniania głowy na wyzwania, które przed nami. A tych nie zabraknie ;-)

(fot. Marta)





 

PS Mój wiatr nigdy nie wieje w dobrą stronę. Zawsze ustawiam się twarzą do niego. Wysusza niepokój w oczach. Nie usypia.  Sprawia, że widzę wszystko wyraźnie. Robi porządek z pochowanymi na strychu snami.  Zazwyczaj ;-)




czwartek, 5 kwietnia 2018

Biegamy - pomagamy! :-)

Gliwickie Centrum Edukacyjno - Rehabilitacyjne zostało w tym roku wyróżnione w plebiscycie Człowieka Ziemi Gliwickiej 2017!

Cytując kapitułę*: "To zespół lekarzy, fizjoterapeutów, psychologów, logopedów, pedagogów, terapeutów zajęciowych  i pielęgniarek, ludzi oddanych pracy i pełnych pasji. Przez ćwierć wieku wspólnie stworzyli unikatowy w skali kraju ośrodek, stawiając na uznane, nie tylko w Polsce, ale i na świecie, metody oraz tworząc własne, autorskie, programy. Dzieci z różnymi dysfunkcjami są w centrum ich świata, a największą nagrodą dla zespołu jest ich uśmiech. GCER uhonorowano za wieloletnie zaangażowanie w budowanie unikatowego systemu opieki nad dziećmi niepełnosprawnymi i ich rodzinami, stworzenie nowatorskich metod lecznictwa i rehabilitacji, społeczną intuicję i wrażliwość oraz kompleksowe podejście do istotnych problemów związanych z niepełnosprawnością."

Znamiennym jest fakt, że już w 2002 roku tytuł Gliwicjusza odebrała dr Ludwika Gadomska, która ćwierć wieku temu wchodziła w skład grona pomysłodawców i współzałożycieli gliwickiego Ośrodka. Tak historia zatacza koło, ale przecież się nie kończy, tylko wchodzi na nowe tory, niezapisane jeszcze karty...

Jedną z nich będzie w tym roku trzecia edycja Biegu św. Goara - charytatywnej imprezy organizowanej przez gliwicki GCER. Przygotowania do niej zaczęły się na jesieni, a na wielki finał musimy wszyscy poczekać do 19 maja :-) Szczegółowy program imprezy, oraz zapisy na stronie placówki :-)



Za nami również Bieg Kolorowej Skarpety - charytatywna impreza zorganizowana przez Fundację Arka Noego z Katowic, pod której skrzydłami mieści się Julcina szkoła.
Z okazji Światowego Dnia Zespołu Downa na całym świecie odbywały się przeróżne eventy, także biegi charytatywne, w tym nasz katowicki na symbolicznym odcinku 3,21 km ;-)

Pierwsza edycja przyciągnęła przede wszystkim przyjaciół, sympatyków i członków rodzin. Ludzi o wielkich sercach, których nie wystraszył siarczysty mróz, ani nie rozśmieszył lapidarny dystans ;-) Marysia, Viola z córkami, Agnieszka z ekipą Zabieganych Nauczycielek, Darek z żoną, Artur z Dziewczynami - dziękuję Wam za obecność ♥ 

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że pomimo tegorocznej, bądź, co bądź kameralnej odsłony, kolejne przyciągną więcej fanów biegania w kolorowych skarpetkach ;-) Jestem także przekonany, że  odbędą się one w równie rodzinnej atmosferze, z tak samo uśmiechniętym biurem zawodów i analogicznie pysznym bufetem ;-) 
Najważniejsze i tak w tym wszystkim są... dzieci. Kto był, ten wie ile radości sprawiło im dekorowanie wszystkich zwycięzców. Bo tego mroźnego poranka każdy był zwycięzcą. Nawet ostatni zawodnik, zamykający bieg, powitany został jak mistrz świata. Mistrz małego, zamkniętego w oczach dziecka świata...

