niedziela, 30 października 2016

Mens sana in corpore sano!

Pstryknięcie palcami, a tu już kończy się październik... Zupełnie przeleciał nam przez palce... Wiele się działo. Wiele dobrego, ale... po kolei :-)
Najpierw z początkiem miesiąca odwiedziliśmy malownicze lublinieckie lasy i zmierzyliśmy się rodzinnie z sześciokilometrową trasą w I Mistrzostwach Lublińca w Nordic Walking. Nie namieszaliśmy za wiele w rankingach liderów, ale spędziliśmy fantastycznie czas wśród przyjaciół, świetnie się bawiliśmy, a na koniec Zosia miała szczęście w losowaniu i do domu wróciliśmy z dodatkowym meblem do pokoju dziecięcego - workiem sako :-) Przyjemnym akcentem było też odebranie medalu Drużynowego Pucharu Polski Nordic Walking za 2016 rok, za trzecie miejsce w kategorii open  - z rąk samej pani Prezes ;-*  





Następny weekend przyniósł powrót w ukochane Bieszczady i kolejny w tym roku  start w biegu ultra. Piękne okoliczności przyrody, czas znów spędzony z przyjaciółmi i powrót do domu z naładowanymi akumulatorami :-)

 (Jedno z niewielu zdjęć z tego biegu, na których czegoś nie jem ;-) )
Tradycją już staje się nasz udział w Półmaratonie Gliwickim w drugiej połowie października. Nie inaczej było i w tym roku. Po tygodniowych opadach, sobota 22 października przywitała nas pięknym słońcem, dając pole do popisu młodszej części naszego biegowego świata. Biegi dla dzieci poprzedzające gliwicką połówkę zgromadziły na linii startu setki młodych biegaczy z gliwickich szkół i przedszkoli, w tym naszą dwójkę ;-) Dziewczynki wystartowały w swoich kategoriach wiekowych, a w wolnych chwilach dzielnie kibicowały koleżankom i kolegom.






Jula - jak to Ona ;-) - zatrzymała się po jakiś pięćdziesięciu metrach, a Jej zdrowi rówieśnicy pobiegli naturalnie dalej. Nie obyło się bez pomocnych dłoni Taty i Darka Jaworka z OTK Rzeźnik, ale finiszowała już sama w stylu godnym zwycięzcy ;-)




Za rok oczywiście znów się stawimy na biegach dla dzieci i mówiąc szczerze, przewiduję podobny scenariusz ;-)

Niedziela to również start biegu głównego i wizyta nadzwyczajnych gości, ale... to temat zasługujący na osobny wpis :-)

PS Zdjęcia: Bartek Woźniak, Marta Erwin, Jola Błasiak Wielgus  i moje ;-)

niedziela, 25 września 2016

"Idzie jesień, będzie psychicznie trudniej"

Co prawda jeszcze jej nie widać, ledwie kilka dni temu zaistniała w kalendarzu, ale... lato już powoli składa broń. Poranki straszą chłodem, słońce chowa się wcześniej za horyzontem, ustępując czerni nocy. Dla mnie osobiście tytułowy cytat z Marcina Świetlickiego, ma kilka aspektów. Kilkoma podzielę się z Wami w poniższym tekście.
Jesień, a więc wrzesień (czytaj szkoła). Gdy w kwietniu pisałem Wam o czekającym nas wyborze, nawet nie sądziłem, jak trudne będzie to zadanie. Orzeczenie jakie otrzymaliśmy w maju - niepełnosprawność  w stopniu umiarkowanym - determinowało wybór szkoły specjalnej, z czym liczyliśmy się od dawna. Ostatecznie podjęliśmy decyzję i od września Jula rozpoczęła naukę w Niepublicznej Specjalnej Szkole Podstawowej w Katowicach.