:-*

PS zdjęcia z biegu Renata Ziaja i Lucyna Nenow/Polska Press

sobota, 3 lutego 2018

Gambit gliwicki ;-)

Z Gliwicką Parkową Prowokacją Biegową związani jesteśmy od jej pierwszej edycji, tj. od stycznia 2014 roku.
Dla niewtajemniczonych - jest to cykliczna impreza sportowa, na której raz w miesiącu spotykają się biegacze i miłośnicy nordic walking, by powalczyć ze swoimi słabościami i współzawodnikami na trasie,  ale przede wszystkim "dać się sprowokować do walki z lenistwem". Impreza godna polecenia zarówno początkującym adeptom sportowych zmagań, jak i starym wyjadaczom, którzy na niejednej trasie kosztowali smak połykanych kilometrów.
Dla wtajemniczonych - absolutny must have w kalendarzu, okazja do spotkania znajomych i przyjaciół, oraz comiesięczna gwarancja pięknej pogody ;-)

Tegoroczne styczniowe zawody były wyjątkowe pod wieloma względami. 
Primo: padł rekord frekwencji - polanę odwiedziło prawie sześćset osób.
Secundo: wśród tego tłumu debiutowała ciocia Agnieszka, która jeszcze kilka miesięcy temu zarzekała się, że nigdy przenigdy, że bieganie to nie dla Niej, etc., etc. ... :-)
Tertio: rzeczona przywiozła ze sobą kilkuosobowy team, również zaczynający przygodę z gliwickim cyklem, oraz zabrała na trasę nieprzekonaną do biegania w terenie mamę Kasię, co zaowocowało u zabranej kolejnymi planami biegowymi ;-)
Quarto: cichym bohaterem tego dnia była... Julka, której to styczniowa odsłona zawodów była dedykowana :-)

Julka w towarzystwie siostry i taty pokonała samodzielnie jedno, ponad czterokilometrowe okrążenie. Naturalnie po obowiązkowym "zrobisz mi zdjęcie tato?" -  krótko po starcie - skończyło się bieganie i już do końca trasę pokonywaliśmy marszem. Zmotywować tego małego uparciucha do zrobienia następnego kroku, a potem jeszcze do kolejnego i kolejnego... to wyzwanie iście Heraklesowe. Nie obyło się bez próśb i gróźb ("Tato nie śpiewaj już. Już będę szła" ;-) ), ale jakoś udało się dotrzeć do końca. Niemal tradycją już staje się, że na ostatnich kilkudziesięciu metrach Julkę przejmuje Jej ojciec chrzestny, po czym "kropkę nad i" stawiamy już razem. Dzięki Irek, że zawsze  poświęcasz swoje cenne minuty z wyniku i dzielisz ze mną przyjemność obserwowania autentycznej radości, z jaką ten mały urwis przekracza linię mety :-)
Na finiszu czekało na Julkę owacyjne przyjęcie, mama i Piotrek Pacuła z niespodzianką ;-) Jeszcze raz bardzo dziękujemy ;-)

Podziękowania również Andrzejowi Szelce i całej ekipie AKMB Pędziwiatr Gliwice za zaakceptowanie pomysłu na event i bezinteresowną pomoc przy jego organizacji :-)

Ponadto ukłony w stronę Marysi, Agnieszki, Kasi, Zosi i Irka za start w "Julcinych" koszulkach - fajnie było być mijanym na trasie przez tak oznakowany team ;-)

Wdzięczność także za wszystkie słowa wsparcia i pozdrowienia  na trasie: od znajomych i nieznajomych kibiców Julcinej sprawy :-)

Dziękuję wszystkim, którzy przygarnęli Julciną ulotkę, widziałem, że niektórzy z was brali więcej - super, niech trafią w dobre ręce (jakby ktoś potrzebował, to jeszcze mamy) ;-)

Jasiowi za drożdżówki i Marcinowi za długopisy - pracować z Wami, to czysta przyjemność :-)

Na koniec - niemniej ważne - podziękowania dla wszystkich przyjaciół, którzy z różnych istotnych przyczyn nie mogli być tego dnia obecni w parku. Pomimo fizycznej absencji, czułem Wasze duchowe wsparcie ;-*

Ten wspólnie spędzony czas był dla mnie ogromnie ważny, ponieważ wpisywał się w założenie, jakie postawiłem przed sobą kilka lat temu. Oswajanie Julki z szeroko rozumianym  światem i tegoż świata z niepełnosprawnością, innością, odmiennością w ogóle. Integracja - słowo klucz do tego styczniowego przedpołudnia. Jestem przekonany, że obie strony skorzystały i będzie to długofalowa osmoza ;-)
 
PS Po zawodach zostało sporo drożdżówek  - nie zmarnowały się - zostały zawiezione dla dzieciaków z domu dziecka  w Knurowie :-)

czwartek, 12 października 2017

"Cicho potok gada, gwarzy pośród skał..."

Bieszczady mają w sobie coś magicznego. Coś, co sprawia, że chce się tam wracać. Jakąś taką nieuchwytną nić, która, gdy raz zaczepi się o Twoją duszę, trzyma już zawsze. 

Dla nas okazją do powrotu w te czarowne strony (czwarty raz w tym roku?),  był niedawny ultraMaraton Bieszczadzki i imprezy mu towarzyszące, w których wzięliśmy rodzinnie udział. Dziewczynki wystartowały w biegu dla dzieci, mama debiutowała  na dystansie czternastu kilometrów (który bez większego marudzenia przeczłapała [uparcie twierdzi, że przebiegła 8-)] w określonym regulaminem limicie), a nad wszystkim czuwali dziadkowie, bez których ten wyjazd w ogóle nie doszedł by do skutku - dziękujemy ;-*


 Mina zwycięzcy ;-)
 Bifröst :-)
 Kto skoczył najwyżej? 8-)
 Spotkana na mecie ciocia Eliza z Fundacji Spartanie Dzieciom ;-*
(fot. Piotr Pawlak - dziękujemy!)
 "By się pozbyć złych humorów
robię zupę z muchomorów" ;-p
Daleko jeszcze???
 Nie, nie daleko...
(fot. Madzia Bogdan  - fajnie było Cię spotkać po przeszło dwóch latach)
Daleeeko jeszcze????
 Już ;-)


Dobrze było zobaczyć znajome twarze, pokibicować "swoim" w deszczu, spotkać przyjaciół, poczuć atmosferę wielkich zawodów i oddech jesieni nadciągającej od wschodu ;-) 
 Piątki mocy!
:-*
Nasz weekend w Bieszczadach, to poza zaplanowaną aktywną sobotą, również nie mniej leniwa niedziela. Niesamowita cerkiew w Górzance z trzystuletnim dębem, wizyta na zaporze wodnej w Solinie (z wszechobecnymi straganami), prawdziwy niedzielny obiad w rewelacyjnej Chacie Starych Znajomych nieopodal Sanoka (fuczki palce lizać, a barszcz, czy pierogi z czosnkiem niedźwiedzim  - poezja). A gdy zapadł zmrok? Wieczór gier rodzinnych i w drodze powrotnej kibicowanie biało czerwonym. Nawet tradycyjny korek przed Krakowem, sięgający po gasnący w zachodzącym słońcu horyzont, jakoś żwawiej zleciał przy radiowej transmisji ;-)
Akumulatory naładowane. Przy jesiennej słocie szybciej ich energia się wyczerpie, łatwiej też spada odporność na świat, na ludzi, więc dobrze mieć ukryte rezerwy ;-) Czego i wam życzę.

czwartek, 15 czerwca 2017

Bieg 7 Górek (czyli podsumowanie II Biegu Charytatywnego św. Goara - prywatnie)

Kiedy w zeszłym roku robiłem na tych stronach nieformalne podsumowanie pierwszej edycji Biegu Charytatywnego św. Goara, nawet nie przypuszczałem w jakim kierunku rozwinie się ten nasz projekt. Na jesieni udało się zakupić atestowany sprzęt do przedszkolnego ogrodu - właśnie dzięki waszej hojności podczas premierowej odsłony ;-)
We wrześniu zaczęliśmy przygotowania do tegorocznego biegu, a efekt naszej pracy mogliście poczuć na własnej skórze (i w nogach ;-) ) podczas majowego festynu.
W mojej prywatnej ocenie, organizacyjnie było... trochę łatwiej. Zeszły rok był debiutem, jedną wielką niewiadomą. W tym wiedzieliśmy od początku do końca w jakim kierunku zmierzamy, w jakie drzwi zapukać, co poprawić, by działało lepiej, niż w roku ubiegłym. 
W przyszłym wyciągniemy wnioski z tegorocznego ;-)

 (fot. Gosia ;-*)

Oficjalne posumowanie pojawiło się na stronach Gliwickiego Centrum Edukacyjno - Rehabilitacyjnego dwa tygodnie temu i znajdziecie je pod TYM linkiem. Zapraszam również wszystkich chętnych do odwiedzenia strony z przebogatą galerią zdjęć zarówno z biegów, jak i z festynu. Dla tych, których gościliśmy niech będą pamiątką i powrotem do majowego, sobotniego przedpołudnia. Zaś tych, którzy z różnych względów pojawić się nie mogli,  niech zachęcą do zarezerwowania sobie czasu na rok przyszły, bo owszem - w przyszłym roku widzimy się znowu! :-)

Sukces ma wielu ojców. Nasz też kukułczym jajem nigdy nie był ;-) Wpis ma charakter prywatny i takie podziękowania tutaj teraz popłyną :-)

Po kolei więc :-)