Z jednej strony nauczanie praktycznie indywidualne, kameralna liczba uczniów, przyjazna świetlica, prawie rodzinna atmosfera. Z drugiej mój osobisty strach, że nakładamy na Nią klosz, oddzielając Ją od reszty świata, pozostawiając w hermetycznie zamkniętym środowisku. Nic nie jest tylko czarne, ani tylko białe. Jula dość szybko zaaklimatyzowała się w nowym otoczeniu, wstaje rano z ochotą, wraca zadowolona i sprawia wrażenie szczęśliwej, a to chyba najważniejsze? Chociaż logistycznie jesteśmy zmiażdżeni.
Ten mój lęk też zdaje się, nie jest do końca uzasadniony. Przecież wychodzimy do ludzi, Jula spotyka się ze zdrowymi rówieśnikami, jest akceptowana. Wzorce kopiować będzie zewsząd, nie tylko ze szkolnego korytarza. Czas pokaże, czy szlak, na który Ją posłaliśmy, był tym najwłaściwszym. Nie ma  - niestety - możliwości dwutorowej wędrówki przez życie. Decyzję podejmujemy tu i teraz. Ziarno zasiane. Plony zbierzemy - nomen omen - na jesieni życia.
Jesień, a więc... słota (czytaj katary). Zaczęło się. Jula na antybiotyku od połowy zeszłego tygodnia, Zosię powaliło trzy dni później. My jeszcze jakoś się trzymamy, faszerujemy farmaceutykami dopychając mądrościami babcinej spiżarni, ale... to taniec na linie. Bez zabezpieczenia.
Jesień ma też dobre strony, żeby nie było, że narzekam ;-) Długie wieczory, lektura w fotelu, drewno trzaskające w piecu, zupa dyniowa z imbirem, grzane wino... Czas dla siebie, czas dla przyjaciół. Przyjaciele są ważni. Wpuściliśmy ich kiedyś do swojego serca i zostali w nim na zawsze. Dajemy Im swoją obecność, uwagę, troskę i chęć sprawienia, by byli szczęśliwi. Martwimy się o nich, jak o siebie. Czasem nawet bardziej. Chcemy z Nimi spędzać czas, dzielić się radościami i smutkami. Są nam niezbędni do życia i chociaż wiemy, że "można żyć bez powietrza", bez Nich gaśniemy. 
I jeżeli nawet będzie psychicznie trudniej, to mamy przyjaciół, z którymi możemy zawsze porozmawiać, albo pomilczeć. Ofiarować Im swój czas. Z którymi wreszcie możemy wspólnie upichcić grzane wino i zupę dyniową z imbirem. Albo naleśniki ;-)
Więc uszy do góry, dbajmy o siebie nawzajem, cieszmy się ze zbliżającej się złotej polskiej i za Andrzejem Waligórskim powtarzajmy: "Jesień idzie, nie ma na to rady!" :-)

poniedziałek, 5 września 2016

The future is not set ;-)

Serdeczne podziękowania dla Przyjaciół z Gliwic za lipcową jeszcze (!) darowiznę, którą po zaksięgowaniu na Julcinym subkoncie w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" mogliśmy wykorzystać do opłacenia turnusu rehabilitacyjnego w Małym Gacnie :-) M., E. - dziękujemy :-*

Dwa tygodnie na turnusie w Neuronie, minęły niczym czternaście mgnień lata ;-)
Czas, który Jula tam spędziła pracując  nad sprawnością ciała i umysłu, zaprocentuje w najbliższych miesiącach. Po każdym turnusie tak jest. Dwa tygodnie intensywnej rehabilitacji, a potem skok do przodu :-) 

Hipoterapia na Rudej

Mały Zagłoba z Bellą ;-)

 Równowaga i koordynacja

Nauka poprzez zabawę

W chwilach wolnych od ćwiczeń odkrywaliśmy wspólnie zakątki Borów Tucholskich (m.in. fenomenalny, tajemniczy i dziki Rezerwat Cisów Staropolskich, skąd inspiracje do swoich prac czerpał Leon Wyczółkowski),  połykaliśmy kilometry - na różne sposoby zmuszając nasze ciała do aktywności ;-)

Wielki Kanał Brdy

Zaskoczyła nas pobliska Bydgoszcz, która z anonimowego miejsca na wakacyjnej mapie naszych wędrówek, stała się miastem, do którego będziemy chcieli wrócić. Niezwykle malownicza, przyjazna turystom, z charakterem.



Turnus się skończył, a my rehabilitujemy się dalej we własnym zakresie. W ostatnią niedzielę wakacji wybraliśmy się więc do Ustronia i przy jękach, oraz zawodzeniach piękniejszej 3/4 naszej rodziny wspięliśmy się na Czantorię ;-) Krok za krokiem, od dolnej stacji kolei linowej, nartostradą do stacji górnej, a potem dalej szlakiem na sam szczyt. Zajęło nam to chyba ze trzy godziny, ale nie o czas tu chodziło, ale o pokonanie trasy na własnych nogach. Rehabilitacja ruchowa i oswajanie z górami w jednym. Bez noszenia na plecach, rękach, czy na barana ;-)

Na szlaku
 Radość w czystej postaci

 Zmęczone, ale szczęśliwe :-)

 Szczyt zdobyty :-)