Dziewczynom z Goaru za twórczą burzę mózgów i zaakceptowanie pomysłu na trasę. Fajnie być częścią tego teamu i obserwować, jak wizje nabierają kształtu i barw ;-*
Osobno dla Basi i Agnieszki za ogarnięcie biegów dla dzieci. Chylę czoła :-)

Marysi i Izie za pomoc w niejednokrotnym przemierzeniu trasy z kółkiem pomiarowym i na inne sposoby :-)



Piotrowi za wypożyczenie właśnie tego kółka, paliki do wytyczenia trasy i budujące rozmowy :-)
Andrzejowi za namioty, wskazówki i pomoc :-)
Mirkowi za kultową Rzeźnicką taśmę i za "błogosławieństwo" :-)
Wszystkim obecnym na oficjalnych treningach śladem trasy naszego biegu (dwie osoby m.in. dzięki znajomości trasy stanęły na pudle! - zapraszam w przyszłym roku na otwarte treningi) :-)



Ewie, Marysi z Erwinem i Szadsonowi za pomoc w oznakowaniu trasy rano i Irkowi za uprzątnięcie jej po biegu :-) Bez Was  - z tą ręką - byłoby to niewykonalne :-)
Darkowi i Kasi za wszystkie pomysły, vouchery i gadżety dla dzieciaków :-)
Beatce i Waldkowi za bezinteresowną pomoc i wsparcie biegu :-)
Violi, Asi i Lilce za twórczo spędzone wieczory i rewelacyjne poduchy dla zwycięzców :-)
Ninie od Johanów za projekt i poświęcony czas :-)
Markowi Jaroszewskiemu z Brooksa za gadżety i zwyczajną ludzką życzliwość :-)
Chłopakom ze Start Koszwice za wypożyczenie podium i Sabinie za pomoc w poszukiwaniach w/w :-)
Jasiowi i Madzi za wszelką pomoc, obecność i pieczywo na zawody :-)
Alince za pomysł na zbieranie nakrętek PET  - masę tego udało się zgromadzić i poszło w dobre ręce, do Julcinej koleżanki z Goaru - Julki :-)
Nieocenionej ekipie Night Runners, Mustangom, Pędziwiatrom, wszystkim niezrzeszonym biegowym przyjaciołom, walkerom - za udział i dołożoną cegiełkę.
Również wszystkim tym, którzy z różnych powodów pojawić się nie mogli, ale wspierali nas słowem, czynem i promocją :-)

Na koniec Kasi - bez Twojego wsparcia, bez Twojej zgody na te wszystkie szalone pomysły (składowe przeróżnych projektów, które dopiero czekają, by ujrzeć światło dnia) - mój świat byłby tylko płaskim dyskiem [podtrzymywanym przez cztery słonie stojące na skorupie gigantycznego żółwia płynącego przez przestrzeń kosmiczną... ;-) ]. 
Na szczęście (!) jest okrągły i nawet, gdy "wypłynę" trochę za daleko i sponiewierają mnie sztormy, zawsze wracam z drugiej strony do bezpiecznego portu :-*

 PS ;-)



niedziela, 12 lutego 2017

Pięknie żyć, znaczy kochać świat...

Do napisania tego tekstu zbieram się od jesieni, tj. od premiery przedstawienia na motywach "Królowej Śniegu", które to Jula miała okazję współtworzyć i w jakim zagrała na deskach Teatru Gry i Ludzie w Katowicach. Zwykle nie mam problemu z przelaniem na papier uczuć, czy z plastycznym oddaniem towarzyszących mi podczas przeróżnych wydarzeń emocji, ale... to, co zobaczyłem w listopadowe popołudnie po prostu nie mieści się w żadnych ramach. Najciekawszy w tym wszystkim jest fakt, że niewymierność tego spektaklu dotarła do mnie dopiero w ubiegły piątek, podczas ponownej inscenizacji.


O samym projekcie, jego genezie i poszczególnych szczeblach prowadzących do finału przeczytacie TUTAJ, ja spróbuję - rzecz jasna subiektywnie - odnieść się do wymiaru artystycznego, ale przede wszystkim społecznego całego przedsięwzięcia. 
Nie jestem krytykiem teatralnym. Coś mi się albo podoba, albo nie. Po listopadowej premierze miałem... mieszane uczucia. Ten spektakl był... inny, świeży. Nieschematyczny, jak nasz zespołowy, codzienny świat. Awangarda w czystej postaci, w moim odczuciu porównywalna do "Balladyny" z 1974 roku w reżyserii Adama Hanuszkiewicza
Nikt wcześniej nie porwał się na próbę wystawienia spektaklu teatralnego, opartego tylko i wyłącznie na dziecięcych aktorach niepełnosprawnych intelektualnie! Istnieje, co prawda, Teatr 21 z Warszawy, skupiający dorosłych aktorów z zespołem Downa i z zaburzeniami autystycznymi, którzy z powodzeniem wystawiają spektakle na deskach polskich, jak i europejskich teatrów, ale na przygotowania - wiem to w ciemno - mają więcej czasu niż sześć tygodni narzucone przez szkolny projekt. W dodatku nasza "Królowa Śniegu" oparta jest na aktorach dziecięcych, bez wcześniejszego przygotowania scenicznego, którzy na co dzień zmagają się też z rolami, jakie przygotowało im życie.


Artystycznie? O gustach się nie dyskutuje. Jako widz, skupiłem się praktycznie na roli własnej córki, która po latach prezentowania na przedszkolnej scenie niemych ról (równie zachwycających), wyszła poza ten schemat i wreszcie dostała rolę mówioną, z którą poradziła sobie świetnie. Byłem oczarowany, co zrozumiałe ;-) Dla mnie, tego dnia na scenie - była Gwiazdą! Każdego innego dnia, też nią jest, ale sza... ;-) 
Aspekt społeczny  - integracja. Od lat, czy to poprzez działalność w Zakątku 21, czy przez pryzmat codziennej postawy, staramy się wychodzić z niepełnosprawnością do ludzi, do świata. Łatwo nie jest, ale powoli oswajamy się nawzajem. Julę ze światem, a świat z Julciną wyjątkowością. To kolejny milowy krok.
Aspekt społeczny -  odpowiedzialność. Szeroko pojęta. Tu, za powierzenie wszystkich ról nieprzewidywalnym,  młodym, niepełnosprawnym intelektualnie artystom. Nie wiem, jak na świecie, ale w polskim teatrze różowo nie jest. Owszem, Teatr Dzieci Zagłębia z Będzina z powodzeniem wystawia "Kosmitę" - spektakl oparty na książce Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel (o tym samym tytule), traktującej o trudnych relacjach w rodzinie, w której pojawia się niepełnosprawne dziecko. Ale tam, autystycznego Kacpra gra... marionetka.
"Dziwny przypadek psa nocną porą" Simona Stephensa (obecnie na afiszu Teatru Dramatycznego w Warszawie), o cierpiącym na zespół Aspergera piętnastoletnim Christopherze, z rewelacyjnym w tej roli - nie da się zaprzeczyć - Krzysztofem Szczepaniakiem, czy Dustin Hoffman w "Rain Manie". Obydwaj niesamowici w swoich kreacjach, świetnie oddający rzeczywistość i zaburzoną codzienność osoby niepełnosprawnej, ale... jednak  to aktorzy pełnosprawni.  Coś by się jeszcze pewnie znalazło.
Głośna sprzed kilku lat afera, zatrudnienia do jakiejś reklamy (o równych szansach w poszukiwaniu pracy), zdrowego aktora, którego posadzono na wózek inwalidzki. Nawet nie skomentuję.

Za nami drugie przedstawienie. Tym razem dla babć i dziadków. Te same, a jednak inne. Równie urzekające. I tak, gdy przy premierze czekałem na efekt woow i... zanim się spostrzegłem, już była "kurtyna"*, podczas drugiej odsłony, przy szerszym objęciu całości, dosłownie wprasowało mnie w widownię.
To niesamowicie trudne kierować taką trupą, a gdy dominujący w zespole jest - nomen omen - zespół Downa, który życia nie ułatwia, ale w żadnym wypadku nie determinuje artysty jako człowieka, praca włożona w ogarnięcie całego przedsięwzięcia mnożona jest w trójnasób. Tym bardziej chapeau bas przed całą dorosłą załogą, że potrafiła ogarnąć piętnastkę żywiołowych indywidualności i doprowadzić do tak spektakularnego finału. Szczególnie, że nie było gwarancji, życie nie wniesie do scenariusza jakiś poprawek. Nawet w trakcie trwania spektaklu ;-)

*może za bardzo skupiłem się na Julce na scenie i na Zosi na widowni, oraz na tym, by we dwie nie rozniosły przedstawienia - tak, spodziewałem się, że Jula wykręci jakiś numer, na szczęście grała zgodnie ze scenariuszem... Premiera tego przedstawienia, dla mnie jako rodzica, również była stresująca  ;-)


PS Zdjęcia Bubusława Górny.