W nagrodę droga powrotna nieco szybsza ;-)

W ramach gimnastyki umysłu w minioną sobotę, wystartowaliśmy rodzinnie w grze miejskiej organizowanej przez Miejską Bibliotekę Publiczną z okazji narodowego czytania "Quo Vadis". Przeszło siedem kilometrów pokonaliśmy na piechotę (Jula częściowo na moich barkach, bo chcieliśmy się zmieścić w limicie czasowym), tropiąc ślady Henryka Sienkiewicza rozmieszczone sprytnie w obrębie miasta przez organizatorów rajdu.
Świetna zabawa, wspólnie spędzony czas i niesamowicie pozytywni ludzie, zarówno wśród konkurencyjnych drużyn, jak i na poszczególnych punktach z zadaniami.


Dla nas powrót do przeszłości, do szkolnej lektury, dla Dziewczynek trochę inny sposób na spędzenie sobotniego przedpołudnia i poznanie klasyki literatury. Dla Juli dodatkowo aspekt społeczny - integracja. Dla współgraczy - oswojenie się z niepełnosprawnością intelektualną. Nie było przegranych :-)

Baterie naładowane. Pora wrócić do obowiązków. Praca, przedszkole. Dla Juli nowa szkoła. Musimy wskoczyć w dobrze naoliwiony mechanizm trybów codzienności. Wcale nie szarej. Od nas zależy jakich barw nabierze. Jak mawia klasyk: the future is not set ;-)

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Morze, nasze morze... i nie tylko ;-)

Jak co roku pojawiliśmy się w naszym ukochanym Kołobrzegu, aby naładować akumulatory na kolejny rok i nawdychać się jodu. Bałtyk w tym roku rozpieszczał nas ciepłą wodą i przyjemną pogodą.
Dziewczynki "pływały", skakały przez fale i zbierały muszelki (a w przypadku Zosi również: glony, kamienie, patyki, piórka, suche listki i co tylko jeszcze Wam przyjdzie do głowy - Zosia zbiera wszystko, bo wszytko może się przydać. I tylko rodzice mają później małą zagwozdkę, co z tymi zbiorami robić...).


Czas spędzaliśmy bardzo aktywnie, a Julcia szczególnie upodobała sobie grę w ringo. Całkiem nieźle sobie radziła :)
Oczywiście nie zabrakło przyjemności w postaci wszelkiej maści dmuchańców i placów zabaw. Odwiedzaliśmy je nawet w te nieliczne dni, kiedy pogoda była raczej deszczowa.

Julka upodobała sobie śpiewanie na huśtawce, a Zosia zabawy nową lalką, którą kupiła za własne kieszonkowe (!).
Oprócz placów zabaw dziewczynki uwielbiały odwiedzać wszystkie dostępne siłownie pod chmurką.

Jeden bardzo przyjemny dzień spędziliśmy w ogrodach Hortulus w Dobrzycy pod Kołobrzegiem. Wspaniałe miejsce z mnóstwem cudownych kwiatów. Poza cieszącymi oko kompozycjami nie brakuje też miejsca dla naszych milusińskich. Wycieczka podobała się więc także obu dziewczynkom.

 

Miejsce naprawdę godne polecenia - tylu wspaniałych kompozycji kwietnych nie widzieliśmy nigdzie indziej.
I do tego te ciągłe okrzyki: "Mamo, a zobacz to! Mamo, widziałaś? Mamo, zrobisz zdjęcie temu kwiatkowi? Tato popatrz! " :)


Tak więc baterie naładowane, my opaleni i gotowi na ciężką pracę na kolejnym turnusie rehabilitacyjnym. Następne wieści prześlemy już z Małego Gacna.
Pozdrawiamy wakacyjnie.

wtorek, 12 lipca 2016

Pożegnamy przedszkole, pokłonimy się szkole...

Wielkie podziękowania Andrzejowi Koniecznemu ze Świbia, oraz M. z Katowic (ostatnio dostałem reprymendę za - jak to określiła - "wytykanie po nazwisku" ;-) ), za czerwcowe jeszcze darowizny wpłacone na Julcine subkonto w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą".  Turnus rehabilitacyjny zbliża się wielkimi krokami - dokładamy do skarbonki :-)

Ten dzień musiał w końcu nadejść. Julcia opuszcza przedszkolne mury. Już w  zeszłym roku podzieliłem się z Wami refleksją na temat dotychczasowej drogi, jaką było Jej dane przejść na tym etapie edukacji i jakie miała szczęście do ludzi, którzy Jej towarzyszyli. Właściwie niewiele mogę jeszcze dodać. Swoją przygodę z GCERem zaczęliśmy, gdy Jula miała kilka miesięcy. Na początku rehabilitacja, spotkania z psychologiem, neurologiem, logopedą. Nieustanna gonitwa.  Przecież poza potrzebami dyktowanymi posiadaniem przez Julę dodatkowej informacji genetycznej, konieczne były standardowe wizyty lekarskie wynikające z Jej niemowlęctwa. Nie mam pojęcia, jak nam się wtedy udawało gospodarować czasem?! :-)
Mając skończone półtora roku, Jula została zakwalifikowana do nowo powstałej grupy wczesnoprzedszkolnej. Nam pozwoliło to złapać w codziennym zabieganiu drugi oddech, a Juli dało świetne podstawy pod późniejszą edukację.

Przez kolejne lata Jula miała fart do wyjątkowych pedagogów. Ludzi oddanych swojej pracy, a nie tylko do niej przychodzących. Nie sposób Wszystkich wymienić*. Niepodobna również nie wspomnieć o jednej wyjątkowej Osobie. Niezwykle ciepła, wrażliwa, oddana dzieciom, profesjonalna w każdym calu, "złota kobieta" (jak Ją określił w prywatnej rozmowie autor niesamowitego zdjęcia, które kiedyś dane było mi charytatywnie wylicytować ;-) ), wychowawczyni Julci od "pierwszego dzwonka" - pani Monika Sulowska.


Pani Moniko - za trud włożony w pielęgnację, wychowanie i edukację naszej Juli - DZIĘKUJEMY! 

Koniec roku przedszkolnego, to również moje pożegnanie z  Radą Rodziców. Dziękuję wszystkim opiekunom i nauczycielom współpracującym za te ostatnie lata. To był dobrze zagospodarowany czas. Fajnie było uczestniczyć w tym wszystkich szalonych projektach :-). Wiele się nauczyłem. Przede wszystkim tego, że dobrze ulokowany czas i energia, może zaprocentować uśmiechem na twarzach Dzieci. Także tego, że wszystko co robimy w strukturach RR, robimy dla Nich. Co więcej, wszystko to można robić bezinteresownie. 
Za wszystkie potknięcia przepraszam, zawsze starałem się iść drogą, którą uważałem za najwłaściwszą.

(Patrzę na to zdjęcie i zastanawiam się, ileż to par okularów Jula załatwiła przez te osiem lat? Kilkanaście... ;-) )

Klamrą domykającą naszą obecność w GCERze, jest ogłoszona kilka dni temu przez lokalne centrum handlowe, akcja rowerowego "zbierania" kilometrów. Każdy przejechany na terenie województwa śląskiego kilometr, zaprocentuje 15 groszową cegiełką, która zasili konto Julcinego Ośrodka. Docelowo trzeba wspólnie "zebrać" sto tysięcy kilometrów, co przełoży się na wpłatę 15 000 zł. Rodzinnie oczywiście dokręcimy swoje, chociaż Jula naturalnie już nie będzie miała możliwości skorzystania w żaden sposób z tych funduszy. Nieważne.  Spożytkują to inne dzieci :-)
Warto kręcić te kilometry, bo zarówno cel szczytny, a i pieniądze dobrze ulokowane :-)
Szczegóły akcji znajdziecie TUTAJ :-)

Od września czekają na nas nowe wyzwania. Również logistyczne ;-)
Udanych wakacji dla Wszystkich i  "do przeczytania" niebawem :-)
__________________________

*ale mogę spróbować :-)
Basia Zatora, Basia Miotła, Małgosia Kozik, Agnieszka Bugaj, Iza Drabik, Małgosia Eichhof, Agata Pikus, Ala Groborz, Ania Horzonek, Ala Zachariasz, Kasia Zamora. Pamięć ludzka bywa zawodna. Wybaczcie, jeśli kogoś pominąłem. 




sobota, 18 czerwca 2016

Bieszczadzkie impresje

Kiedy w zeszłym roku wspominałem o moim bieszczadzkim debiucie, w najśmielszych marzeniach nie sądziłem, że tak wsiąknę w te góry. Oczywiście, znałem Bieszczady z kart albumów,  z piosenek Starego Dobrego Małżeństwa, Wolnej Grupy Bukowiny, czy wreszcie harasymowiczowskiej, szeroko pojętej Krainy Łagodności. Pojechałem, wróciłem na Śląsk, ale serce zostało wśród bieszczadzkich buków. 


Maj okazał się łaskawy dla naszych rodzinnych wojaży, ponieważ odwiedziliśmy Bieszczady, aż dwukrotnie. Z początkiem miesiąca spędziliśmy kilka dni, w zapomnianej przez Boga wiosce nieopodal Lutowisk. Podczas gdy Mama Kasia spełniała się w organizowaniu wolnego czasu trójce dzielnych Zuchów, Tata Jacek wespół z resztą dorosłej ekipy przecierał biegowo górskie szlaki. Udało się z Ustrzyk Górnych zdobyć Połoninę Caryńską, następnie odwiedziliśmy osławioną Chatkę Puchatka na Połoninie Wetlińskiej i dalej, zielonym szlakiem przez Małą Rawkę, udaliśmy się na najlepsze pod słońcem naleśniki do bacówki PTTK pod wyżej wymienioną ;-)



Innym razem, pokusiliśmy się o zdobycie Tarnicy -  najwyższego szczytu Bieszczadów po tej stronie granicy. Wybraliśmy trudniejszą,  ale również mniej uczęszczaną (czytaj spokojniejszą) trasę przez Szeroki Wierch. Każda wylana kropla potu, każdy krok wędrówki, warte są widoku, jakim uraczyła nas Królowa. Co prawda pożegnała na odchodne deszczem, ale kapryśność ponoć wpisana jest w majestat ;-)

Cisna i okolice - kolejny cel naszej wędrówki. Wioska cudów. Tu wspinający się niedźwiedź, okazuje się być dumnym orłem*, dzieci modlą się przed pomnikiem poległych milicjantów, a wybierający się po rozkosze podniebienia do najlepszej w okolicy karczmy, może wrócić do domu z dziełem sztuki, nie tylko kulinarnej ;-).

(Tę piękną ramę niestety musieliśmy niestety wymienić na mniej zamieszkaną przez "tykających" mieszkańców. 
Kolejna noc z harcującymi szkodnikami była nie do przejścia ;-) )

Kolejna okazja do odwiedzenia Bieszczadów nadarzyła się kilka tygodni później. W znanym już z poprzedniego wyjazdu składzie, powiększonym o Alę z Rodzicami i grono kilkunastu (co najmniej) przyjaciół i znajomych,  zmierzyliśmy się z własnymi słabościami na trudnych szlakach Rzeźnickiego Festiwalu Biegowego.
Dziewczynki wystartowały w Rzeźniczątku, zasilając ponad czterystuosobową grupę dzieci i młodzieży w różnym wieku.

(Zosia w swojej kategorii wiekowej pokonała siedemdziesiąt metrów po niełatwym trawiastym podłożu)

(Ala przecinała powietrze zwalniając dopiero za linią mety :-))

Jula naturalnie pobiegła ze zdrowymi rówieśnikami na dystansie czterystu metrów. Dotarła do mety jak zwykle ostatnia, ale nie udało by się to, gdyby nie motywacja animatorów biegu i doping zgromadzonej publiczności.

Jeszcze raz wielkie ukłony dla Organizatorów za dopuszczenie Juli do biegu i za ogarnięcie takiej ilości... rodziców ;-) 

Wujek Irek, ciocia Beata i mnóstwo innych nie biegających wcześniej po górach znajomych, debiutowało na prawie trzydziestokilometrowej trasie Rzeźniczka. Inauguracja udana, bo z tego co wiem, każde z Nich wraca w Bieszczady pobiegać jesienią  :-)

Tata w tandemie z ciocią Mi (;-)), podjął próbę zmierzenia się z ponad osiemdziesiąciokilometrowym odcinkiem Biegu Rzeźnika. Nazwa zobowiązuje, więc na trasie czekała na nas prawdziwa "rzeźnia", ale... udało się bieg ukończyć bez kontuzji, z prawie półgodzinnym zapasem przedłużonego limitu czasowego :-)

 (Wprawne oko dostrzeże ubiegłoroczną "Julciną" koszulkę, a także obie Dziewczynki dzielnie podążające za Tatą na finałowych metrach :-) )

Wspaniała przygoda, ale również wielka lekcja pokory. Chapeau bas przed każdym, kto dotarł do mety w podstawowych widełkach czasowych. Gratulacje! :-)

 
Miłość do Bieszczadów udało się zaszczepić także mojej ładniejszej Połowie, więc jesienią wracamy tam znowu! :-)

Pozdrawiamy przedwakacyjnie :-)
 
PS Zdjęcia Beata, Kasia, oraz oficjalna strona Biegu Rzeźnika. Ewa dzięki za screen z mety :-)

* ;-)